Wystąpiły następujące problemy:
Warning [2] file_put_contents(): Only 0 of 24765 bytes written, possibly out of free disk space - Line: 6648 - File: inc/functions.php PHP 7.3.9 (Linux)
File Line Function
[PHP]   errorHandler->error
/inc/functions.php 6648 file_put_contents
/inc/init.php 175 rebuild_settings
/global.php 20 require_once
/showthread.php 28 require_once





Facebook Twitter
Kalendarium

Gry Sword i Shield
Polska premiera: 15.11.2019 (za WYDANO! dni)

Sword i Shield promo



Niebiosa utraconych
19.09.2014, 18:50, (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.09.2014, 13:40 przez Reel.)
#1
Niebiosa utraconych
Niebiosa utraconych

Preludium

Miejsce zwane niegdyś rajem wypełniła pustka. Samotny anioł w żałobnej szacie sunął wolnym krokiem po coraz niższych obłokach, kierując się na skraj tego opustoszonego miejsca. Jego czarne włosy opadały mu na ramiona, zaś wzrokiem sięgał ku dołowi, tak jakby nawet wzrokiem chciał już znaleźć się poza tym miejscem. Nawet jeśli wierzył że działa w słusznym celu, nie zmieniało to faktu że w głębi czuł się zdrajcą. Tacy jak zostali zaprogramowani aby nie mieć własnej woli. Jedynym celem ich egzystencji było służenie innym, wyższym od nich istotom. A kim jest sługa, kiedy opuścił swojego pana? Czy sam ten fakt nie oznacza, że w pewnym sensie utracił on swoją tożsamość? A może stał się kimś innym, tylko jeszcze nie wiedział kim? W tej chwili jednak dalej bezwstydnie czuł się tą samą osobą co zawsze, z tą różnicą że pojawiła się w nim pustka po utraconej więzi która łączyła go niegdyś z tym miejscem. Wiedział, że nie będzie mógł już do niego powrócić, a nawet jeśli mu się to uda, nie będzie już takie jakim je pamiętał. Będzie musiał o nim zapomnieć. Ale czy będzie mógł o nim zapomnieć?...

-Kain.
Obrócił się. Nie spodziewał się, że ją ujrzy. Nie tu.
-Reilla... Dlaczego?...
-Bo chciałam cię jeszcze raz zobaczyć – powiedziała, jakby to wszystko wyjaśniało. Mimo to na twarzy anioła pojawił się uśmiech.
-Pozostali już tam czekają – wykonał głową gest wskazujący na ziemię. - Myślałem, że będziesz chciała jak najszybciej do nich dołączyć.
Odwzajemniła jego uśmiech i nieśmiało podeszła w jego stronę.
-Tak mało nas zostało.
-To... - chciał coś powiedzieć, lecz w ostatniej chwili ugryzł się w język. Pamięć ostatnich wydarzeń wciąż do niego powracała, nieważne jak bardzo starał się wymazać je z pamięci. Tak wiele znanych mu osób odeszło na zawsze. - Czuję, że część z tego było moją winą – przyznał. - I teraz mam na rękach krew niewinnych...
-Oboje mamy – zauważyła. - Nie możesz być dla siebie zbyt surowy. Kiedyś może cię to doprowadzić do rozpaczy. Pamiętaj o tym.
-Będę pamiętać.

Powiedziała do niego coś jeszcze, lecz choć poruszyły go jej słowa, to nie mógł sobie ich przypomnieć. Udawał że nie było to nic ważnego. Wtuliła się w niego, a on ostatni raz pogłaskał ją po jej długich, aksamitnych włosach. I tak się pożegnali.

Jeszcze przez chwilę patrzył, jak niebiosa pod nim oddalają się, by w ułamku sekund całkowicie zniknąć mu z oczu. Nieraz próbował wracać myślami do tego miejsca, ale zdał sobie sprawę że to się w nim działo, musiało w nim pozostać. To co tam robił, kim tam był i ludzie, których tam spotkał... Te rzeczy wkrótce stało się dla niego tak odległe i nierealne, że zaczął widzieć je jak przez mgłę, aż zupełnie odeszły mu w niepamięć.

Tylko jej serdeczny uśmiech i spojrzenie, którym go obdarzyła gdy się rozstawali, na zawsze pozostały w jego wspomnieniach.

Prolog: Cienie umarłych

I

Samotna postać wyjawiła się z mroku. Było to o tyle niespodziewane, że Inarien nie zauważył żadnych śladów jej obecności aż do teraz, kiedy jej cień padł na rąbek ziemi oświetlony blaskiem księżyca. Nie miał pojęcia do kogo należy ta nieznajoma sylwetka, ale zgodnie z jego aktualnym stanem wiedzy Jego Światłość nie spodziewał się żadnych gości, a zwłaszcza w porze spoczynku. Zdał sobie sprawę że ma do czynienia z intruzem, więc odruchowo podniósł głos.

-Alai! Lirien! Ktoś tu jest!
Pozostała dwójka strażników odgradzających wejście świątyni zaczęła nerwowo rozglądać się w poszukiwaniu celu. Inarienowi wydawało się, że usłyszał mimowolnie rzucone przekleństwo, na tyle ciche że jedynie jego niesamowicie wyczulony słuch je wykrył. Czyżby tajemniczy włamywacz nie spodziewał się że zostanie do tej pory wykryty? Prawdę mówiąc, wciąż nie do końca rozumiał jakim prawem nie zauważył go aż do teraz. W jaki sposób mógł się poruszać na tyle bezgłośnie żeby przejść niezauważenie, i to na wyścielonym trawą i piaskiem dziedzińcu świątyni?

Teraz nie było jednak czasu na domysły. Biegł przed siebie by jak najszybciej odnaleźć sprawcę zamieszania, lecz nie zdążył nawet ruszyć się o dwa metry, a już usłyszał pierwszy odgłos wystrzału. Odbezpieczył swój własny pistolet i wycelował w miejsce z którego dobiegł dźwięk. Ciemność. Wydawało mu się, że widzi jak ktoś miga mu przed oczyma. Stało się to na tyle szybko, że nie był pewien czy było to tylko przewidzeniem, ale biorąc pod uwagę że był to jego jedyny trop, zdecydował się na niego postawić. Jeśli miał rację, to postać skierowała się w stronę drzwi wejściowych, które teraz w jakiś sposób stały otworem, na co również nikt z nich nie zwrócił uwagi do tej pory. Intruz mógł wedrzeć się do środka!

On również wbiegł przez bramę i podniósł alarm. Alai pobiegła za nim i obydwoje wybudzili resztę świątynnej służby. Wszyscy strażnicy, służący, a nawet nieliczni mieszkańcy wkrótce wybiegli ze swoich siedzib, choć w całym tym zamieszaniu nie zapalił światła.
-Odłączyli nas od prądu! - zawołał jeden ze zgromadzonych.
-Sprawdźcie co się stało – polecił Inarien. - Na razie możemy rozświetlić otoczenie przy pomocy telefonów i latarek.
-Mój telefon jest rozładowany... Tak samo latarka – odparł mu pojedynczy głos, a reszta wkrótce mu zawtórowała. Wyglądało na to, że wszystkie urządzenia elektryczne na terenie budynku z jakiegoś powodu odmówiły posłuszeństwa. Teraz nieliczni próbowali rozświetlić teren placu przy pomocy świec, ale było już za późno żeby dojrzeć włamywacza.

-Wiemy gdzie poszedł?
-Nie – odparł Inarien. - Ale jeśli chciał coś ukraść, to najpewniej udał się w stronę skarbca. Jeśli zaś... - tu urwał, bo kolejne słowa, nawet jeśli miały czysto hipotetyczny wydźwięk, nie chciały mu przejść przez gardło – to będzie przedzierać się do wewnętrznej strefie mieszkaniowej.
-Musimy się rozdzielić – zarządził Rahan, jeden ze starszych kapłanów, który poświęcił się służbie do tego stopnia, że od lat zamieszkiwał tu, wśród zwykłych sług. - Znam dobrze drogę do skarbca, więc wezmę ze sobą parę osób. Wy z kolei, Inarien, Alai... Gdzie jest Lirien?
Zamilkł. Dawno już zauważył brak swojego kompana, ale wolał tego nie komentować by nie wywoływać wilka z lasu.
-Nie żyje – odparła kobieta. - Dostał kulką od intruza gdy tylko go zauważyliśmy.
Rahan wydał odgłos niezadowolenia, ale chwilę później nakazał im i pozostałym strażnikom jak najszybciej dostać się do siedzib zakonników.

-Pójdziemy prosto do komnat Jego Światłości i jego syna – zarządziła Alai, gdy biegli na miejsce. - Jego życie jest w tej chwili priorytetem. Reszta zajmie się pozostałymi kapłanami. Jeśli alarm ich nie wybudził, to jak najszybciej ewakuujcie ich na plac.
-Alai – odezwał się jej towarzysz ze zmiany. - Alarm najpewniej nie zadziałał, tak jak pozostałe urządzenia. Ludzie zgromadzili się na placu bo usłyszeli jak krzyczymy. Ale tutaj...
-To bez znaczenia – przerwała mu. - Musimy zapewnić bezpieczeństwo oświeconej rodzinie. Nie zapominaj o tym.
-Nie zapomnę.

Pobiegła w lewo, gdzie znajdował się pokój dziedzica najwyższego kapłana, on zaś w prawo, gdzie normalnie sypiał Jego Światłość. Wytężając zmysły najmocniej jak tylko potrafił, spróbował wytropić jakiekolwiek ślady czyjejś obecności. Zrezygnował z zabrania ze sobą świecy – za bardzo by go opóźniała – więc musiał polegać na swoim nadludzkim słuchu. Jednak w uszach miał pustkę, którą wypełniał tylko jego własny oddech. „Jego Światłość zawsze chrapie” - pomyślał Inarien. Czy to znaczy, że zdążył się ulotnić i niepotrzebnie się zamartwiał? Zbliżył się do drzwi pokoju. Jego wrodzona kultura nie pozwalała mu nie zapukać, nawet w takiej sytuacji. Nie doczekawszy się odpowiedzi, przechylił klamkę i wejrzał do środka.

Okna były szeroko otwarte, a światło księżyca padało na oścież, rozświetlając podłogę i wnętrze pokoju. Nie zdążył zorientować się czy osoba której szukał faktycznie się tu znajdowała, bo jego uwagę całkowicie przykuła postać kobiety która nieomal stanęła mu w drzwiach, jakby chciała go powitać. Jej kamienna twarz nie wyrażała emocji, a duże, błękitne oczy zdawały się spoglądać prosto w jego duszę.
-Idiota – rzuciła, a raczej szepnęła, choć nie na tyle cicho by nie zdołał jej usłyszeć. W sekundzie w której wypowiedziała to słowo, zdał sobie sprawę że jest niewiarygodnie piękna, niczym samotna lilia w wodnym stawie. Było to o tyle niezwykłe, że po raz pierwszy w życiu poczuł autentyczny zachwyt wobec kobiecego piękna, coś czego jako człowiek który niemal całkowicie poświęcił się służbie zakonnej nie spodziewał się doświadczyć.

Jego serce na chwilę wypełniło ciepło. A potem umarł.

II

-Teirze, wszystko w porządku?
Podniósł wzrok, zdając sobie sprawę że przez ostatnie parę minut pogrążył się w myślał i nie zwracał uwagi na otoczenie, w tym na jedynej osobie, która obecnie znajdowała się z nim w tym samym pomieszczeniu. Wydawało mu się dziwne i w pewien sposób nieodpowiednie, że choć nie widział swojej siostry od kiedy opuściła jego kraj by na stałe opiekować się ich ciężko chorą matką, to teraz, gdy miał w końcu okazję zobaczyć się z nią ponownie, nie okazywał absolutnie żadnej radości związanej z tym faktem, a momentami wręcz ignorował jej obecność. To nie tak, że cieszył go w ogóle jej widok, w rzeczywistości było wręcz przeciwnie, co go poniekąd przerażało. Młody Akk Rik był wychowywany w świątynnym środowisku gdzie jego jedynymi przyjaciółmi byli kapłani, którzy w Ekalonie stanowili najwyższą kastę społeczną. Fakt ten zdawał się dzielić ludzi bardziej niż ich zjednywać: przez ostatnie dekady Ekalon przeżywał niekończący się kryzys gospodarczy, co było przez jednych przypisywane rządom teokracji, a przez drugich zbyt pobieżnym obchodzeniem się z bluźniercami. Nad krajem już od dziesięcioleci widniało widmo wojny domowej, ale teraz stawało się ono bardziej realne niż kiedykolwiek.

-Wiadomo coś na temat sprawcy? - spytał, wciąż nie podnosząc głowy ponad wysokość ramion. Odpowiedziała mu przecząco gestem, który ledwo dostrzegł. Jakkolwiek by się nie starał, nie miał odwagi spojrzeć jej w oczy. Kiedy ostatnio ją widział była jeszcze dzieckiem, lecz przez czas ich rozłąki stała się dojrzałą kobietą. Biorąc pod uwagę, że mnisi i kapłani nie pozwalali mu wychodzić na zewnątrz, to właśnie ona była pierwszą przedstawicielką płci pięknej jaką widział na oczy odkąd stał się mężczyzną. I nie sprawiało to, że czuł się komfortowo w jej towarzystwie, zwłaszcza gdy została odziana w rytualny, choć wyjątkowo wyzywający strój. Kobiety rzadko brały udział w obrzędach religijnych, lecz ze względu na panujące upały i susze, tradycyjne szaty dla obu płci były z reguły równie skąpe.

W Ekalonie brakowało specyficznych szpitali, które pozwoliłyby na kuracje tajemniczej i niezwykle rzadkiej choroby na którą zachorowała matka Teira wkrótce po jego urodzinach, dlatego musiała być leczona za granicą. Jej kondycja była na tyle zła że nie mogła normalnie funkcjonować, więc jej córka została wydelegowana jako jej opiekunka, podczas gdy Teir odbierał wszystkie konieczne nauki w świątyni. Przez lata jednak zdrowie jej matki nie zdawało się poprawiać, przez co oboje przyzwyczaili się do życia z dala od siebie Nikomu się do tego nie przyznawał, ale nieraz obwiniał się o stan swojej matki i źle czuł się z faktem że to nie on, a jego siostra poświęca swoje dzieciństwo by jej pomagać. Gdy musiała wrócić do ojczyzny, nie miał nawet odwagi zapytać jej o stan matki. Nie teraz, gdy obwiniał się również o śmierć swojego ojca.

-Boję się – powiedział.
Uśmiechnęła się do niego lekko.
-Każdy na początku się boi. Nie martw się, wszystko będzie dobrze. Wkrótce przywykniesz – próbowała go pocieszyć.
-Przywyknę do bycia najwyższym kapłanem? - zakpił. - Ciekawe jak długo przyjdzie mi się nim nacieszyć.
-Przesadzasz – zauważyła. - Z tego co słyszałam, służba podjęła już specjalne kroki by zapobiec takim sytuacjom. Poza tym w przeciwieństwie do niego, ty przynajmniej zamykasz nocą drzwi na klucz.
-Saro! - krzyknął karcącym tonem.
-Przepraszam. Wiem, że nie powinnam tak mówić o zmarłych, ale wiesz że to prawda. Tak długo jak będziesz uważał na siebie, nic ci nie powinno grozić. Powinieneś przestać się zamartwiać i cieszyć się tym, że sam będziesz mógł rządzić swoim krajem.
-I patrzeć jak pochłania go wojna?
-Albo próbować jej zapobiec.
Westchnął.
-To się nie uda. Wiesz w jakim jesteśmy stanie? Wczoraj kapłani zaczęli mnie zanudzać wykładami na temat ekalońskiej ekonomii. Wygląda to tak: nasza produkcja podupada, a wraz z nią eksport, utrzymujemy się praktycznie tylko z turystyki, z którą też jest coraz gorzej. Nie zapominając o długach i ujemnym przyroście naturalnym. Najgorsze jest to, że ludzie wciąż domagają się zmian, a my nie mamy pomysłów by im je zapewnić nie tracąc przy tym naszej pozycji.
-Okres suszy dobiegnie wkrótce do końca, a wraz z nim spora część tych problemów.
-Skąd to wiesz?
-Bo to pycha kapłanów sprowadziła na nas gniew Kha'Ara. Ale ty jesteś inny, Teirahu Akk Riku. I ja o tym wiem. A teraz przestań się nad sobą użalać i pokaż się przed ludźmi, gdy najbardziej potrzebują swojego przywódcy.

Teir potrzebował więcej czasu by przygotować się, niż było mu to powierzone, ale wiedział że choćby przeczekał wieczność, to i tak nie poczuje się gotów na ten moment. Gdy dotarli na świątynny plac znajdujący się naprzeciw mieszkalnej części ogromnego kompleksu, czekało już na nich dwóch kapłanów. Ich twarze wyrażały lekkie niezadowolenie, jednak powstrzymali się przed skomentowaniem ich kilkuminutowego spóźnienia. Wcześniej ledwo dali się namówić by przełożyć pogrzeb o jeden dzień, dzięki czemu Sara mogła na czas przyjechać do Ekalonu, jednak jakiekolwiek dalsze odwlekanie było im wyraźnie nie na rękę. Biorąc pod uwagę, że nowy przywódca nie mógł zostać obrany przed pogrzebaniem poprzedniego, trudno im się było dziwić. W obecnej sytuacji ustanowienie silnej władzy było priorytetem, a dużo w tej kwestii zależało od młodego Akk Rika.
-Oświeceni Rahan i Josun – powitał ich.
-Zdrów bądź, Teirahu – odparł Rahan, starszy i wyższy z obu kapłanów. - I ty, Saro. Nie mamy dużo czasu, ale powinniśmy zdążyć jeśli pobiegniemy truchtem. Chodźcie, zaprowadzimy wam na miejsce.
-Przepraszam za to całe opóźnienie – powiedział Teir w trakcie drogi. - Ostatnimi czasy... Trudno mi dojść do siebie.
-To nic takiego – zapewnił go Josun. Młodzieniec ledwo mógł dojrzeć jego twarz zza długiego pasma białawych włosów. - Śmierć twojego ojca przejęła nas wszystkich bez wyjątku. Doskonale rozumiemy jak się czujesz.
Oczywiście nie dodał, że najbardziej przejęło ich to że teraz będzie nimi rządzić młody i niedoświadczony potomek najwyższego kapłana. I prawdę mówiąc, Teir również nie był zachwycony tą perspektywą. Od czasu gdy został przyjęty do świątyni, mało miał czasu na cieszenie się urokami młodości. Lata upływały mu na odbieraniu nauk, a w przerwach i tak nie mógł wychodzić na zewnątrz. Ojciec obiecał mu że gdy skończy szesnaście lat i otrzyma pierwsze święcenia będzie mógł zaznać więcej wolności i może nawet pojechać w odwiedziny do swojej matki. Młodzieniec z utęsknieniem czekał na ten moment, ale nie spodziewał się że śmierć ojca może go poprzedzić.
-Czy to konieczne bym już teraz zajął jego miejsce? - zapytać, choć dobrze odpowiedź. - Jestem zbyt młody nawet na pierwsze święcenia...
-To prawda że twój wiek stanowi pewną przeszkodzę – odparł cierpliwie Rahan. - Ale musisz pamiętać o tym, że najwyższy kapłan piastuje pozycję o znaczeniu tak samo religijnym, jak i politycznym. I choć do uprawiania obrządków wymagane jest oficjalne otrzymanie święceń, to samo stanowisko władcy, pozbawione tych uświęconych przywilejów jest zawsze w posiadaniu dziedzica Światłego rodu, co zapewnia ciągłość władzy.
-Nie uważacie, że to nieodpowiedzialne zostawiać kraj w rękach piętnastolatka? - wtrąciła się siostra Teira.
-Jeśli tak to ujmiesz, to rzeczywiście można odnieść takie wrażenie – przyznał młodszy z kapłanów. - Ale musisz pamiętać, że twój brat nie będzie pozostawiony sam sobie. Zawsze będzie mógł skorzystać z mądrego słowa swoich doradców, wliczając tu obecnych. Mądrość Kha'Ara objawia się w wielu jego wiernych, niemądrym byłoby upatrywać jej w tylko jednym, choćby najwyżej postawionym z ich przedstawicieli.

Rodzeństwo jednak dobrze rozumiało co tak naprawdę kryje się pod tymi słowami. Teir ma być marionetką w rękach Oświeconych, przynajmniej do czasu nie dorośnie do tego by samemu rządzić Ekalonem. W normalnych okolicznościach wydawać by się to mogło skandaliczne, ale jemu to całkowicie odpowiadało. Nigdy nie radowała go perspektywa narzucania innym swojego zdania i brania odpowiedzialności za ich los, a samemu wolał kroczyć po jasno wytyczonych ścieżkach, niż je torować. Jego ojca zawsze zastanawiało, a w pewnym stopniu nawet przerażało posłuszeństwo swojego syna. Bał się tego że chłopak za bardzo się słucha i stroni od wyrażania sprzeciwu. To byłaby dobra cecha u sługi, nie zaś u przyszłego władcy.

Dotarli na miejsce. Teir razem z Sarą zajęli miejsca w pierwszym rzędzie widowni, by móc obserwować jak dębowa trumna z ciałem ich ojca zostaje wniesiona na ołtarz. Teir mimo swojej rangi i pokrewieństwa nie brał udziału w procesji – zgodnie z ekalońskim prawem był na to zbyt młody i mógł wystąpić dopiero po zakończeniu części formalnej. Oświecony Rahan zajął miejsce na podium i rozpoczął ostatni obrządek.

III

Rodzice Lily zaczynali nabierać obaw co do stanu ich córki. To prawda, nigdy nie mieli z nią dobrego kontaktu, w końcu praca im na to nie pozwalała. Z tego też względu zdecydowali się tylko na jedno dziecko, choć ze swoimi dochodami spokojnie mogliby utrzymać całą gromadę potomstwa. Byli jedną z tych nowobogackich rodzin, które zgodnie z panującą swego czasu modą osiedliły się na południowo-wschodnich krańcach Otieru – niegdyś samodzielnego państwa, dziś jednego ze stanów należących do Republiki Niezależnych Królestw, gwarantującym jej zresztą dostęp do morza. Otier pierwotnie był częścią Ekalonu, która znacznie podupadała wraz ze znaczeniem ekalońskiego eksportu. Liczne protesty i niezadowolenie mieszkańców doprowadziły w końcu do tego, że ogłosił się on niezależnym państwem, po czym w trybie ekspresowym został wcielony do RNK, które było zbitkiem różnych pomniejszych narodowości i krajów z dość liberalnym prawem, które gwarantowało duży stopień niezależności poszczególnym strefom. Jedni uważali że taki obrót spraw był wyjątkowo sprytną zagrywką polityczna ze strony ówcześnie panującego prezydenta Melliera, za którą miał dostać kulką w łeb tydzień po swoich siedemdziesiątych urodzinach, choć wielu przypisuje ją przede wszystkim nieudolności ekalońskiej teokracji, która po dzień dzisiejszy nie wycofała się ze swoich roszczeń terytorialnych odnośnie Otieru i nie przeszkadza im nawet to że jego rdzenni mieszkańcy w chwili obecnej deklarują się zdecydowanie za pozostaniem w RNK. Lily była jednak zbyt młoda by pamięć tak czas rozłamu i nie znała w ogóle innych części obu krajów, bo od urodzenia mieszkała wraz z rodziną w Vifaux – stolicy Otieru.

-Lilien – zawołała do niej matka, jednocześnie pukając w drzwi od jej pokoju. - Spóźnisz się do szkoły.
Miała ochotę powiedzieć by jej tak nie nazywała, lecz się powstrzymała. Chociaż nie cierpiała jak tak do niej mówi, to jeszcze bardziej nie chciała z nią rozmawiać. Choć była jej matką, to nigdy nie były sobie bliskie, na tyle, że rzadko kiedy pozwalała jej wejść do swojego pokoju, a gdy robiła to bez jej zgody, potrafiła przez parę dni mieć jej to za złe. Dziś jednak nie miała nawet chęci by się z nią sprzeczać. Chciała tylko by znalazła się od niej jak najdalej.
-Lilien, jeśli źle się czujesz, to...
„To co?” - spytała samą siebie. „Nie możesz mi pomóc. Nawet ja nie mogę sobie pomóc, więc zostaw mnie chociaż w spokoju.” Jej matka westchnęła.
-Jeśli będziesz czegoś potrzebować, to zadzwoń. A, i... - tu urwała na chwilę. - Martwimy się o ciebie. Jeśli potrzebujesz pomocy, to wiedz że zawsze możesz nam powiedzieć.
Pewnie że się martwią, widzieli jak wczoraj wraca do domu ze łzami w oczach. Słyszeli jak płakała jeszcze długie godziny po tym jak miała pójść do łóżka. Wolała by tego nie widzieli, ale gdyby nie wróciła na noc do domu, jej rodzice mogliby zacząć coś podejrzewać.
-Musimy iść do pracy, Lilien... Do zobaczenia.
„Udławcie się” - rzuciła szeptem, tak żeby nikt jej nie usłyszał. Została sama. Spojrzała w róg pokoju, w stronę szafki na której leżał jej wyłączony telefon. Nie miała odwagi go włączyć. Wtuliła się w poduszkę, próbując znowu zasnąć. Na daremno.

IV

Ostatni raz widział się z nią jakieś trzy dni wcześniej. Powiedział wtedy, że cokolwiek się stanie, nigdy jej nie zostawi. Była już szesnasta, a ona w dalszym ciągu nie odzywała się do niego ani słowem. Wysłała mu wczoraj tylko jednego sms-a o treści „boje się”, najpewniej tuż przed tym jak miała mieć zabieg, a przynajmniej tak sądził po dacie nadania wiadomości. Potem nie odbierała nawet jego telefonów. Bał się, że coś się z nią stało, ale miał jak tego sprawdzić. Jedynym sposobem było pójść do jej domu i przekonać się własnoręcznie, choć umawiali się że nie będą się tam spotykać. To była jednak sytuacja wyjątkowa, a zresztą jej rodzice powinni być o tej porze w pracy. Nawet jeśli ktoś go tam zobaczy, to co z tego... Poda się za kogoś kim nie jest, albo stwierdzi że musiał pomylić mieszkania.

„Cholera” - pomyślał, pukając czwarty raz do jej drzwi. - „Zapomniałem że może mi nie otworzyć...” Spodziewał się że dziewczyna będzie w domu zważając na to, że opuściła dziś lekcje, ale nie przygotował się na sytuacje w której będzie zmuszony do stania pod drzwiami. Po paru minutach doszedł do wniosku, że nie ma sensu dłużej sterczeć w miejscu i niepotrzebnie przykuwać do siebie uwagę przechodzących ludzi, po czym skierował się z powrotem w stronę, z której przyszedł.
-Poczekaj – zatrzymał go znajomy głos. Odwrócił się i zobaczył że dziewczynę stojącą w drzwiach od jej domu. Była ubrana w piżamy, miała bladą twarz o nieszczęśliwym wyrazie, ale poza tym wyglądała tak jak zawsze. Uśmiechnął się na jej widok.
-Lily!

Nigdy do tej pory nie był w domu jej rodziców, choć już wcześniej spodziewał się że zrobi na nim wrażenie. Mieszkanie było dwupiętrowe, na wejściu musiał zdjąć buty, by dostać się do wielkiego salonu, w którym znajdowały się minimum trzy sofy, ogromny telewizor na ścianie i cała masa innych mebli i sprzętów. Stamtąd poprowadziła go po schodach do swojego pokoju, który choć również wydał mu się nadnaturalnie wielki, choć panował w nim aktualnie większy bałagan niż w jego własnym. Przez cały ten czas zastanawiał się do czego tak wielki i pełen przepychu budynek potrzebny jest zaledwie trzyosobowej rodzinie, podczas kiedy on, jego matka i młodsza siostra spokojnie mogli pomieścić się w dużo mniejszym lokalu.
-Przepraszam że przyszedłem tak bez zapowiedzi – rzucił, gdy usiadła na niewyścielonym łóżku, co mogło oznaczać że zanim przyszedł mogła w nim cały czas leżeć. Stanął nad nią i kontynuował. - Nie odzywałaś się od jakiegoś czasu, więc myślałem że się pogniewałaś czy coś...
-Jestem zła – przyznała. - Ale nie na ciebie.
Spojrzał się nią z zastanowieniem.
-Nie mam do ciebie pretensji o to co zrobiłaś – zastrzegł. - Ale ostrzegałem cię, że możesz tego żałować.
-Wiem. Ale nie sądziłam, że aż tak.
-Więc czemu...
-Bo nie miałam wyboru?.
Umilkł. Wiedział, że ma rację, ale czułby się okropnie, gdyby jej to przyznał.
-Wiem co sobie o mnie myślisz. Że jestem tchórzem. Że wciąż boję się, że...
-To nie twoja wina. I powiedziałem ci już, że nie mam do ciebie o to pretensji. Nikt nie może mieć.
-Wiem, ale... - umilkła na chwilę. Ale to miało być nasze dziecko... - wyszeptała przez łzy. - To miało być co nas połączy na zawsze, a teraz...
-Wszystko będzie dobrze – przytulił ją. Przez chwilę czuł łzy opadające z jej polików na jego ramię. - To była nasza wspólna decyzja, nawet jeśli nie mieliśmy wyboru.
-Tak, ale to ja tego chciałam... Gdy lekarz powiedział, że przez dziecko mogę stracić życie, to... Bałam się.
-Ja też się bałem – przyznał. - Nie chcę żebyś mnie zostawiła. Nie teraz, gdy ciebie potrzebuję. Nie gdy moja własna sytuacja zaczyna się poprawiać.
Na te słowa dziewczyna nieco się rozchmurzyła.
-Naprawdę? - zapytała.
-Tak – zapewnił ją. - Powoli, ale coraz szybciej spłacam dług swojego ojca. Jeszcze niedługo, a będę zupełnie wolny. A wtedy nie będę musiał się już ukrywać.
Przetarła ręką łzy. Miał nawet wrażenie, że lekko się uśmiechnęła.
-A fizycznie wszystko z tobą dobrze? - zapytał. - Lekarz coś mówił?
Pokiwała głową.
-Tylko tyle że mogą być jakieś powikłania, ale nic poza tym... Wiesz co?
-Hm?
-Myślę, że to była dziewczynka.
-Skąd wiesz?
-Bo chciałam żeby to była dziewczyna – odparła prostolinijnie. - Jak sądzisz, co by powiedzieli rodzice gdyby się dowiedzieli?
-Myślę, że nie byliby zadowoleni – stwierdził po chwili namysłu. - Myślę, że się o ciebie martwią. Mówiłaś im coś?
-Nie. Wiesz co jest najgorsze? Że lekarz powiedział... - tu znowu się zatrzymała. - Że być może nigdy nie będę mogła mieć dzieci. Bo moje ciało jest za słabe i...
-Nie myśl o tym – przerwał jej. - Nikt nie wie jaka będzie przyszłość. Nie ty, nie ja, nie lekarze. Musimy czekać i modlić się o to by wszystko było jak najlepiej. Nie chcę, żebyś się tym więcej zamartwiała. A na drugi raz będziemy uważać.
-Nie będę – obiecała.
Urwał się z jej uściski i usiadł naprzeciw niej. Przez chwilę ogarnęła ich cisza. Henry zrozumiał, że to dobry moment aby się pożegnać. I przypadkowo zbliżał się czas jego spotkania z kimś dla niego ważnym.

-Pierwszy raz w życiu jesteś na czas – wypomniał mu Kei. - Myślałem, że tym razem zupełnie mnie wystawisz.
-Przepraszam za ostatnie – wybełkotał w odpowiedzi. - Tym razem zegarek mi się nie spóźnia.
Przemytnik rozejrzał się w obie strony, upewniając się że w okolicy nikogo nie ma.
-Ty pierwszy – rzucił.
Henry westchnął, ale posłusznie wydłubał z kieszeni plik banknotów.
-Miało być więcej.
-Nie dałem rady wszystkiego sprzedać.
-A to niby czemu? - spytał go z nutą pretensji w głowie.
-Gliny zaczynają coś węszyć – wyjaśnił. - Ostatnio nie dają mi spokoju. Muszę coraz ostrożniej wybierać miejsca w których wybieram nowych klientów, a to poważnie mnie ogranicza. Możecie coś z tym zrobić?
Przyjrzał mu się uważnie, zwężając źrenicę, jakby chciał sprawdzić po jego spojrzeniu czy mówi prawdę.
-Nie możemy, ale niech ci będzie – odparł w końcu. - Tym razem przymknę na to oko i świadomie dam ci mniej. Ale jeśli sytuacja się powtórzy, to możemy zerwać kontrakt. Szef może stwierdzić, że jesteś niewypłacalny. A wiesz chyba co się wtedy stanie?
Nerwowo przełknął ślinę.
-Wiem.
-Jak tam z twoją dziewczyną?
-Skąd wiesz, że mam dziewczynę? - spytał zaskoczony.
-Zgadywałem. Przyszedłeś dziwnie zadowolony, więc domyśliłem się że spotkało cię coś miłego. A co innego robią chłopacy w twoim wieku, jak nie gonią za panienkami?
-Racja – podrapał się za głowę. - To skomplikowane...
-Domyślam się. Zgaduję, że nie mówiłeś jej czym się zajmujesz. I jeśli mam znowu mam rację, to sugeruję byś nie naruszał tego stanu rzeczy.
Chłopak westchnął, ale nie zaprzeczył.
-W przeciwieństwie do ciebie, ja nie wybierałem tego życia.
-Wiem – przyznał. - Bo mało kto wybiera takie życie. Ale niektórym takie pasuje.
W końcu Kei wyciągnął do niego małą walizkę. Henry chwycił ją w ręce i schował we wnętrzu płaszcza. Wydawało się, że mają się rozejść, ale starszy mężczyzna zapytał jeszcze:
-Ty też wyznajesz Nishi? Dla mnie ten kult jest naciągany po brzegi możliwości.
-Nie. Moi rodzice pochodzą z południa RNK, nie z centrum jak większość tutejszych emigrantów. Czcimy więc Leto, najmniej znanego z Dwunastu.
-Bóg sprytu i przebiegłości – wyszeptał Kei. - No, przyda ci się – dodał i poszedł w końcu w swoją stronę. Nie pożegnał się z nim. Nigdy się z nikim nie żegnał.
Nie sprecyzował też co dokładnie przyda się Henry'emu, ale domyślił się że chodzi mu o boskie atrybuty jego Un'ail – jednemu z Dwunastu, któremu zdecydował się służyć. Nie znał dobrze tego człowieka – Marauta Kei dobrze ukrywał swoje sekrety i nie lubił obnosić się ze swoją przyszłością. Mimo to, nie mógł go nie szanować. To on wprowadził go do podziemnego świata i dał szansę na nowe życie. Gdyby nie on, już dawno skończyłby na dnie. Gdyby nie on...
„Nigdy bym jej nie spotkał” - pomyślał, patrząc się na zdjęcie Lilith, które widniało na tapecie jego telefonu. Wracał do domu.

V

-To są jakieś kpiny! - wykrzyknął oburzony mężczyzna w wieku lat około czterdziestu o czerwonawych, choć powoli już siwiejących włosach. - Przychodzi pan do mojej firmy i chce pan odkupić ode mnie większość moich udziałów... Za takie grosze?! A ja myślałem, że to będzie poważna rozmowa! Czy zdaje pan sobie sprawę że specjalnie z uwagi na pana prośbę przełożyłem moje spotkanie w sprawie fuzji...
-Panie Reinfield, proszę się uspokoić – przerwał mu jego rozmówca, młodszy o jakieś dziesięć lat. Jego krótkie czarne włosy zaczesane na żel przywodziły na myśl bardziej włoskiego mafiozo aniżeli znaczącego biznesmena. - Mówiłem już panu, że to będzie propozycja, której nie będzie pan mógł odrzucić. I dokładnie to miałem na myśli. Rivien – urwał, czekając jak wywołana kobieta przez niego do niego podejdzie. Podobnie jak oni nosiła formalny mundur, z krótką czarną spódnicą i krawatem, które to kontrastowały z jej długimi i jasnymi, spiętymi w warkocz włosami. Reinfield zakładał że była ona asystentką Shikoumy – sanaryjskiego przedsiębiorcy z którym przyszło mu dziś rozmawiać, ale teraz gdy zbliżyła się do niego na tyle by mógł zauważyć jej młodą twarz, przysiągłby że równie dobrze mogłaby być jego córką. Nie odrzekła się do nich ani słowem, zamiast tego podała mężczyźnie białą kopertę, która w magiczny sposób zmaterializowała się znikąd w jej dłoni. Shikouma nawet na nią nie spojrzał, tylko szybko przysunął ją w jego stronę i serdecznie się uśmiechnął. Odczytał to jako zaproszenie do sprawdzenia jej zawartości, co niechętnie poczynił. I natychmiast zbladł.

-Jak ty... - zaczął coś mówić, ale najwyraźniej z wrażenia go zatkało.
-Och, nie zrobiłem nic wielkiego – skomentował młodszy z rozmówców. - Ale nie mogę o panu powiedzieć tego samego, w końcu dysponuje pan zupełnie niepojętymi umiejętnościami zarządzenia czasem. Jak bowiem wyjaśnić fakt, że przytłoczony natłokiem pracy związanej z fuzją dwóch firm był pan w stanie znaleźć chwile na romanse z trzema różnymi kobietami? I jeśli się nie mylę, jedna z nich jest córką prezesa tej firmy, którą planuje pan wchłonąć do Kesalex? W każdym razie, mogę pogratulować gustu – dodał najwyraźniej rozbawiony jego reakcją Shikouma.

Ale jemu trzęsły się w tej chwili ręce. Młody biznesmen nie żartował gdy powiedział że nie będzie mógł odrzucić tej propozycji, ale Reinfield nie spodziewał się że krył się pod tym szantaż. W obliczu tego co ujrzał w środku koperty, wszystkie argumenty jakie mógł potencjalnie wytoczyć w tej rozmowie zostały mu wytrącone. Kito Shikouma pojawił się znikąd i za mało o nim wiedział, by móc mieć na niego jakiekolwiek haki, więc nie mógł nawet użyć wobec niego tej samej strategii co on. A zdarzało mu się już do niej sięgać.

-Chcesz odebrać mi Kesalex w zamian za moją prywatność? - w końcu wypluł z siebie te słowa, jakby nie dowierzając temu że znalazł się w takiej sytuacji. Gdyby zdjęcia które trzymał w rękach ujrzały światło dziennie, zostałby skompromitowany na arenie międzynarodowej. Nie wspominając w ogóle o jego życiu prywatnym.
-Nie całą – poprawił go. - Wciąż pozostanie ci jakieś dziesięć procent udziałów. To niedużo, ale na codzienne sprawy powinno wystarczyć. Odpalimy ci też nieco z fuzji z Haneko Industries, zakładając że uda się ją jeszcze doprowadzić do skutku. Co powiesz na luksusowe wakacje z rodziną? Ostatnio chyba nie miałeś dla nich zbyt wiele czasu, patrząc na te fotografie.
-Skąd... Skąd wytrzasnąłeś te zdjęcia?! - wykrzyknął, widocznie rozgniewany tym że znów o nich wspomniał.
-Och, to akurat tajemnica służbowa – uśmiechnął się przebiegle.
Reinfield westchnął przeciągle, próbując się uspokoić.
-Gdzie mam podpisać? - rzucił w końcu, rozumiejąc powagę sytuacji.
-Rivien – Shikouma wywołał ponownie swoją pomocnice, a ona posłusznie wręczyła mu gotowy dokument. Sprawdził go pobieżnie wzrokiem i podał Reinfieldowi.

-Okłamałeś go – stwierdziła, jednak ton jej głosu nie wskazywał na to że próbuje czynić wobec niego zarzut.
-Hę? - spytał zdziwiony. Nie rozmawiał z nią gdy był w towarzystwie, ale teraz znajdowali się sami w jego hotelowym pokoju i miał dobry humor po pomyślnych negocjacjach z Reinfieldem.
-Umowa, którą dałeś mu do podpisania – wyjaśniła. - Obiecałeś mu, że nie opublikujesz tych zdjęć, jeśli sprzeda ci swoją firmę.
-Bo nie opublikuję. Ale też nie powstrzymam przed tym magazynu, od którego odkupiłem je po okazyjnej cenie. A o tym chyba nie było mowy.
-Ale mogłeś spróbować ich przekonać, żeby ich nie publikowali.
-I wtedy bym zapłacił za to dużo więcej niż za opóźnienie tego procesu o parę dni. Nie myślisz strategicznie, Rivien. Ale cóż, wydaję mi się że wyjątkowo rzadko zdarza ci się w ogóle myśleć.
-Masz dla mnie jakieś zadanie? - spytała, ignorując jego docinki.
-Och tak, dobrze że mi przypomniałaś – odparł, po czym sięgnął po plik papierów. - Jest pewien człowiek, który przykuł moją uwagę. Na razie chcę tylko żebyś go śledziła i składała mi od czasu do czasu raporty na jego temat. Tak się składa, że powinien mieszkać gdzieś w tych okolicach i raczej się stąd nie zabiera, więc przez jakiś czas zostaniesz tu, gdy ja udam się z powrotem do Sanarii. Będziesz umiała wrócić samolotem?
-Chyba – odparła obojętnym tonem. - Kim jest ten człowiek?
Shikoumę zawsze zastanawiało jak mało obchodził ją jej własny los, ale wolał jej tego nie wypominać, gdyż w gruncie rzeczy odpowiadało mu to.
-Gdzie to miałem... - zamyślił się, wertując stos dokumentów. - O, mam. To właśnie on – podał jej jedną z kartek. Człowiek, którego masz dla mnie śledzić nazywa się...
-Nillard – odczytała za niego. - Henry Nillard.

 Cherish Balle podarowali: Fennekin
25.09.2014, 20:21,
#2
RE: Niebiosa utraconych
Cytat:Nawet jeśli wierzył że działa w słusznym celu, nie zmieniało to faktu że w głębi czuł się zdrajcom
"Zdrajcą". Narzędnik liczby pojedynczej.
Cytat:„To co?” - spytała samą siebie. Nie możesz mi pomóc. Nie ty. Nie ja. Nikt. Więc zostaw mnie chociaż w spokoju. Jej matka westchnęła.
To wypada poprawić. Nie zaproponuję jak, bo to zależy od intencji autora.

Najpierw preludium, a potem prolog? Pachnie kantowskim wstępem do wstępu. Zapowiada się długi twór.

,,Jedną sekundę zajęło ci sięgnięcie po pokeball. W czasie gdy nim rzucałeś kolejna sekunda minęła. Trzy sekundy upłynęły w czasie gdy [Pokemon] opuścił kulę i rozpoczął swój atak. Wystarczająca ilość czasu by sięgnąć po pokeballe (...) i kontratakować... przynajmniej dla mnie."- Mistrz Giovanni (Pokemon Special, Tom III, rozdz. 37, tłum. Wizard)
 Cherish Balle podarowali: Reel
28.09.2014, 13:45, (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.09.2014, 13:47 przez Reel.)
#3
RE: Niebiosa utraconych
@up - dzięki za znalezienie. Błędy wynikały z tego że cytowane fragmenty zostały dodane w wyniku poprawki do poprawki i najzwyczajniej w świecie nie chciało mi się do niej już robić korekty. W drugim wypadku po prostu zapomniałem o umieszczeniu dalszej części wypowiedzi w cytacie, ale zgodnie z Twoją sugestią przemodelowałem nieco całą tę kwestię.

Cytat:Najpierw preludium, a potem prolog? Pachnie kantowskim wstępem do wstępu.
Tę koncepcję zapożyczyłem akurat z ostatniej książki jaką dane mi było przeczytać, czyli "Drogi Królów". Teraz jak o tym myślę, to w sumie zaskakująco dużo z niej tu zapożyczyłem. Mam nadzieję, że nikt tego nie zauważy, albo że ja za dużo myślę.

W każdym razie zabrałem się za pracę nad rozdziałem pierwszym, które pewnie trochę potrwają, bo zapewne wyjdzie dłuższy niż prolog. Z tymże faktycznie planuję raczej powolny wstęp, bo akcja zacznie się rozkręcać trochę później, ale ma to związek z tym że po moich poprzednich doświadczeniach z fickami (ekhem) najczęściej kończyły się one tym że dochodzę do wniosku iż nie dałem moim bohaterom wystarczająco dużo ekspozycji i chciałbym tym razem uniknąć tego błędu (który do tej pory skutkował zwykle wyrzuceniem ficka do kosza).

7.10.2014, 14:05,
#4
RE: Niebiosa utraconych
Na razie dano mi było się zapoznać z:
Ukryta wiadomość (Kliknij, aby wyświetlić)
nie mniej, bez przeczytania kolejnych rozdziałów i dojścia do sedna opowiadania, które jest 100% ciekawe i naprawdę z ogromną ilością tekstu do czytania, nie mogę w pełni powiedzieć, czy mi się podobało Big Grin Jednak polecałbym 'dawkować' fick w bardziej łatwiejszych do przełknięcia porcjach. Ja sam czytałem to na raty i jak się potem okazało, niepotrzebnie, bo party są podzielone dosyć nieproporcjonalnie |D
Ukryta wiadomość (Kliknij, aby wyświetlić)
 Cherish Balle podarowali: Reel
27.10.2014, 0:20, (Ten post był ostatnio modyfikowany: 27.10.2014, 0:23 przez Reel.)
#5
RE: Niebiosa utraconych
Fan fick wycofuje z powodu takiego że choć mam pomysł to mi się nie chce go pisać.

Można wywalić do archiwum, może kiedyś do niego wrócę.

Heremit hejterze, naprawdę musiałeś cherishować?...

 Cherish Balle podarowali: _HEREMIT_


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości