Facebook
Reklama Let's GO Pikachu i Eevee



Wątek zamknięty 
Curse of dreams and reality
29.07.2013, 23:09
Post: #9
RE: Curse of dreams and reality
Kolejna masa nudnego tekstu o niczym ;]

Przedstawiam Rozdział III, noszący dumną nazwę

Nienawidzę Pikachu i nie wiem jak wyglądają laboratoria Pokemon


W pewnym momencie, gdy już wsiadałam na rower, Hoshi zauważyła, że nie ma sensu, abym jechała z nią po pocztówkę, więc ustaliłyśmy, że spotkamy się w Sandgem. Nie było to jakieś specjalnie duże miasto, raczej małe miasteczko bez atrakcji, do mieszkania. Nie było tutaj ani sali do zbierania odznak, ani tej, która bardziej mnie interesowała – czyli tej od pokazów. Ukryte w niewielkiej dolinie, która znajdowała się za lasem. Gdy tylko z niego wyjechałam, przystanęłam, by napawać się tym niesamowitym widokiem. Odetchnęłam z ulgą, bez widocznego powodu. Czułam się wolna. Marzyłam tylko o tym, aby złapać jakiegoś pokemona latającego i przemierzyć w taki sposób całe Sinnoh. Ale i tak musiałam uważać. Takie niepewne życie nie było tym, za czym koniecznie przepadałam, bo było tak cały czas, ale i tak było dobrze. Miałam Glaceona. Miałam... Hm, czy mogłabym powiedzieć, że miałam Hoshi? Czy mogłabym powiedzieć, że jest jakby moją przyjaciółką? Hmm. Dotychczas miałam tylko jedną koleżankę, ale wyjechała to Johto i tyle ją widziałam, bo nie mogłam nigdy się z nią skontaktować. Pewnie wyruszyła w swoją podróż. Ileż bym oddała, by być nią. Była niesamowita. Gdyby nie ona nie poznałabym dwóch innych moich znajomych z dzieciństwa, których też wywiało.
Gdy wjechałam do Sandgem, zaskoczyło mnie to, jak wiele jest tam kwiatów. Było to w sumie całkiem urocze. W sumie nie wiedziałam co o tym myśleć, ale aż miałam ochotę. Dodawało to temu miasteczku uroku, mimo iż tak naprawdę nic w nim nie było.
Tym razem uważałam, byle się nie zamyślić, więc na wszelki wypadek, podczas oglądania, porządnie zwolniłam. Szukałam także wypożyczalni rowerów. Tylko gdzie do cholery ona mogła być? Domki domki domki domki. Nie było tu nic przypominającego centrum. Gdy w końcu ją znalazłam, brakowało mi 5 minut do zapłacenia ogromnej kary za nieoddanie roweru w wyznaczonym terminie. Chwała przezornej mnie, która wydłużyła termin trzymania roweru o godzinę. Tak więc w sumie mnie to już nie kosztowało.
Glaceon niechętnie opuścił koszyk, ale w końcu musiał. Wyszliśmy razem z wypożyczalni. Lecz co teraz. W sumie mogłam pójść do jakiejś kawiarni, i poczekać, lecz jak wtedy wykonam mój błyskotliwy plan. Choć, w sumie to nie byłoby normalne, zrobić to bez jej wiedzy, ale może nie będzie zdziwiona. Ale nie. Wolałam poczekać, tak.
Glaceon spoglądał na mnie, jakby próbował zgadnąć co myślę. Odpowiedziałam mu jednym z tych uśmiechów, które niestety ukazywały całe to moje zmartwienie. Nie musiałam go okłamywać. Westchnęliśmy synchronicznie, jak to mieliśmy w zwyczaju. Wzięłam pokemona na ręce, a potem pozwoliłam mu usiąść na moich plecach. Jakoś żyłam, z tym, że był ciężki. Czasem nadal zachowywał się jak pokemon, który wykluł się z jaja zaledwie kilka dni temu, ale w środku był naprawdę inteligentnym przedstawicielem swojego gatunku.
Szkoda tylko, że nie nadałam mu żadnego imienia. W sumie nie chciałam teraz mu wymyślać, żeby mieszać nam w głowach. W sumie nie chciałam nigdy go nadawać, choć innym pokom bardzo chętnie bym je nadała.
Myślę, że po prostu bałam się je nadać. Ale nie tym teraz było się martwić. Szłam powolutku po Sandgem, próbując się orientować, gdzie może być jakaś kawiarnia, albo chociaż laboratorium tego całego profesora Rowana.
W sumie kawiarnia wydawała się bardziej realnym faktem, aniżeli jakieś laboratorium, ukryte pośród budynków miasteczka Sandgem. Świadczył o tym fakt, że jedyna nietypowa budowla, którą widziałam z wzgórza, była wiatrakiem. Hm. I to dość na obrzeżach. Zastanawiałam się, czy by go nie odwiedzić, ale ostatecznie znalazłam jakąś uroczą kawiarenkę, całkiem nieopodal tego całego wiatraka. Zamówiłam sobie soczek pomarańczowy z kostkami lodu, a Glaceonowi po prostu dałam trochę poffinek.
I tak minęło następne pół godziny. Niepokoiło mnie to trochę, bo droga z Twinleaf do Sandgem nie jest jakaś specjalnie długa. Co to dziewczę robiło w tym swoim domu? Zgubiło się? Albo nie mogła mnie znaleźć? Nie, raczej wątpiłam. Droga z Twinleaf była bardzo dobrze widoczna z miejsca, w którym siedziałam. W ogóle kawiarnia ta była dość widoczna, z wielkim plakatem z Pikachu. Może byłam tylko jedną osobą na tym świecie, ale do prawdy, nienawidziłam Pikachu. Tak bez powodu. Był super hiper popularny, ale brzydki. Wolałabym już mieć Shinxa, de facto częściej spotykanego w Sinnoh aniżeli Pikachu. Choć bardzo wiele dzieciaków uważało za modne udawanie Pikachu, wcielanie się w Pikachu i wszystkie te rzeczy, których tak bardzo nie mogłam znieść. Z Pikachu.
Pichu i Raichu wydawały się całkiem spoko, ale nie ten... Nie chciałam o nim myśleć, więc skupiłam się na procesie topnienia lodu w moim soku. Było to przyjemniejsze niż myślenie o takich obrzydliwych... Nie myślałam już o tym. Soczek. Pomarańczowy. Pizza. Cokolwiek. Jestem głodna.
Ostatnia myśl w sumie zmusiła mnie do otworzenia kolejnego zbożowego batonika, który zawierał w sobie tyle naturalnych produktów, jak chociażby zboża (po nazwie) ile jest go w parówkach. 100% dziennego spożycia, cholera. A ja się tym trułam. Nie mówiąc o tym, że musiałam sobie jeszcze uszyć sukienkę na pokazy w Jubilife. Gdybym miała jakąś kupić to też bym parszywie ukradła sobie całe pieniądze. A materiały były tańsze.
Cóż, pomyślałam, że jak znajdziemy się z Hoshi, to pójdę do sklepu z materiałami. To jej rodzinne strony, więc pewnie wie, czy jakiś tu jest. I skończyłam temat.
Po kolejnej półgodzinie zaczęłam się naprawdę niepokoić. Zdążyłam wsunąć już 3 batoniki (wcale nie)zbożowe. Aż w końcu ją zobaczyłam. Miała ze sobą niepokojąco duży plecak. Nie był oczywiście taki, jak super wypasiony plecak na 50 dni campingu, w którym schowasz nawet schron przeciwatomowy, ale wydawał się ciężki. Nie zdziwiłabym się, gdyby zmieściła tam nawet namiot, który by się, hm, przydał. Gdyby padało.
Na początku mnie nie zauważyła, więc to ja do niej podeszłam. Za soczek zapłaciłam już wcześniej, więc nie musiałam się stresować zostawianiem pieniędzy. Uniosłam rękę do góry, aby jej pomachać.
- No siema, zaczynałam się martwić. - zaśmiałam się po przyjacielsku – Zdążyłaś się przepakować? A co z obiadem?
Może i miałam mentalność aspołecznego chama (mimo iż jakiś czas temu udawałam, że nim nie jestem), ale naprawdę byłam głodna, a te batoniki zostawiły po sobie paskudny posmak (wcale nie)zdrowych, naturalnych składników, w nich zawartych. A jednak zastanawiało mnie, czemu nie było jej tak długo (w sumie to wyszłoby jakieś dwie godziny, bo przez jakieś 45 dojeżdżałam i zwiedzałam miasto. Z tego co się dowiedziałam, była tam większa droga na północ, prowadząca do Jubilife i jedna na południe, prowadząca nad morze. No i oczywiście droga do Twinleaf i nad jezioro... Jezioro... Jak ono się nazywało? Chyba prawdy. Z legendą o mieszkającym tam, niejakim Mespricie, czy tam Azelfie.
Nigdy nie interesowałam się legendarnymi pokemonami, bo było oczywiste, że ja, będąc zupełnie ordynarną (a z drugiej strony nie) osobą nigdy nie spotka ani jednego z nich. Szczególnie, że legendarne pokemony tego regionu, miały takie śmieszne role jak manipulacja przestrzenią, czasem, koszmarami i takie tam, więc gdyby coś poszło nie tak, nie byłoby zbyt fajnie. Nie chciałabym nagle zamieszkać w średniowieczu, czy sprawić, że mój dom będzie połączony z ligą pokemon na Wyspie Konwalii. Albo zasnąć na pół roku, kiedy będą mi się śnić tylko jakieś koszmary, typu pożar? Nigdy nie lubiłam ognia, hm.
- Hejhej, stwierdziłam, że nie ma za dużo czasu, więc wzięłam obiad i jedzenie na kilka dni, aby już nie wracać do domu – odpowiedziała uśmiechnięta.
Anioł, rzekłabym. Ta dziewczyna to po prostu anioł stróż zesłany mi z niebios. Dzięki Ci Boże, ale czemu tak późno?!
Jedzenie. Hmmm. Jednak, nie mogłabym być taka, że żyję na jej koncie, choć i tak nie miałam innej możliwości. Moje fundusze wynosiły tyle, ile normalny człowiek zabiera może na tydzień podróży, a ja tydzień nie zamierzałam na niej spędzić. Trzeba było coś z tym zrobić. Ale w sumie zaprosiła mnie na ten obiad, więc nie muszę się denerwować. Ale na dłuższą chwilę to nie przejdzie.
- Super, zatem chodźmy do tego profesora Rowana~ - powiedziałam i zbliżyłam się do niej – Wiesz może gdzie jest jego laboratorium?
- Och, to Ty go nie widziałaś? - odpowiedziała zaskakująco szybko – Tam, gdzie jest ten wiatrak, o ~ - wskazała go palcem.
Na ten sam pieprzony wiatrak, o którym sądziłam, że jest zwykłą budowlą gospodarczą, czy coś. Super. Ale ze mnie ciota, nie potrafię rozpoznać laboratorium. Choć w sumie, nie mogłam się obwiniać. Jej, moje myśli były strasznie zawiłe i się nie kleiły. Tak jakbym nie spała od jakichś 20 godzin, grając, czy oglądając telewizję.
Tak więc, nie odezwałam się już, gdy Hoshi stwierdziła, że pora ruszać. Wzięłam Glaceona na ręce, tak zupełnie bez powodu. Miałam ochotę go przytulić, gdyż w zawiłości moich myśli dotarło do mnie, że jestem bardzo zagubiona i mam tylko jego. I być może Hoshi. I w ogóle. Jej Swablu siedziała na jej głowie. Z tego co słyszałam, Swablu były naprawdę lekkie, dla przykładu, taki normalny Beautifly ważył ponad 25 kilogramów, kiedy Swablu mniej niż 5. Czyli Beautifly miał mniej więcej tyle samo ile Glaceon, którego właśnie niosłam. Ale nie obchodziła mnie jego waga, jak zwykle. Przecież nasze wspólne uczucia eliminowały jakikolwiek ból! Czy coś.
W międzyczasie, droga zmieniła się z asfaltu w kamienistą. W końcu dotarłyśmy do bramy, która, lekko uchylona, zapraszała nas do środka. Zapraszała to złe słowo, szczególnie w stosunku do przedmiotu nieożywionego, jak brama, ale zdecydowałam się tak to nazwać, i tak zostało. Czyli brama zapraszała do środka. Niech będzie.
Gdyby nie Hoshi najpewniej mój plan nigdy by się nie udał. Głównie dlatego, że nie wiedziałam, że wiatrak to jego laboratorium. Ok.
Drzwi do budynku były otwarte, więc weszłyśmy przez nie razem. Wnętrze było naukowo urządzone, wszędzie jakieś maszyny, czy coś. Nie byłam dobra w opisywaniu takiego czegoś. No po prostu, zwykła placówka naukowa. Dobrze wyposażona. Z garstką ludzi w białych kitlach. Nieśmiało szłam za Hoshi, przerabiając po raz kolejny wszystkie punkty mojego planu.
Nim Hoshi się odezwała, bo ja nie miałam póki co zamiaru, wyszedł do nas nikt inny jak profesor Rowan (no co? Przecież był to strasznie popularny w Sinnoh koleś, to oczywiste, że go poznałam) i pomachał nam. Wyróżniał się chyba swoim wąsikiem. Był... oryginalny, tak. Nie umiałam go inaczej opisać. Ważne, że nie był starym kolesiem z dziwnym wąsikiem i psychopatycznymi zapędami wobec dziesięciolatków wysyłając ich na podróż, choć Hoshi wydawała mi się odrobinę starsza.
W ogóle co za debil wymyślił przyzwolenie dzieciom na podróż, kiedy skończą 10 lat? Oczywiście, super, bardzo szybko, wystarczy przeżyć tylko dekadę życia, aby móc podróżować po całym regionie. No ale bez przesady, no, ile się można w tyle lat nauczyć?! Nawet jeśli nauczysz się wszystkiego o podróżach, to gdzie pora na normalną naukę, matematykę, czytanie, pisanie, cokolwiek? Ode mnie, personalnie, było to raczej wymagane, a poza tym lubiłam czytać książki, a nie miałam małych czytanek dla dzieci tylko porządne encyklopedie, których autorów widziałam często osobiście. Nigdy nie wiedziałam, jak mogło im się chcieć pisać tyle tekstu. Cóż, w skrócie, głupia nie byłam.
- Dzień dobry Hoshi. Mam nadzieję, że jesteś gotow- z zamyślenia wyrwał mnie głos profesora Rowana. Przerwał, spoglądając na sprzęt, który dziewczyna ze sobą tachała – Dobrze, jesteś gotowa na odbiór swojego pierwszego pokemona jak i na podróż. Hehe. A ta dziewczyna za Tobą? Jak się nazywa...?
Uśmiechnęłam się, a potem delikatnie ukłoniłam.
- Haruka – odpowiedziałam wymownie na pytanie.
Najpewniej już wiedział o co mi chodzi. Ale cóż na to poradzić. Spojrzałam na niego, jakby mówiąc, aby na razie nie poruszał tego tematu. Profesor skinął głową i począł nas prowadzić do grupki naukowców, którzy mieli przy sobie trzy pokeballe. Na życzenie Rowana, wypuścili z nich pokemony.
Pierwszy z nich był starterem trawiastym. To znaczy, był to Turtwig. Mały pokemon, który miał na głowie dwa listki. Był całkiem uroczy, taki... jakby to ująć słowami... puciu puciu... Nie umiałam wyrazić tego lepiej. Może słowem „tulaśny”.
Drugim pokemonem był Chimchar, typu ognistego. Był to pomarańczowy stworek, który miał łapki podobne do ludzkich rąk, w sumie to przypominał małpkę. Byłam pewna, że po ewolucji otrzymywał typ walczący. Ten, personalnie, wyglądał na niesfornego. Spodobał mi się. Posłałam mu uśmiech, bez nadziei, że w ogóle zauważy.
Ostatnim pokemonem był pokemon pingwinek, Piplup. Taki o, niebieski stworek. Bardzo słodki. Zdecydowanie najsłodszy z całej trójki. Chciałabym go przytulić. Gdy spojrzałam na Hoshi, wpatrywała się właśnie w niego, jak zahipnotyzowana. Chyba już wiedziałam, jakiego pokemona wybierze. Puknęłam ją w ramię.
- Marzy Ci się ten mały Piplup, co? - szepnęłam jej na ucho.
A ona, zamiast odpowiedzieć, po prostu pokiwała głową, bez odwrócenia wzroku od wodnego pokemona. Westchnęłam więc i popchnęłam dziewczę w kierunku starterów naszego regionu.
- Hm! Dokonałaś wyboru? Którego z nich chcesz jako kompana? - zapytał profesor.
Hoshi ponownie spojrzała na Piplupa, a ja podeszłam bliżej. Ich oczy się spotkały i było w nich widać wzajemne zrozumienie.
- Wybieram... Piplupa! - powiedziała Hoshi.
Podała mu, a może jej, swoją rękę. Na co pokemon podał swoją... łapkę? Płetwę? Powiedzmy, że łapkę.
- Pip-piplup! - zawołał radośnie, a potem spojrzał na siedzącego obok Chimchara i wystawił mu język.
Chimchar odwdzięczył się i pacnął Piplupa, jednakże po przyjacielsku. Możliwe, że tylko ja tak to odebrałam, ale wytworzyła się pomiędzy jakaś więź. Głupio by było rozdzielać tą dwójkę. No ale cóż, taki jest los.
- Doskonały wybór! Jeśli chciałabyś zbierać odznaki, jest idealny do najbliższej sali w Oreburghu! - zaczął Rowan – Ten Piplup jest dziewczynką, posiada radosną naturę. Czy chcesz nadać mu jakieś imię?
- Yhm... myślę, że... Empertia będzie dobrym imieniem! W nawiązaniu do jej ostatniej ewolucji! - wyprodukowała Hoshi w 5 sekund.
W sumie, miała rację. Ostatnią ewolucją Piplupa był Empoleon, nazywany cesarskim pokemonem. W sumie to racja, był całkiem majestatyczny. Kiedyś oglądałam encyklopedię o starterach pięciu pierwszych regionów, tj. Kanto, Johto, Hoenn, Sinnoh i Unovy. Moim ulubionym był chyba Cyndaquil, ognisty starter z Johto i Mudkip, wodny starter z Hoenn. Były całkiem urocze. Podobał mi się jeszcze Snivy z Unovy.
- Empertia! Hm! Idealne imię. Zatem, przejdźmy do formalności. Jak wiesz, chcę Ci powierzyć pokedex. Każde dziecko może taki otrzymać, lecz tylko regionalny. Za specjalne zasługi w tym kierunku można otrzymać prawdziwy rarytas, od samego profesora Oaka z Kanto – pokedex, który może pomieścić zapis każdego, każdego poznanego dotąd pokemona. Ten mieści w sobie informacje tylko na temat 210. Od Turtwiga do legendarnego pokemona, rządzącego Zniekształconym Światem, Giratiny, którą wiele osób zna tylko z legend. Sam fakt, że mogłabyś ją spotkać zasługuje na podarowanie Ci tak zwanego, national pokedexu. - zaczął wywód profesor – Tak więc, pokedex nie jest duży, co nie oznacza, że udziela małej ilości informacji. Gdy tylko ujrzysz pokemona, możesz dostać trochę informacji, lecz jeśli go złapiesz, możesz sprawdzić o nim wszystko co się da. Niektóre pokemony z regionalnego pokedexu mogą pochodzić z innych i to może ułatwić Ci pracę. Czy marzy Ci się jakiś specjalny kolor pokedexu? Jakikolwiek.
- Hmmm... - Hoshi myślała chwilę – myślę, że niebieski.
Osobiście przytłoczył mnie wywód Rowana, choć większość informacji sama znałam. Cóż, może moja towarzyszka tego nie wiedziała. Westchnęłam i spoglądałam na dalszy przebieg wydarzeń. Rowan wziął bialutki pokedex, a potem założył niebieską nakładkę. Włączył urządzenie, by sprawdzić, czy działa, a gdy okazało się, że tak, podał je Hoshi. Po chwili schował Empertię do pokeballa, zwyczajnego. Ni to great-, ni to ultraballa, zwykłego, klasycznego, czerwono-białego pokeballa.
- Liczę na Ciebie Hoshi. Wierzę, że jesteś odpowiedzialna i nie zrobisz nic złego z powierzonym Ci pokemonem i zadaniem. Wiele jest osób, które pozyskując siłę, schodzą na złą drogę. Ufam Ci! Weź tego pokemona i ten pokedex i spełnij wszystkie swoje marzenia i to jedno moje! Wierzę, że to może Ci w tym pomóc! - zakończył profesor Rowan.
Zastanawiałam się, czy mówi tak do każdego dzieciaka. Jeśli tak, to zastanawiam się jak będzie wyglądać przyszłość tego świata.
Hoshi wzięła od niego pokeball i ukłoniła się.
- Dziękuję bardzo! Zapewniam, że pana nie zawiodę, profesorze! Wygram ligę, a wtedy zdobędę national dex! Na pewno!
Uśmiechnęłam się i spojrzałam na Glaceona, przypominając sobie, że w ogóle miałam go na swoich rękach. Wzrokiem pokazałam mu, że teraz nasza kolej, by coś zrobić.
- To, Haruka, my się będziemy już zbierać, co? - Hoshi ruszyła w stronę drzwi. - Przed nami długa droga do Jubilife!
- Owszem, długa, jednakże, poczekaj pięć minutek – odpowiedziałam.
Wypuściłam z rąk Glaceona i podeszłam do Hoshi. Wypchnęłam ją, jakże niekulturalnie, za drzwi i zamknęłam je z niemałym hukiem, gdyż były antywłamaniowe i całkiem ciężkie. Nie przepuszczały dźwięku. Dobrze. Oparłam się o drzwi i skrzyżowałam ręce. Najśmieszniejsze było, że żaden z profesorków poza Rowanem nie zwracał na nic uwagi poza swoją pracą.
- Najpewniej wiesz dlaczego tu jestem, prawda? Profesorze?

Chciałam, żeby było tajemniczo xDxD

Łapcie fc - 2595-1356-7933
kiedyś na pewno was wszystkich dodam
zabawa cały czas
[Obrazek: b2JMyc7.png]
 Cherish Balle podarowali: Mico
Wątek zamknięty 


Wiadomości w tym wątku
Curse of dreams and reality - Iryś - 19.06.2013, 22:39
RE: Curse of dreams and reality - Iryś - 29.07.2013 23:09

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości