Facebook Twitter
Kalendarium

Gry Sword i Shield
Polska premiera: 15.11.2019 (za 61 dni)

Sword i Shield promo



Curse of dreams and reality
7.07.2013, 2:01, (Ten post był ostatnio modyfikowany: 7.07.2013, 21:20 przez Iryś.)
#7
RE: Curse of dreams and reality
Stwierdziłam, że pora na nowy rozdział. xD Muszę jakoś wyjść z małego dołka, więc zajmę się rysowaniem i pisaniem. Granie i tak trudno odstawić, ale byle do czwartku, desu yo neeeeee~

Zapraszam na drugi rozdział, a raczej połączenie kiedyś drugiego i trzeciego rozdziału~~!

Rozdział II – Jestem pieprzoną, szaloną rowerzystką, żrącą batoniki zbożowe. A do tego nienawidzę szpinaku.

Ktokolwiek tego ranka podróżowałby na trasie pomiędzy Twinleaf a Sandgem doświadczyłby ciekawego widoku dziewczyny, pędzącej jak porąbana na rowerze. Mimo iż, z tego co widziałam, wesołe podróżujące dzieciaki, młodsze ode mnie o 2 lata nie były chwilowo na tej trasie. Pokemony ptaki wyśpiewywały swoje pieśni, mieszając je z delikatnymi powiewami porannego wiatru. Na niebie królowało słońce, u boku mając wiele malutkich chmurek, które leniwie przemieszczały się po niebie. Powoli robiło się ciepło, ale póki co, gdzieniegdzie można było zobaczyć znikającą z pól mgiełkę.
Glaceon trochę mi zaufał, więc wystawił głowę z koszyka i obserwował otoczenie, tak samo jak ja. Gdyby nie fakt, że pochodziłam z miejsca, które było o wiele piękniejsze, zakochałabym się w tym pejzażu i nie chciała nigdzie iść. I pomyśleć, że czeka mnie cały region takich pięknych miejsc.. Aż się rozmarzyłam. Mój pokemon natomiast z zainteresowaniem wpatrywał się w stado Politoedów. Ahhh, ciekawe czy jest w tym regionie więcej miejsc niczym pola Gracidei... Pełno różowych kwiatów na łące przy lodowcu. Aby dotrzeć tam z mojego domu potrzeba było kilku godzin, ale za każdym razem gdy tam się wybierałam, działo się dla mnie coś szczęśliwego. A może działo się tak zawsze gdy opuszczałam moją miejscowość? Bo jakoś niespecjalnie podróżowałam gdziekolwiek poza polami Gracidei, które ubóstwiała moja młodsza siostra. A dla niej robiło się zawsze wszystko.
Ocucił mnie dzwonek. Rozejrzałam się. Jakaś dziewczyna z przejęciem dzwoniła na mnie swoim rowerem. Znaczy, sprecyzowałabym – dzwonkiem, który miała na rowerze. Na jej twarzy było widać przerażenie, i dobrze niestety wiedziałam dlaczego. Jeśli by założyć, że nasza prędkość się nie zmieni, spotkałybyśmy się na mostku w lesie (kurczę, jak mogłam być tak zamyślona, że nie zauważyłam lasu?!), który był zbyt wąski, by przejechały na nim dwa rowery, nawet mimo takiej prędkości. A ja nie mogłam już nic zrobić, bo jechałam za szybko. Próbowałam zjechać na bok, ale to nic nie pomogło, poza tym, że wjechałam rowerem na barierkę z drewna i wyleciałam w powietrze. Na nic nie zdało się moje poświęcenie, gdyż dziewczę, które na mnie uporczywie dzwoniło, i całkiem słusznie, uderzyło rowerem w tylne koło mojego i również poleciałaby na twarz, gdyby nie fakt, że całkiem trzeźwo pomyślałam.
- Glaceon, Lodowy Promień! - wykrzyczałam.
Nawet nie miałam szansy spojrzeć gdzie jest mój pokemon, zarejestrowałam jedynie dziewczynę. Widząc pod sobą drzewa, a do tego płytki, strumyk, pełen, ostrych, kamieni, stwierdziłam, że wolę tego nie widzieć i zamknęłam oczy. Lecz, dzięki mojemu kochanemu Pokemonowi, po chwili poczułam pod sobą zimno lodu, a nie strumienia i ześlizgnęłam się po gładkiej wodzie w stanie stałym do poziomu morza. Choć może lepiej powiedzieć, że po prostu do poziomu podłoża.
Gdy się podniosłam, spojrzałam na całą sytuację, zarówno teraźniejszą, jak i wstecz, a potem stwierdziłam, że jest ona tak nieprawdopodobna, że albo śpię, albo mam chwilowy spadek szczęścia. Za mało witamin czy coś.
Westchnęłam. Glaceon z dumą stał na poręczy i spoglądał na mnie. Ja natomiast spojrzałam na dziewczynę. Raczej nic jej się nie stało. A przynajmniej nic na to nie wskazywało. No chyba, że ma krwotok wewnętrzny i właśnie popełniam nieumyślne spowodowanie śmierci.
Słońce odbijało się w topniejącym lodzie, sprawiając, że krajobraz błyszczał. Uśmiechnęłam się i podeszłam do mojego Pokemona. Wzięłam go na ręce i dopiero wtedy podeszłam do dziewczyny, która masowała sobie czoło. Już wyobrażałam sobie, jak mnie nienawidzi, bo w końcu zamiast spaść na kamienie, zjechała po zimnym twardym lodzie. Jak ja. Niespecjalnie mi to przeszkadzało, z racji tego, że już wiele razy zjeżdżałam po takiej fakturze. I żeby skończyło się tylko na zjechaniu z niego (a nie spadnięciu, gdyż raz tak się zdarzyło, ale nie była to historia na tą chwilę). Zrobiłam uśmiech numer siedem i podałam rękę dziewczynie.
- Eeeem... Przepraszam za wszelkie problemy, to moja wina, jak uzbieram kasę to odkupię Ci rower... eee... jakkolwiek Ci na imię – miałam szczerą nadzieję, że jej rower był w dobrym stanie, bo nie było mnie stać na kupno takowego.
A nawet jeśli było, to nie stać by mnie było na życie. Tak to jest, jak się do cholery wyda na statek większość funduszy. Ale cóż, decyzja była ta podjęta pochopnie, bo inaczej miałabym spore problemy.
A potem nagle mnie zmroziło. Zapłaciłam za wynajem roweru. Jeśli się zniszczył, będę musiała sporo zapłacić. Nie czekając na odpowiedź nieznajomej dziewczyny, odwróciłam wzrok w kierunku pomarańczowego roweru z logiem firmy i zamarłam. Niby wszystko było dobrze, ale w przednim kole dętka powoli traciła powietrze i po prostu zdychała. Jej rower w porównaniu do „mojego”, żył.
Złapałam się za włosy i mamrotałam co chwilę „Mój Arceusie, mój najświętszy Arceusie, co ja teraz zrobię...”. W międzyczasie dziewczyna wstała i zawołała kogoś o imieniu „Aria”. Widocznie mnie olała, za to, że ja olałam ją. Podeszłam do roweru i zaczęłam dramatyzować w myślach, jak bardzo i jak szybko umrę z głodu.
Glaceon zeskoczył z barierki i podszedł do mnie, opuszczając uszy, gdyż ten problem dotyczył także jego. Uklękłam, a potem usiadłam przy rowerze, pociągnęłam Glaceona do siebie i usadziłam go na kolanach. Zaczęłam go głaskać po głowie, tak jak lubi.
- No cóż, nic na to nie poradzimy, co? Jakoś będziemy musieli za to zapłacić. A potem będzie nas stać tylko na jedzenie dla Ciebie. - wcale mnie to jakoś nie cieszyło, ale raczej ważniejszy był dla mnie Glaceon, niż własne dobro, które gdzieś miałam od bardzo dawna. Nawet ta podróż była dla mojego Pokemona. Rozejrzałam się, czy mam torbę przy sobie. Oczywiście, w międzyczasie spadła mi i kilka centymetrów dzieliło go od wpadnięcia do wody, gdyż zawisła na barierce mostku. Położyłam delikatnie rower na ziemi i chciałam się podnieść, lecz zmroziła mnie ręka, która dotknęła mojego ramienia.
- Omójboże – wydusiłam z siebie przerażona.
Usłyszałam śmiech. Nie był jakiś chamski, czy coś, raczej jak śmiech przyjaciela, prostując, przyjaciółki.
- Hejhej, nie musisz się mnie tak bać. Jeśli chodzi o ten wypadek – nie martw się, ten rower nie jest mi potrzebny – odpowiedziała tajemnicza osoba, której zafundowałam lodowisko.
Odwróciłam się w jej kierunku i zmierzyłam wzrokiem. Dziewczę to miało śliczne, niewyróżniające się jednak, błękitne oczy. Nie to co mój fiolet. Gdyby ktoś zechciałby mnie znaleźć spośród masy ludzi, rozpoznałby mnie właśnie po fioletowych jak śliwki oczach (i zupełnie niepasujących do nich brązowych włosach). Nie żeby mi się nie podobały, były całkiem ładne. Problem w tym, że zawsze, gdy spoglądałam w lustro, przypominały mi się pewnie niedogodności z tym związane, które na szczęście chwilowo sobie poszły.
Szybko wyrwałam się z zamyślenia i lustrowałam ją dalej. Miała strasznie... ciekawie ułożone włosy o barwie jasnego brązu. Z przodu wyglądały całkiem normalnie, prosto, lecz z tyłu były jakby zawinięte do góry. Poza tym, były średniej długości. O połowę krótsze od moich. Choć trudno było określić długość z tymi zawiniętymi końcówkami. Na głowie miała także niebieską chustę, w... białe i żółte kropeczki, od złudzenia przypominające gwiazdy.
Ogółem dziewczę wyglądało jakby lubiło niebieski. Miała niebieską bluzkę, z krótkim rękawem i białymi elementami, spodenki, tym razem o ciemnoszarej barwie. Spoglądałam tak na nią krótszą chwilę, a potem stwierdziłam, że warto jej odpowiedzieć.
- C-co nie zmienia faktu, że i tak przepraszam...
Machnęła ręką.
- Aaaa tam. A nawiązując do Twojego poprzedniego pytania... Nazywam się Hoshi. - odpowiedziała i podała mi rękę, bym wstała. - A ty?
- Haruka. – skłamałam bez wahania.
Zawsze chciałam mieć tak na imię, a poza tym, gdyby ktoś chciał mnie śledzić, lub znaleźć, będzie miał trudniejsze zadanie. Dlatego, że tylko jedna osoba znała moje uwielbienie do tego imienia, a druga nie żyła. Nie mówiąc o tym, że tyle samo osób znało moje prawdziwe imię. Uśmiechnęłam się. Tak, Haruka było dobrym imieniem. Zaśmiałam się w duchu, a potem wyciągnęłam rękę do dziewczyny i wstałam. Zamiast kontynuować rozmowę, od razu złapałam torbę.
Tymczasem dziewczę spojrzało na „mój” rower. Potem wstała i zaczęła się zastanawiać. W przypływie jakiejś idei, złapała swój plecak i wyjęła z niego... zestaw do naprawy rowerów... Mój światopogląd umarł w tej chwili, (nie było to gramatycznie poprawne określenie, ale je lubiłam) mimo iż fakt, że Hoshi posiadała ten przedmiot, ratował mi życie. Podeszła do roweru i zaczęła majstrować przy kole, z którego uchodziło powietrze.
- Ej wiesz... Wiesz, że to nie mój rower, no nie? - zapytałam nieśmiało.
- Yhm – odpowiedziała.
Wzruszyłam ramionami i podeszłam do niej. Wyjęła z koła dętkę i włożyła ją do strumyka. Nie obchodziło mnie, co potem z nią robiła, gdyż stwierdziłam, że to pora, by coś zjeść. Poślizg czasowy nadal nie był mi w smak, ale cóż poradzić. Wyjęłam z torby dwie poffinki i rzuciłam Glaceonowi, a sama otworzyłam jakiś batonik zbożowy (rozdawali je za darmo na statku, to wzięłam ich z 15) i zaczęłam go w spokoju konsumować. Hoshi w międzyczasie skończyła pracę i mój rower był praktycznie jak nowonarodzony [szczerze mówiąc, jestem skonfuzjowana i nie mam pojęcia jak pisać to słowo – razem czy osobno ~ notka od autora <Supermoe Iryś kya> (pseudonim literacki)]. Spojrzała potem na Glaceona.
- Jeeej~! - złapała go w ramiona i przytuliła.
Był wyraźnie zaskoczony i już miał ją zaatakować, ale spojrzeniem pokazałam mu, aby nie próbował, więc po prostu westchnął. Dziewczę wzięło go na ręce i podeszło do mnie.
Spojrzałam na jej pracę. Ustawiła oba rowery obok siebie, a jednak na poboczu drogi. Nie martwiąc się już na zapas, bo i tak mój plan mógł nie wypalić, zdjęłam buty i skarpetki, co można było nazwać doprawdy ciężkim manewrem i włożyłam nogi do zimnej wody. Hoshi skopiowała moje ruchy, a potem oddała mi Glaceona. Usadziłam go na swoich kolanach, a on odetchnął.
- Tak więc- zaczęłam.
- Hejhej! A tak w ogóle! Masz trochę tych poffinek? Bo widzisz, mimo iż dzisiaj odbieram swojego pierwszego pokemona, to jednego już mam. - wyprodukowała się, jednocześnie przerywając mi wypowiedź – Ariaaa~! Ariaaaa, chodź tuuu~!
Wzruszyłam ramionami i wyjęłam trochę poffinek. Do dziewczyny przyleciał niewielki, niebiesko-biały pokemon i usiadł jej na kolanach.
- To Swablu, tak? - zapytałam. - Słodziutki.
O ile się nie myliłam, to był właśnie Swablu. Był za mały na Altarię, ale poza tym, miał okrąglutkie niebieskie ciałko i białe skrzydełka, od złudzenia przypominające chmurki. Co ciekawe, dzióbek też miał bialutki. Zawsze myślałam, że Swablu mają niebieskie dzióbki. Ale cóż, czegoś się nauczyłam. Uroczy pokemon, pomyślałam. Do tego, ewoluowałby w całkiem niezłą Altarię, mającą bardzo przydatne typy, jak smoczy i latający.
Aby nie być aspołecznym chamem, wyjęłam także jednego batonika zbożowego i podałam dziewczynie.
- Ojej, to dla mnie? Dziękuję! Mam drugie śniadanie, ale i tak bardzo dziękuję! - przyjęła go z radością.
Ale miała fajnie. Ja swoje drugie śniadanie zjadłam jeszcze po drodze na statek. Ale cóż, cały dzień nie byłam w stanie nic zjeść, a potem dopadł mnie cholerny głód. Moje myśli brzmiały trochę, jakbym była hipokrytką, gdyż przed chwilą myślałam, żeby jeść raz w tygodniu, gdyby usterka roweru była trudniejsza, a nawet niemożliwa do naprawienia przeze mnie. A raczej przez Hoshi, ale to już był mało zauważalny szczegół. Póki co, miałam na życie. Trzepnęłam się w głowę. Nie powinnam myśleć póki co o takich rzeczach.
Gdy skończyłam batonika, złożyłam papierek i włożyłam go do kieszeni, wiedząc, że śmiecić raczej nie można. Nie ostrzegając Glaceona, położyłam się na wilgotnej od rosy trawie i rozłożyłam ręce. Spojrzałam w niebo. Było błękitne. Jak zawsze. Jednak czułam tu coś innego, niż w domowych stronach, coś zupełnie odmiennego. Nie wiedziałam co to, mimo iż oczywiste było, że będę odczuwać to miejsce inaczej. Cóż, nie sądziłam, aby myślenie o tym było produktywne na tą chwilę, gdyż już i tak porządnie się spóźniłam, by mój plan wypalił. Choć, wszystko było nieobliczalne, więc może miałam jeszcze szansę.
- Hej... - przerwała mi moje myśli i spekulacje Hoshi.
Podniosłam się na łokciach. Glaceon wyraził swoje niezadowolenie, pacając mnie w rękę, a ja tylko odpowiedziałam mu chamskim uśmiechem. Spojrzałam na Hoshi. Nie było możliwości, aby nie mówiła do mnie, mimo iż nadal była odwrócona w stronę strumienia.
Bez mojego odezwu, czy ją słucham, czy cokolwiek, kontynuowała:
- Czy zechcesz wyruszyć ze mną na podróż?
Muszę powiedzieć, że jestem użytkownikiem niepokojącej mimiki twarzy, więc gdy usłyszałam to pytanie, moja twarz pokazała upośledzone zmieszanie i zaskoczenie. No ok, super, fajna dziewczyna, ładna całkiem, ale cholera – znamy się może 20 minut, a znajomość tą rozpoczęłam zamachem na życie jej roweru! No cholera, coś tu było nie tak! No rozumiem, może ludzie z południa Sinnoh są trochę bardziej przyjacielscy , no ale bez przesady. Nie wiem, czy ja bym zachowała się tak samo. Cóż, przemyślenia przemyśleniami, ale wypadałoby dziewczęciu odpowiedzieć. No właśnie, ale jak? Nie żebym dziewczyny nie lubiła, czy coś.
Choć w sumie, warto było sobie znaleźć jakichś przyjaciół. Może łatwiej jest zacząć podróżować, by stworzyć jakieś relacje? W sumie trudno najpierw się zaprzyjaźnić, a potem podróżować razem. Nie znałam się na czymś takim. Możliwe, że większość osób zaczynających samotnie zastanawiało się nad tym, co nie zmieniało faktu, że trochę mnie to dziwiło.
Patrząc natomiast przez pryzmat materialny, dałoby mi to spore korzyści. No hej, głównym środkiem mojego pożywienia są batoniki zbożowe, zrobione z jakiegoś niepewnego materiału, który jakimś cudem wprowadzono do obiegu spożywczego. Bo one nie smakowały dobrze, ale były jedzeniem. I to całkiem zapychającym. Tak na dobrą sprawę w ogóle nie lubiłam batoników zbożowych.
Lecz, gdybym jednak zdecydowała się być jej towarzyszem, może miałabym więcej jedzenia należącego do jadalnych. Woda w proszku pewnie była tania. Ale absolutnie niejadalna. O ile istniała. Ale to też w sumie dziwne, skoro by mieć wodę z wody w proszku potrzebowałoby się wody, aby ją zalać, czy coś. Chyba, że byłby to wodór w proszku do zalania tlenem w stanie ciekłym, co jest też cholernie nieosiągalne.
Westchnęłam i jeszcze raz rzuciłam okiem na dziewczynę. Zanim otworzyłam buzię, by coś powiedzieć, ta mnie uprzedziła.
- Hmm... A może chciałabyś, aby zaprosić Cię na obiad?
Otworzyłam, tym razem całkowicie buzię i prawie rzekłam „OOOOOO”, ale powstrzymałam się, mimo iż znałam już swoją odpowiedź. Niby była dopiero 10, ale jeść mogłabym całą dobę, całe życie i w ogóle. Lubiłam jeść.
- Haaa. Jasne, czemu nie. Zawsze zastanawiało mnie czy kuchnia południowego Sinnoh jest inna niż ta z moich rodzinnych stron, więc czemu nie – zaśmiałam się, błagając w myślach, by nie pytała skąd jestem.
Absolutnie nie byłam osobą, która odmawiała, gdy proponowało się jej jedzenie. No chyba, że byłaby to jakaś rzecz, z tych których nie lubię, np. szpinak z papryką i czosnkiem w sosie ananasowym. O ile takie coś istniało. Co nie zmieniało faktu, że szybciej niż bym to zjadła, wsunęłabym w siebie tonę betonu. Dosłownie.
Tak to już było, że mimo iż lubiłam jeść, była masa rzeczy, których nie lubiłam. Na przykład sok pomidorowy – jak można było takie coś produkować?! Właściwie to wszystko będące przetworem pomidorów było niedobre. Dla mnie oczywiście.
Powoli wracając do rzeczywistości poczułam, że pod wpływem zimnego prądu strumienia, w którym miałam zanurzone stópki, przeszedł mnie dreszcz. I to taki, że aż Glaceon go poczuł, w wyniku czego zeskoczył trochę przestraszony ze mnie i przysiadł obok, patrząc na mnie pytająco. Machnęłam ręką, by się tym nie przejmował, a potem wstałam i założyłam buty. Co jak co, ale miałam coś do zrobienia. Ale wtedy coś skojarzyłam.
- Hm... Mówisz obiad, ale jest chwilę po 10, prawda? - spojrzałam na Hoshi, która także ubierała buty.
Uśmiechnęła się do mnie. Na dobrą sprawę, wydawała się taką słodziutką i niewinną dziewczyną, ale było coś w niej hmm... mroczniejszego? Coś jak fakt, że najciemniej jest pod latarnią. Tak jakby tak naprawdę... Eh, przerwałam myślenie o tym, gdyż przecież dobrze jej nie znałam. Ale mimo to, z wrodzonej cichej ciekawości, chciałabym się dowiedzieć co mnie tak w tej osobie interesuje i być może fascynuje. Może i tak bardzo, że przystałabym na jej propozycję. Oczywiście nie na temat obiadu, na tą już przystałam.
- Oh, jasne, że nie jada się obiadu o tej porze – wyrwała mnie z zamyślenia – Lecz, dzisiaj jest mój wyjątkowy dzień, prawda? Powiedziałam Ci. Chyba. Ale zapomniałam z domu pocztówki dla profesora Rowana, więc muszę się po nią wrócić, hehe.
Od razu nasunął mi się piękny pomysł.
- Pojadę z Tobą, bo czemu nie – miałam wrażenie, że mój uśmiech jest trochę udawany, ale musiałam jakoś wykorzystać okazję.
Glaceon w międzyczasie spojrzał na mnie, jakby wiedział o czym myślę. Pomyślałam „Dzięki, Ty to mnie zawsze wspierasz” i westchnęłam głęboko.
- Jasne! Będzie zabawnie! Na pewno! - uśmiechnęła się do mnie Hoshi.
Odwzajemniłam uśmiech i podniosłam rower, który wyglądał, jakby w ogóle nic mu się nie stało. „Rzeźba” lodowa, którą stworzył mój Glaceon szybko się stopiła pod wpływem temperatury i połamała. Większość z niej wpadła do strumienia, więc może to dlatego woda była taka zimna i obdarzyła mnie dreszczem. Spojrzałam na niebo. Bez wątpienia było kilka stopni cieplej niż gdy wysiadałam ze statku. Potem spojrzałam na Hoshi. Nie wydawała mi się złą osobą. Dlaczego by nie spróbować w jakiś czynny i społeczny sposób rozpocząć mojego życia w tym regionie? Na pewno będę potrzebować wsparcia, nie tylko Glaceona i innych pokemonów, które złapię, ale także ludzi. I wiedziałam, że nie mogę cały czas uciekać. Gdy podniosłam rower Glaceon wskoczył do koszyka, tak jak wcześniej, a mój wzrok wrócił na niebo. Westchnęłam.
- Właściwie to tak, zgadzam się. Na tą wspólną podróż. Dlaczego by nie przeżyć wspólnie przygody w tym regionie? - podałam rękę do Hoshi.
-Yhm! - zareagowała bardzo szybko, podając mi swoją.
Uścisnęłyśmy je sobie na znak rozpoczęcia naszej podróży. Czułam się całkiem przyjemnie, jak na podjęcie decyzji, która utworzyła tyle dylematów w mojej głowie.
No i powinnam jeszcze dorzucić, że „Nie wiedziałyśmy jeszcze ile cudownych przygód nas spotka, a także, że uratujemy świat”?
Enjoy


Ekhem, jeśli chodzi o chwilę przy strumyku - masa przecinków jest celowo.

Khihi, w końcu się przemogłam :3c
No i usunęłam/przerobiłam jak najwięcej nawiasów się da. Większość słów "pokemon" zaczęłam z wielkiej litery, a jeśli coś przeoczyłam, to nie zrobiłam tego specjalnie, przysięgam. UwU

Heh, się wstrzeliłam, praktycznie nikt nie zauważył, że napisałam coś nowego xDxD

Łapcie fc - 2595-1356-7933
kiedyś na pewno was wszystkich dodam
zabawa cały czas
[Obrazek: b2JMyc7.png]

 Cherish Balle podarowali: Suspect, Axel, Mico, Natx


Wiadomości w tym wątku
Curse of dreams and reality - przez Iryś - 19.06.2013, 22:39
RE: Curse of dreams and reality - przez Drowker - 19.06.2013, 23:00
RE: Curse of dreams and reality - przez Axel - 19.06.2013, 23:05
RE: Curse of dreams and reality - przez Alberto - 20.06.2013, 8:57
RE: Curse of dreams and reality - przez Iryś - 20.06.2013, 17:31
RE: Curse of dreams and reality - przez Cyris - 20.06.2013, 18:19
RE: Curse of dreams and reality - przez Iryś - 7.07.2013, 2:01
RE: Curse of dreams and reality - przez Axel - 14.07.2013, 22:25
RE: Curse of dreams and reality - przez Iryś - 29.07.2013, 23:09
RE: Curse of dreams and reality - przez Cyris - 30.07.2013, 10:42
RE: Curse of dreams and reality - przez Iryś - 14.08.2013, 22:11
RE: Curse of dreams and reality - przez Chaqui - 16.08.2013, 11:13

Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości