Facebook
Odwiedź stronę dystrybutoraReklama Sun i Moon
Nowości na stronie



Tam gdzie trawa nie jest świeża, a bułki z żabki nie kosztują 2,99
1.09.2017, 0:50 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 1.09.2017 13:02 przez Reel.)
Post: #1
Rainbow Tam gdzie trawa nie jest świeża, a bułki z żabki nie kosztują 2,99
Przed Wami historia, która powstała jako ćwiczenie literackie i jednocześnie rezultat tego, że nudziło mi się w pracy. Przewiduję trzy części, o ile kiedyś będzie mi się chciało napisać kolejne. Ta jest pierwsza.

PS W razie jakiejkolwiek konfuzji pod tytułem "wtf jak to aż 2,99 za bułkę" i w przypadku osób które nie wiedzą, bo np nie kupują w żabce, wyjaśniam że nie chodzi o takie zwykłe bułki, które kosztują normalnie kilka groszy, tylko o takie gotowe kanapki jednodniowe np z szynką i innymi fajnymi rzeczami, ale mówię na nie "bułki" bo mają w sobie właśnie bułkę, a nie np chleb.

----

Exoduso - Introdus

“Czy jesteś pewien?”

Mietek zastanowił się głęboko nad tym pytaniem. “Czy ktoś może być czegokolwiek pewien?” - zapytał się w duchu. Mimo że odpowiedź na dylemat jaki miał aktualnie przed sobą można było zapewne znaleźć wśród top 10 kłamstw jakie najczęściej popełniają informatycy tuż obok “Przeczytałem i akceptuję warunki umowy licencyjnej”, to jego filozoficzna natura nie pozwalała mu od tak odpowiedzieć. Tym bardziej, że przed sobą miał nie komputer, a Arceusa.

“A kij” - pomyślał, kierując swoją dłoń w stronę przycisku “tak”, co było o tyle dziwne, że przecież przed sobą miał nie komputer, a Arceusa. - “Co najgorszego może się stać?” - dodał, naciskając go.

I w tym momencie skończył się świat.

“Cholera” - odezwał się do siebie nasz dzielny, acz niekoniecznie nazbyt roztropny protagonista, w tej krótkiej chwili gdy jego świadomość jeszcze istniała, choć już tak nie do końca - “To wszystko przez to że zachciało mi się jeść płatki śniadaniowe na kolację.”

Uprzedzając wszystkie możliwe wątpliwości, zgrzytania zębów i bóle pośladków nie spowodowane hemoroidami, chciałbym w tym miejscu wyraźnie oświadczyć, że poniższa, i w sumie również powyższa, publikacja nie jest wbrew wszelkim pozorom reklamą płatków śniadaniowych. Zresztą, nie oszukujmy się, trochę do kitu taka reklama.

Zanim jednak opuścicie swoje widły, warto by zwrócić uwagę na inne istotne pytanie, które może się cisnąć na Wasze usta, klawiatury lub Arceusy - czy możliwe jest, że publikacja ta jest reklamą nie płatków śniadaniowych, a świeżej trawy, lub co gorsza bułek z żabki za 2,99, tak jak mógłby sugerować jej tytuł?

Cóż, jest tylko jeden sposób aby się przekonać.


Postprologuso - Preapokaliptus

Zaczynanie od początku w momencie gdy mamy do czynienia z historią, w której już na starcie co najmniej jedno wydarzenie wykracza poza granicę czasu może być dość kiepskim pomysłem, więc może dla odmiany zacznijmy bardziej w środku, choć trochę bliżej tego od czego już wcześniej zaczęliśmy. Ten akapit nie miał żadnego sensu, więc litościwie go przemilczmy i przejdźmy do kolejnego.

Na potrzeby tej quazi-introdukcji musimy przenieść się nie tylko w czasie, ale i w miejscu, a konkretnie do korporacji o nazwie Zło, w której to obradował jej prezes Bogumił. Bogumił, albo Bolek, jak mawiali o nim koledzy, zanim ich wszystkich zamordował, albo okradł, a dopiero potem zamordował, ewentualnie najpierw zamordował, a potem okradł, nigdy nie był mistrzem subtelności. Nie był też nim jego przodek, który wybrał nazwisko jego rodowi.

Bogumił Zły, szef złej korporacji Zło, ten, który w zaskakującym zwrocie akcji okazuje się być złym bohaterem całej historii, miał przed sobą ważną misję do spełnienia, a przynajmniej było to założenie, które przyświecało całej misternej intrydze.

- Całe życie czekałem na ten dzień - powiedział, potwierdzając moje słowa. - Dzisiaj, jeśli wszystko pójdzie po mojej, znaczy naszej, znaczy w sumie jednak mojej, jestem do cholery szefem złej korporacji Zło, nie będę bawić się w subtelności, myśli, to dojdzie do końca świata!

- Wiem - powiedziała Natasza, jego asystentka i niewolnica, którą wykorzystywał w niecnych celach, których natury nie mogę zdradzić ze względu na wiek potencjalnych czytelników niniejszej publikacji. Natasza posiadała dar przewidywania przyszłości, ale tylko pod warunkiem, że została już wcześniej zapisana. Bogumił jednak o tym nie wiedział. W sensie o umiejętności, a nie o tym, że musiała być wcześniej zapisana. Chociaż o tym drugim siłą rzeczy też nie mógł wiedzieć. - I wierz mi, będą o tym pisać na kartach historii.

- Doprawdy? Czy na pewno przedstawią mnie tam w dobrym świetle? - martwił się szef złej korporacji Zło, nie zwracając uwagi na fakt, że napisanie historii o końcu świata post factum może być zadaniem zakrawającym o paradoks.

- Nieszczególnie - odparła Natasza. - Nie spodoba ci się też fakt, że większa część ekspozycji będzie przebiegać w formie wtrąceń narratora zamiast dialogów.

- To straszne! - stwierdził Bogumił. - Mam nadzieję, że przyszłość literatury postapokaliptycznej nie będzie aż taka zła jak przewidujesz.

- Przekonamy się… W sumie to się nie przekonamy - poprawiła się po chwili jego asystentka.

- Ok, to zaczynajmy - rzucił nieco zniecierpliwiony prezes. - Czy na pewno wszystko już mamy?

- Zobaczmy… Żabie udka… Wilcze kły… Ruski kawior… Wątroba Giratiny, skądkolwiek to wzięliśmy… Krew dziewicy, skądkolwiek TO wzięliśmy…

- To była kozia krew - wyjaśnił półszeptem prezes.

- To nie miała być ludzka dziewica?... - spytała Natasza, również półszeptem.

- A czy w Koranie piszą, że to będą ludzkie dziewice?!

- W sumie… No dobra, to co jeszcze… Świece o zapachu lawendy, ciekawe czemu akurat takim…

- W łóżku nie jesteś taka kąśliwa - zauważył Bogumił.

- Oj cicho! Muszę przecież sprawdzić, czy na pewno jesteśmy przygotowani. Ostatnie rzeczy na liście to… Źdźbło świeżej trawy i… Bułka z żabki za 2,99.

- Kurde, z tym może być problem - przyznał prezes korporacji Zło. - Bo w sumie kupiłem tę bułkę jak były w promocji dwie za piątaka i teraz nie jestem pewien czy to się będzie liczyć.

- Z tego wszystkiego akurat to cię martwi? - zadrwiła Natasza. - Skąd ty w ogóle wziąłeś tę wątrobę?

- Akurat sprzedawali w Tesco.

- No świetnie. Ech, to teraz wziąć to wszystko wymieszać, ugotować i rozlać na narysowanym na podłodze pentagramie.

- O, akurat pentagram właśnie zrobiłem - powiedział wyraźnie zadowolony z siebie Bogumił.

- Przecież to gwiazda Dawida - rzuciła jego asystentka zerknąwszy pod siebie.

- Jak to gwiazda Dawida?...

- Jesteś Bogumił Zły, prezes korporacji Zło, a nie umiesz nawet odróżnić pentagramu od gwiazdy Dawida?!

- Nie krzycz na mnie! - przerwał jej. - Przynajmniej ja nie drę japy kiedy facet mnie w d*** r****!

- Co? - spytała wyraźnie skonfundowana Natasza. Do tej pory odczytywała wypowiedzi swojego przełożonego przy użyciu swojej umiejętności przewidywania przyszłości, by móc szybciej mu odpowiadać. Nie była przygotowana na to, że pewne słowa mogą zostać zagwiazdkowane.

- Jajco! Bierz się za gotowanie, a ja to zaraz poprawię - rozkazał jej. Gdy udała się w stronę kuchni, rzucił jeszcze szeptem: - Co za debil akurat teraz musiał edytować wikipedię...


Introduso - Epilogus

Po upływie ilości czasu tak dużej, że litościwie ją przemilczę, gdy wywar był już przygotowany, a pentagram narysowany, nastąpiła pora, by dokonać rytuału. Natasza wylała wrzątek, choć biorąc pod uwagę ile jej szefowi zajęło przygotowanie stosownego znaku, to już nie był to wrzątek, ale nie czepiajmy się - przynajmniej był powyżej temperatury pokojowej. Bogumił umieścił na środku pentagramu kartkę z jego prośbą i wpatrywał się uważnie w miejsce rytuału. Gdy w końcu wybiła dwudziesta czwarta, wypowiedział kilka niezrozumiałych słów, które stanowiły przy okazji slogan jego działalności gospodarczej, a w tym czasie rozlany wywar trochę jakby poświecił, ale w sumie poza tym nic spektakularnego się nie stało.

- Iiiiiiiiiii - odezwał się zniecierpliwiony prezes. - To wszystko? Żadnych fajerwerków, złotego deszczu, jakiegokolwiek potwierdzenia pomyślnego przebiegu transakcji? O ile w ogóle przebiegła pomyślnie, bo jakoś nigdzie nie widzę Arceusa…

- Zdaje się, że instrukcja nie precyzuje miejsca, w którym ma dojść do spełnienia prośby. Wydaje mi się też, że polecenie “chcę aby arceus przyszedł dokończyć to co zaczął” również tego nie czyni.

Duma prezesa nie pozwalała mu jednak przyznać się do błędu. Wiedział, że Arceus prędzej czy później gdzieś się pojawi, a miejsce które sobie wybierze i tak nie będzie miało wpływu na końcowy rezultat jego prośby. Po cichu liczył też, że uda mu się znaleźć Pokemona-boga i poprosić go o autograf zanim jeszcze dojdzie do destrukcji wszystkich kartek papieru i długopisów, których mógłby w tym celu użyć. Natasza oraz wszystkie osoby, które śledziły do tego momentu tę publikację wiedzą jednak, że tak się nie stanie. Na pewno macie jednak inne pytania, które zaprzątają Wam głowę. Na przykład - dlaczego Arceus pojawił się akurat u Mietka? Albo, skąd Tesco miało wątrobę Giratiny? A co najważniejsze - ile właściciel żabki zapłacił autorowi tego tekstu, i czy naprawdę nie starczyło na to, żeby chociaż napisał nazwę jego sklepu z dużej litery?

A tak w ogóle to zauważyliście że pierwsze litery akapitów w powyższej sekcji układają się w brzydkie słowo? Zresztą nieważne. Przejdźmy już do kolejnej, która pozornie nie będzie w ogóle powiązana z resztą.


Interludos - Wyśmienitos

Steve biegł przed siebie, lawirując gdzieś między drapaczami chmur. Fakt, że nigdy do tej pory nie był tam gdzie był, a także niekorzystne warunki atmosferyczne, nie były dla niego przeszkodą. Ba, nawet fakt że piszę o jego poczynaniach, choć w sumie jakoś specjalnie go nie przedstawiłem, zdawał się nie wpływać niekorzystnie na jego samopoczucie.

Chwycił mocniej walizkę, którą dzierżył w dłoni, bo zdawał sobie doskonale sprawę ze znaczenia jej zawartości. W zasadzie to jej zawartość nie miała dla niego większego znaczenia, ale co miał otrzymać w zamian za nią - już tak.

W końcu dotarł na umówione miejsce. Był co prawda spóźniony o dwie minuty, ale w obecnych czasach nawet dostawy z kaefca nie przychodzą punktualnie, więc nie spodziewał się, że kobieta, z którą miał się tu spotkać będzie miała mu to za złe. Dostrzegł kątem oka, że dotarła przed nim i w przeciwieństwie do niego miała parasol.

- Jestem Steve Hops, szpieg tajnych służb wywiadu, który w rzeczywistości działa jako wtyka i tak naprawdę współpracuje z niecnymi organizacjami paraterorystycznymi. Przyszedłem tu dobić targu - oświadczył Steve, dokonując historycznej, pierwszej w tej powieści ekspozycji w formie dialogu zamiast narracji. Adresat jego wypowiedzi nie był nią jednak zachwycony.

- Przecież wiem - rzuciła, dostrzegając redundancję jego wypowiedzi. - Sama cię do tego namówiłam. Na drugi raz streszczaj się swoimi monologami.

- Och, wierz mi, moje monologi to nie jedyne co jest u mnie niepotrzebnie długie - odparł figlarnym tonem.

- Zauważyłam - powiedziała kobieta, podchodząc do niego i zabierając walizkę. - Twój płaszcz jest tak o dwa rozmiary za duży. A do tego nosisz fedorę. Pieprzoną fedorę. W dwudziestym pierwszym wieku.

- Teraz możesz tak mówić - zagroził jej Steve, również odbierając z jej dłoni swoją część umowy. - Ale kiedy barbarzyńcy będą u bram, nie przychodź do mnie z prośbami o pomoc!

- Czemu miałabym prosić akurat ciebie?... - spytała, ale mężczyzna zdążył się już ulotnić.

Kobieta zrozumiała wówczas, że ulice Bostonu nigdy nie będą już takie same, choć było to dość dziwne przemyślenie, biorąc pod uwagę, że nie byli w Bostonie, ale na jej usprawiedliwienie to właśnie tam zmierzał Steve, choć ona w sumie o tym nie wiedziała, więc średnio ją to usprawiedliwia, ale dajmy jej już spokój, w końcu i tak za niedługo umrze. I zanim zarzucicie mi spoilerowanie, to pamiętajcie, że przecież zacząłem tę opowieść końcem świata.


Post Interludos - Wciąż Wyśmienitos

Kobieta, która przed chwilą rozmawiała ze Stevem, rozejrzała się na boki, upewniając się, że nie jest obserwowana, a następnie otworzyła lekko walizkę, by sprawdzić czy jej zawartość na pewno pokrywa się z tym co było jej obiecane.

- Doskonale - szepnęła do siebie, gdy jej oczom ukazały się liczne kajdanki, pejcze i inne tego pokroju przyrządy.

Tą kobietą był nikt inny jak znana nam już dobrze Natasza, a trzeba zaznaczyć że była ona kobietą bardzo nietypową. Choć oficjalnie była ona wykorzystywana przez swojego złego szefa, to przypatrując się ich relacji można by odnieść przeciwne wrażenie. I trzeba przyznać, że często szła co najmniej o krok dalej niż zwyczajni śmiertelnicy. Jak bowiem inaczej skomentować fakt, że w akcesoria do BDSM zaopatrywała się nie w stosownym sklepie, ale u nowojorskiej mafii?...

- Miał najlepsze recenzje na yelpie - wyjaśniła mi Natasza, po tym jak skorzystała ze swojej umiejętności by dowiedzieć się co o niej napiszę.

Z drugiej strony nie można było dziwić się, że chciała miło spędzić dzień, który miał być przecież ostatnim w historii ludzkości.

- Podoba mi się, że ciągle cofasz się w czasie z opowiadaniem tej historii - dodała. - To strasznie przydatne.

Najwyraźniej zadowolona z siebie (i ze mnie?) Natasza udała się do siedziby złej korporacji Zło, gdzie czekał na nią zły prezes Bogumił Zły, który niecałe dwadzieścia cztery godziny wcześniej poinformował ją, że udało mu się znaleźć sposób na przywołanie Arceusa.

W tym wszystkim jednak była jedna rzecz, której nie do końca była pewna. Po kiego wała Steve’owi były potrzebne materiały wybuchowe? Mafiozi nie używali ich do swojej pracy, a tym bardziej nie policjanci. W zasadzie to można było to przypisać dziwności samego osobnika, z którym miała do czynienia.

Steve zawsze był dziwny. Gdy Natasza go poznała, dopiero zaczynała współpracę z mafią, a żeby zdobyć zaufanie nowojorskich bossów, stwierdziła że najlepszym sposobem będzie załatwienie im wtyki w policji. Steve sam się jej rzucił w oczy i spytał wprost czy nie współpracuje z szarą strefą. Nie była pewna co ją zdradziło - jej liczne tatuaże, czy może fakt że wszędzie nosiła ze sobą kałasznikowa? Ale Steve był młody, musiał dopiero wyjść z akademii policyjnej. Żartobliwie zaoferowała mu loda w zamian za zostanie wtyką. Nie wiedziała co bardziej ją zaskoczyło: to że się zgodził, czy to że poprosił o waniliowego.


Post Preapokaliptus

Mietek jadł właśnie kolację, która składała się z mleka i płatków śniadaniowych. Z zaskoczeniem zaobserwował, że kombinacja ta, choć spożyta w wieczornej porze, smakuje niewiele gorzej, jeśli nie tak samo, jak skonsumowana z rana. Zafascynowany tym faktem, postanowił odnotować go w swoim dzienniczku, ale gdy to robił, ominął go fragment tego jak mały kotek na filmiku który właśnie oglądał machnął uroczo łapką. Zasmucony tym faktem, postanowił cofnąć filmik do tyłu, ale wtedy przypomniał sobie że ogląda przecież dwudziesto cztero godzinny livestream ze schroniska dla kotów.

W tym momencie Mietek uświadomił sobie, że coś było nie tak. I nie chodziło tu bynajmniej o to, że było już po wieczorynce, a on jeszcze nie był w łóżku, o tym że zapomniał umyć ząbki, ani nawet o to że był prawie trzydziesto letnim prawiczkiem, który ciągle nie wiedział kim chce zostać gdy (o ile?) dorośnie. O dziwo nie chodziło nawet o to, że tuż przed nim zmaterializowało się dziwne czworonożne stworzenie o białej karnacji i żółto złotym kręgiem wokół tułowia, bowiem Mietek był zbyt wpatrzony w słodkie kotki na swoim telefonie by zwrócić na nie uwagę. Nie, to co spowodowało u niego ową refleksję był zapach jaki dobiegł jego nozdrzy.

“Pizza?” - pomyślał. - “Czy ja węszę pizzę?”

W istocie, tuż obok jego stołu leżał karton pizzy. Mietek wstał i podniósł go, wciąż ignorując stworzenie które teraz wpatrywało się w niego z zaciekawieniem. Gdy jednak zajrzał do środka pudełka, wyraz jego twarzy zmienił się momentalnie.

- Fuj! - krzyknął. - Ananas!

- Dziwne - odezwało się w końcu stworzenie. - Myślałem, że ludzie lubią pizzę.

- Ale nie hawajską! - odparł mu Mietek, nie zwracając w ogóle uwagi na prezencję jego rozmówcy, ani na fakt, że znikąd pojawił się w jego pokoju.

- Smuci mnie ta informacja - odparł Arceus, którego imię zdradzam dlatego, że pewnie wszyscy już zdążyli się domyślić o co chodzi, a pisaniem o nim jako o stworzeniu zaczynało powoli robić się nudne. - To mój ulubiony smak.

- Tak właściwie to kim ty jesteś? - spytał wreszcie nasz protagonista.

- Jestem bogiem - wyjaśnił Pokemon. - Jednak nie pochodzę z tego świata. Mogłeś o mnie nie słyszeć i sądzę, że nikt mnie tu nie wyznaje.

- Dziwisz się? - zakpił chłopak. - Gdyby ktoś mi powiedział, że bóg lubi hawajską, też bym nie chciał go wyznawać.

- To nieważne. Zresztą, mimo swej boskiej natury, nie pojawiam się tu z własnej woli. Przychodzę tu, aby spełnić warunki umowy. Aby jednak mogło do tego dojść, potrzebuję zgody jednego z mieszkańców tego wymiaru. Bez tego nie jestem w stanie ingerować w większym stopniu w jego losy.

- Aha… - odparł Mietek, mimo że nie rozumiał zdecydowanej większości słów, które do niego trafiały. W głębi duszy chciał już wrócić do oglądania słodkich kotków na jutubie.

- Tym kimś jesteś ty - dodał zniecierpliwiony Arceus. - Czy wyrażasz zgodę?

- Ale na co? - spytał chłopak.

- Na to, abym mógł ingerować w losy tego świata - powtórzył się bóg.

- Jeśli będę mógł potem wrócić do oglądania kotków...

- Niech będzie.

Przed jego oczami pojawił się terminal, który wyglądał jakby był zintegrowaną częścią ciała Arceusa. Na środku było napisane jedno pytanie:

“Czy jesteś pewien?”


Post Exodus - Re Introdus

Mietek w końcu otworzył oczy i ze zdziwieniem odkrył, że ciągle istniał. Przypomniał sobie, że zawarł niepisaną umowę z bogiem tuż zanim ten zniszczył jego świat - w ramach niej Arceus obiecał mu, że będzie mógł dalej oglądać filmy ze słodkimi kotkami. Ale ponieważ świat w którym był zdążył ulec destrukcji, musiał zostać przeniesiony do innego, aby warunek mógł zostać spełniony.

Wtedy zdał sobie sprawę, że leży na trawie, ale ta była jakaś inna niż trawa do której przywykł. Była sucha, niemiła w zapachu i łatwo się łamała. Poza nią, zwrócił też uwagę, że w jednej dłoni miał w dalszym ciągu swój telefon, na którym dalej leciał dwudziesto cztero godzinny livestream ze schroniska dla kotów, co było o tyle dziwny, że świata na którym było to schronisko przecież już nie było. W drugiej znajdowała się z kolei bułka z żabki, ale o dziwno nie zgadzała się cena na jej etykiecie, a wynosiła ona równe trzy złote, zamiast standardowych dwa dziewięćdziesiąt dziewięć.

“Co za okrutny świat” - pomyślał nasz protagonista. - “Ale jeśli słodkie kotki z mojego wciąż istnieją… To daje mi nadzieję.”

Mietek wiedział co musi teraz zrobić. Postanowił, że dowie się co właściwie stało się z jego światem i co doprowadziło do tego że się stało to co się stało. A potem znajdzie sposób na to, by temu zapobiec.

Ale najpierw zje bułkę.
Odpisz
1.09.2017, 20:47
Post: #2
RE: Tam gdzie trawa nie jest świeża, a bułki z żabki nie kosztują 2,99
Niesamowite że chciało ci się tyle napisać ziom O_O Wielki brat jest pod wrażeniem.
Odpisz


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości