Facebook Twitter
Kalendarium

Gry Sword i Shield
Polska premiera: 15.11.2019 (za 1 dni)

Sword i Shield promo



Curse of dreams and reality
19.06.2013, 22:39,
#1
Curse of dreams and reality
Pozdro. Przemogłam się :/ Niech Wam będzie. Ostrzegam:
- dużo spamu o jedzeniu
- dużo przemyśleń
- mało akcji
- nie będzie ratowania świata
- wymęczające opisy
- o bohaterce nie wiemy praktycznie nic i długo nic nie będziemy wiedzieć.

Nazwę wzięłam od pierwszego spella Yukari w PCB. Zalinkowałabym, ale net mi zwalnia jak porąbany i w ogóle nie ogarniam.

Czytacie na własny koszt - nie odpowiadam za to, co się stanie, gdy przeczytacie ten wymysł.


Rozdział I – Luksusowe statki nie są dla mnie

Na wschodzie zza horyzontu ukazywało się słońce, a niebo szarzało, by w końcu stać się błękitne. Gdzieniegdzie przecinały je purpurowe chmury. Ziewnęłam i przeciągnęłam się, a jako bonus zorientowałam się, że leżę na leżaku, na którym położyłam się kilka godzin wcześniej , kiedy noc była jeszcze młoda, a gwiazdy wesoło tańczyły po granatowym niebie. Podciągnęłam się, aby ogarnąć cokolwiek. Delikatny wiatr zmieniał swój kierunek w związku ze wschodem słońca. Było trochę chłodno, więc przeszył mnie dreszczyk. Po chwili doszło do mnie, że przecież ktoś mógł mi coś ukraść. Spojrzałam po kieszeniach, ale jedyna rzecz, jakiej potrzebowałam, czyli klucz do pokoju, miałam w tej samej kieszeni, w której był, gdy się tu kładłam. Na moich kolanach spał Glaceon – mój ukochany pokemon, zwinięty w kłębek. Uśmiechnęłam się i chciałam go pogłaskać, lecz gdy tylko zbliżyłam rękę otworzył oczy i rozejrzał się nieufnie. Gdy zobaczył, że to tylko ja westchnął i podniósł się. Zeskoczył na ziemię, a raczej na pokład, wyciągnął się i spojrzał na mnie ponaglająco.
- Gla - „powiedział”.
Ok, rozumiem aluzję koleżko, ale ludzie nie znają się na Twoim języku.
Podniosłam się z leżaka, wiedząc jednak co ma na myśli mój jedyny jak dotąd pokemon. Dzień się dobrze nie zaczął, było jeszcze kilka godzin na spanie w łóżku. Nim ruszyłam za nim, spojrzałam jeszcze w stronę oddalającej się północy. Wszelkie punkty, które kojarzyłam z okolic, w których mieszkam, były dawno za statkiem, którym płynęliśmy. Westchnęłam i wyjęłam z kieszeni kluczyk z breloczkiem, na którym wypisany był numer pokoju. Założyłam kółeczko (czy jakkolwiek inaczej się to nazywało) łączące kluczyk z breloczkiem na palec i zaczęłam sobie nim kręcić.
Gdy w końcu dotarliśmy, miałam siłę jedynie na szybki prysznic i przebranie się w piżamkę. Nawet suszyć włosów mi się nie chciało. Choć to i tak było dużo. Po prostu po tych czynnościach walnęłam się na łóżko i przykryłam kołdrą. A potem przypomniało mi się, że byłam tak niezorganizowana, że nie zamknęłam drzwi, więc musiałam wstać i przekręcić klucz. Potem już naprawdę nic mi się nie chciało, ale przynajmniej wracałam do ciepłej kołdry. No dobrze. Cieplejszej niż zanim się w niej położyłam. Chwilę po moim wciśnięciu się pod nią, na łóżko wskoczył Glaceon i ułożył się podobnie jak wcześniej na leżaku.
- Dobranoc – powiedziałam do niego, ziewając.
Zgasiłam lampkę i po chwili już spałam, dziękując Arceusowi za to rzadkie wydarzenie w moim wypadku.
Gdy się obudziłam, było gdzieś koło ósmej. Czyli przespałam jakieś cztery godziny. Przeciągnęłam się i przetarłam oczy. Jak zwykle śniło mi się coś głupiego. Tym razem był to sen o tym, że byłam super bohaterem i ratowałam Swinuby. Na pewno jakaś trauma. Chciałam obudzić Glaceona, ale nie było takiej potrzeby, gdyż leżał sobie na plecach i oddychając zamrażał powietrze, tworząc coś w rodzaju lodowego oddechu. Gdyby potrenować mógł się stać atakiem Lodowego Wiatru, którego Glaceon jeszcze nie znał, a nie było ku temu okazji. Nie przejmowałam się tym na razie. Ważniejszą rzeczą było dla mnie ubranie się i zjedzenie czegoś sensownego, gdyż wczorajszą kolacją były chipsy i mleko czekoladowe, kupione w barze na statku, gdyż zaczytałam się w losowej książce z biblioteki (ten statek był dla niesamowicie bogatych ludzi... Niestety) i ominęłam kolację.
Gdy Glaceon zauważył, że wstałam, zeskoczył z łóżka i wyciągnął się. Spojrzał na mnie wzrokiem mówiącym coś typu „Pospiesz się”. Oczywiście miał rację, gdyż nie dość, że jakieś piętnaście po ósmej było przewidziane śniadanie, to po dziewiątej statek zatrzymywał się w Twinleaf, mieście, które było moim pośrednim celem.
Narzuciłam na siebie coś sensownego, jak na pierwszy oficjalny dzień podróży w celu zdobycia pucharu Wielkiego Festiwalu (właściwie to poza tym, co miałam na sobie wczoraj miałam tylko jeden zestaw ubrań), a gdy byłam już gotowa, spakowałam wszystko co wzięłam, aby już tu nie wracać. Razem z Glaceonem opuściliśmy pokój w jak najlepszym stanie się dało, a potem odniosłam klucz do holu, a może nie holu. Nie wiem jak nazywał się główny pokład statku z miłą panią przy biurku, życzącą wszystkim miłego dnia, miłej podróży, czy dobrej nocy, ale w każdym razie podziękowała mi, życzyła miłej podróży i miłego dnia.
Zjadłam na śniadanie coś bardzo sensownego, tak jak zamierzałam. Bardzo sensowną sałatkę z pomidorami i kubek zielonej herbaty. Glaceon zjadł karmę i trochę poffinek, które zrobiłam poprzedniego dnia.
Po śniadaniu poszliśmy na pokład widokowy, by zobaczyć miejsce, do którego zmierzamy. Rzeczywiście, port w Twinleaf rósł coraz bardziej. Na pierwszy rzut oka można było powiedzieć, że jest to dosyć duże miasto, ale tylko port tak wyglądał, innymi słowy odznaczał się wysokimi budowlami. Jednakże im głębiej w ląd, tym bardziej Twinleaf stawało się bardziej podobne do wsi. Miasteczko idealne, by rozpocząć swą podróż. Cały czas o tym myślałam, byłam strasznie szczęśliwa, że w końcu mogę zdobyć te wstążki i w ogóle wszystko. Na zewnątrz wyglądałam jak normalne dziewczę, ale w środku tryskałam radością. Aby nie ukazywać swojej radości jak jakiś debil, oparłam się jedynie o barierkę z uśmiechem.
- Jej, jak się cieszę, że w końcu mogę podróżować. Strasznie się cieszę- wyprodukowałam się w pięć sekund i spojrzałam na Glaceona.
Oparł się łapkami o barierkę, by więcej widzieć, a potem odwzajemnił moje spojrzenie.
- Glaaaa – odpowiedział tonem mogącym wyrażać „Pożyjemy, zobaczymy”.
Jejku jej, jak trudno było zrozumieć mowę pokemonów. Ciekawe, czy są jacyś tego tłumacze. Przydałby mi się, gdyż nie zawsze dobrze rozumiałam się z Glaceonem, ale i tak zdecydowałam, że go nie opuszczę, bo on nigdy nie opuścił mnie.
Jeśli chodziło o nasze relacje potrafiły być zawiłe, ale nigdy się specjalnie nie nienawidziliśmy. Właściwie trudno to było tak nazwać. Po prostu Glaceon był chłodny. I możliwe, że był też realistą. No i właśnie o to mi chodziło, praktycznie nic nie wiedziałam, poza tym, że z własnej nieprzymuszonej woli (co dla mnie było pozytywnym aspektem) chciał ze mną zostać. Myślę, że czyniło mnie to bardziej szczęśliwszą.
Na pokładzie widokowym zostałam póki nie wpłynęliśmy do portu w Twinleaf. Zbiegłam po schodach, by jak najszybciej dotrzeć na suchy ląd, na którym nie byłam od wczorajszego wieczora. Inni pasażerowie widocznie też próbowali, bo nie byłam pierwszą osobą stojącą w miejscu, w którym wsiadałam. Statek obfitował w małe (obrzydliwie bogate) dzieci, które były zainteresowane, na nieszczęście, moim Glaceonem. Cóż, był niezwykły, nawet jak na inne Glaceony, gdyż miał trochę jaśniejszą barwę. Takie pokemony nazywało się „shiny” lub „błyszczące”, co znaczyło w sumie to samo. Wszystkie dzieciaki dotykały go swoimi paluszkami, więc, by mu ulżyć, wzięłam go na ręce, co było nie lada wyzwaniem, gdyż mało to on nie ważył. Ale miałam już do tego małą wprawę, więc pozwoliłam, by usadowił mi się na ramieniu. Miałam nadzieję, że nie przysporzę sobie tym wady kręgosłupa. W sumie miałam go już tyle razy na ramieniu, że albo ją mam, albo Glaceon nie sprawiał mojemu kręgosłupowi problemu.
Nim ostatecznie opuściliśmy statek, minęło jeszcze z 20 minut, a miła pani z recepcji pożegnała mnie i życzyła miłego dnia. Boże, jak ona musiała nienawidzić tej swojej pracy. Ja bym zwariowała po pierwszym dniu. Zastanawiałam się, jak bardzo uwielbiała ze sztucznym uśmiechem mówić każdemu to samo, ale od razu potem zauważyłam, że powinnam się spieszyć, kiedy było chwilę po dziewiątej, a mało do pokonania nie było. Olałam więc sprawę biednej recepcjonistki ze statku. Glaceon zszedł ze mnie, abyśmy mogli biec. Wyjęłam z kieszeni torby karteczkę, która pokazywała jak dotrzeć do wypożyczalni rowerowej, działającej zarówno w Twinelaf jak i Sandgem. Gdy do niej dotarłam, ujrzałam niewielki niebieski budynek z czerwono-białymi markizami i wielkim logiem „Rowerem przez Sinnoh”, wpadłam jak burza do środka, zapłaciłam kolesiowi przy kasie, widocznie zaspanemu, za jazdę do Sandgem i od razu wybiegłam ze sklepu. Wskoczyłam na pomarańczowy rower z koszykiem, w którym jakimś cudem zmieścił się Glaceon, a potem wyjechałam z terenu wypożyczalni.
Mimo iż organizacja czasu była moją dobrą stroną, nie powinnam przesadzać z różnicami pomiędzy przypłynięciem statku a godziną, od której zależał mój iście piekielny plan. W sumie plan ten był zupełnie porąbany. W sumie nie zależało mi na dokładnym czasie. Ale im szybciej, tym lepiej.
Pędziłam jak szalona, tak, że Glaceon schował się w koszyku tak, aby nic z niego nie wystawało. Tylko czasem wystawiał głowę znad koszyka, by zobaczyć, czy nadal jedziemy w dobrym kierunku (albo nie; w sumie skąd miał wiedzieć, skoro tak jak ja był tu pierwszy raz w życiu?). I z takim jakże pozytywnym nastawieniem i prędkością jakichś 50 kilometrów na godzinę popędziłam w kierunku Sandgem, by zaczęła się moja przygoda. Czy coś takiego powinno się powiedzieć na początek podróży. Aby brzmiało bardziej jak bym była super-hiper-uber-silną jednostką od urodzenia i w ogóle „Jestem super trener, czy coś”?

Enjoy

PS. Czemu mi akapitów nie pokazuje na podglądzie, a są? xD

Schowam się w worku ;_;

Łapcie fc - 2595-1356-7933
kiedyś na pewno was wszystkich dodam
zabawa cały czas
[Obrazek: b2JMyc7.png]

 Cherish Balle podarowali: Drow, KleszczRex, Axel, Sarameda Hakte, Wooyar, Mico, Natx, Konus
19.06.2013, 23:00,
#2
RE: Curse of dreams and reality
I czym tak się przejmowałaś? Bardzo pocieszny tekst, rzekłbym nawet, że taki Mordor bez tego irracjonalizmu Kleszcza. Ciekawa odskocznia, bo jak u Cyris mamy tylko Pokemony, to tutaj ma bardziej skupienie się na ludziach, a przy napływie ficków "jestę trenerę"(sam się dissuje, co za wstyd :< ) to jest coś potrzebnego. Skupienie się na samych opisach, a nie na dialogach, zalicz in plus.

Co do błędów, to jak dla mnie trochę nadużywasz "i". Pewnym momencie ten spójnik był prawie cały czas. Jeszcze zostaje kwestia słówka Pokemon, które piszę z dużej litery. Resztę wyłapania zostawię naszej czołowej komentatorce, aby nie było, że zabieram jej robotę Tongue

Cieszy mnie, że jednak to opublikowałaś, bo trafisz w pewną niszę. Jednak nie licz na dużo komentarzy, bo nikomu się nie chce czytać, a tym bardziej komentować.

[Obrazek: V2k9EeX.jpg]

I am a man who walks the path of the heavens to rule over everything!
Jestem Szwagrem wszystkich Szwagrów
Obserwuj @Szwagra na Twitterze
Podziwiaj piękną Skyle od Tymci zrobioną dla Szwagra.
Szwagrowy FriendCode 3DS: 3067-6445-3298
19.06.2013, 23:05, (Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.06.2013, 23:06 przez Axel.)
#3
RE: Curse of dreams and reality
Cytat:Westchnęłam i wyjęłam z kieszeni kluczyk z breloczkiem, na którym wypisany był numer pokoju. Założyłam kółeczko (czy jakkolwiek inaczej się to nazywało) łączące kluczyk z breloczkiem na palec i zaczęłam sobie nim kręcić.
Nie podoba mi się to powtórzenie. Nie lepiej byłoby:
Kod:
Westchnęłam i wyjęłam z kieszeni kluczyk z breloczkiem, na którym wypisany był numer pokoju. Połączyłam je kółeczkiem i zaczęłam sobie nimi kręcić.
Cytat: super bohaterem
superbohaterem. Taka rada, wszystkie "mega, super, hiper" itp. piszemy łącznie z następującym je słowem.
Cytat:Myślę, że czyniło mnie to bardziej szczęśliwszą.
Albo "szczęśliwszą" albo "bardziej szczęśliwą", nigdy połączone.
Cytat:W sumie plan ten był zupełnie porąbany. W sumie nie zależało mi na dokładnym czasie.
Znowu nieładne powtórzenie, a nie znajduję tutaj jakoś megazmyślnego środka stylistycznego.
Cytat:super-hiper-uber-silną
Połączyłaś pauzami jakbyś zdawała sobie sprawę, że to powinno się pisać razem Big Grin. Tutaj akurat ten zabieg jest jak najbardziej okej, bo to wszystko połączone byłoby, co najmniej, nieczytelne.

Ogólnie piszesz dobrze. Jakieś tam błędy interpunkcyjne się dostały, ale to zupełnie normalne. Ciekawy system pisania "dygresji do dygresji", już sobie wyobrażam, co się będzie działo, gdy w końcu wejdzie fabuła. No właśnie - fabuła, co prawda gdzieś w tym rozdziale się zmyła, ale nieszczególnie to przeszkadzało, gdyż opisy skutecznie maskują jej brak. Pisz dalej, bo szykuje się ciekawie.
 Cherish Balle podarowali: Iryś
20.06.2013, 8:57,
#4
RE: Curse of dreams and reality
Cytat:- o bohaterce nie wiemy praktycznie nic i długo nic nie będziemy wiedzieć.
Nie wiem jak inni, ale ja nie jestem zwolennikiem szybkiego poznawania bohaterów Big Grin Dobrze mi się ich poznaje między innymi z takich sytuacji jak ta na statku, czy też bardziej żywiołowych akcji Smile błędy wychwycili już moi poprzednicy, więc nie będę o nich mówił. Czekam na następną część Smile
20.06.2013, 17:31,
#5
RE: Curse of dreams and reality
O cholewka, edytowałam to dość długo (w sumie ten rozdział pisałam jakieś 3 miesiące temu), a tu i tak były jakieś błędy. I na początek.
Co do mojego pierwszego posta:
[Obrazek: 37581695.jpg]
Całą noc się martwiłam, że zrobiłam coś głupiego ;_; Albo, że będzie jeszcze gorzej. ;_; Ale skoro póki co jest dobrze, a to tylko pierwszy rozdział, to może połączę drugi i trzeci w jedno.
Co do słowa pokemon, lub Pokemon - mogę pisać dużą, a raczej wielką, jeśli Cię to uraduje, bo to naprawdę dla mnie nie problem.
Oceny wystawili, do szkoły już chodzić nie muszę, a nawet - nie chce mi się, bo upał jest niemiłosierny i cały czas umieram.
Skończyłam z 4.33, hohoho. Dlatego nowy rozdział dodam jak go poddam korekcie i zmienię nazwę na bardziej rozległą. Będzie o batonikach zbożowych, więc uważajcie. ;]

Łapcie fc - 2595-1356-7933
kiedyś na pewno was wszystkich dodam
zabawa cały czas
[Obrazek: b2JMyc7.png]

20.06.2013, 18:19,
#6
RE: Curse of dreams and reality
Trochę powtórzeń, kilka wątpliwości co do interpunkcji i to właściwie na razie tyle. No i nawiasy, któe zawsze mi przeszkadzają. Ale to już trudno.


Zwyczajność do potęgi, choć całkiem przyjemna. Sporo potoczyzmów, których nie lubię, ale tutaj pasują.

Błękit nieba zakrył się szarością.
A ja się cieszyłam.
Deszcz.
I stałam.
Pośród kropli.
Czystej radości.
Kilka cichych słów.
Utonęło.
W szumie ciszy.
Tak jak miało być.
7.07.2013, 2:01, (Ten post był ostatnio modyfikowany: 7.07.2013, 21:20 przez Iryś.)
#7
RE: Curse of dreams and reality
Stwierdziłam, że pora na nowy rozdział. xD Muszę jakoś wyjść z małego dołka, więc zajmę się rysowaniem i pisaniem. Granie i tak trudno odstawić, ale byle do czwartku, desu yo neeeeee~

Zapraszam na drugi rozdział, a raczej połączenie kiedyś drugiego i trzeciego rozdziału~~!

Rozdział II – Jestem pieprzoną, szaloną rowerzystką, żrącą batoniki zbożowe. A do tego nienawidzę szpinaku.

Ktokolwiek tego ranka podróżowałby na trasie pomiędzy Twinleaf a Sandgem doświadczyłby ciekawego widoku dziewczyny, pędzącej jak porąbana na rowerze. Mimo iż, z tego co widziałam, wesołe podróżujące dzieciaki, młodsze ode mnie o 2 lata nie były chwilowo na tej trasie. Pokemony ptaki wyśpiewywały swoje pieśni, mieszając je z delikatnymi powiewami porannego wiatru. Na niebie królowało słońce, u boku mając wiele malutkich chmurek, które leniwie przemieszczały się po niebie. Powoli robiło się ciepło, ale póki co, gdzieniegdzie można było zobaczyć znikającą z pól mgiełkę.
Glaceon trochę mi zaufał, więc wystawił głowę z koszyka i obserwował otoczenie, tak samo jak ja. Gdyby nie fakt, że pochodziłam z miejsca, które było o wiele piękniejsze, zakochałabym się w tym pejzażu i nie chciała nigdzie iść. I pomyśleć, że czeka mnie cały region takich pięknych miejsc.. Aż się rozmarzyłam. Mój pokemon natomiast z zainteresowaniem wpatrywał się w stado Politoedów. Ahhh, ciekawe czy jest w tym regionie więcej miejsc niczym pola Gracidei... Pełno różowych kwiatów na łące przy lodowcu. Aby dotrzeć tam z mojego domu potrzeba było kilku godzin, ale za każdym razem gdy tam się wybierałam, działo się dla mnie coś szczęśliwego. A może działo się tak zawsze gdy opuszczałam moją miejscowość? Bo jakoś niespecjalnie podróżowałam gdziekolwiek poza polami Gracidei, które ubóstwiała moja młodsza siostra. A dla niej robiło się zawsze wszystko.
Ocucił mnie dzwonek. Rozejrzałam się. Jakaś dziewczyna z przejęciem dzwoniła na mnie swoim rowerem. Znaczy, sprecyzowałabym – dzwonkiem, który miała na rowerze. Na jej twarzy było widać przerażenie, i dobrze niestety wiedziałam dlaczego. Jeśli by założyć, że nasza prędkość się nie zmieni, spotkałybyśmy się na mostku w lesie (kurczę, jak mogłam być tak zamyślona, że nie zauważyłam lasu?!), który był zbyt wąski, by przejechały na nim dwa rowery, nawet mimo takiej prędkości. A ja nie mogłam już nic zrobić, bo jechałam za szybko. Próbowałam zjechać na bok, ale to nic nie pomogło, poza tym, że wjechałam rowerem na barierkę z drewna i wyleciałam w powietrze. Na nic nie zdało się moje poświęcenie, gdyż dziewczę, które na mnie uporczywie dzwoniło, i całkiem słusznie, uderzyło rowerem w tylne koło mojego i również poleciałaby na twarz, gdyby nie fakt, że całkiem trzeźwo pomyślałam.
- Glaceon, Lodowy Promień! - wykrzyczałam.
Nawet nie miałam szansy spojrzeć gdzie jest mój pokemon, zarejestrowałam jedynie dziewczynę. Widząc pod sobą drzewa, a do tego płytki, strumyk, pełen, ostrych, kamieni, stwierdziłam, że wolę tego nie widzieć i zamknęłam oczy. Lecz, dzięki mojemu kochanemu Pokemonowi, po chwili poczułam pod sobą zimno lodu, a nie strumienia i ześlizgnęłam się po gładkiej wodzie w stanie stałym do poziomu morza. Choć może lepiej powiedzieć, że po prostu do poziomu podłoża.
Gdy się podniosłam, spojrzałam na całą sytuację, zarówno teraźniejszą, jak i wstecz, a potem stwierdziłam, że jest ona tak nieprawdopodobna, że albo śpię, albo mam chwilowy spadek szczęścia. Za mało witamin czy coś.
Westchnęłam. Glaceon z dumą stał na poręczy i spoglądał na mnie. Ja natomiast spojrzałam na dziewczynę. Raczej nic jej się nie stało. A przynajmniej nic na to nie wskazywało. No chyba, że ma krwotok wewnętrzny i właśnie popełniam nieumyślne spowodowanie śmierci.
Słońce odbijało się w topniejącym lodzie, sprawiając, że krajobraz błyszczał. Uśmiechnęłam się i podeszłam do mojego Pokemona. Wzięłam go na ręce i dopiero wtedy podeszłam do dziewczyny, która masowała sobie czoło. Już wyobrażałam sobie, jak mnie nienawidzi, bo w końcu zamiast spaść na kamienie, zjechała po zimnym twardym lodzie. Jak ja. Niespecjalnie mi to przeszkadzało, z racji tego, że już wiele razy zjeżdżałam po takiej fakturze. I żeby skończyło się tylko na zjechaniu z niego (a nie spadnięciu, gdyż raz tak się zdarzyło, ale nie była to historia na tą chwilę). Zrobiłam uśmiech numer siedem i podałam rękę dziewczynie.
- Eeeem... Przepraszam za wszelkie problemy, to moja wina, jak uzbieram kasę to odkupię Ci rower... eee... jakkolwiek Ci na imię – miałam szczerą nadzieję, że jej rower był w dobrym stanie, bo nie było mnie stać na kupno takowego.
A nawet jeśli było, to nie stać by mnie było na życie. Tak to jest, jak się do cholery wyda na statek większość funduszy. Ale cóż, decyzja była ta podjęta pochopnie, bo inaczej miałabym spore problemy.
A potem nagle mnie zmroziło. Zapłaciłam za wynajem roweru. Jeśli się zniszczył, będę musiała sporo zapłacić. Nie czekając na odpowiedź nieznajomej dziewczyny, odwróciłam wzrok w kierunku pomarańczowego roweru z logiem firmy i zamarłam. Niby wszystko było dobrze, ale w przednim kole dętka powoli traciła powietrze i po prostu zdychała. Jej rower w porównaniu do „mojego”, żył.
Złapałam się za włosy i mamrotałam co chwilę „Mój Arceusie, mój najświętszy Arceusie, co ja teraz zrobię...”. W międzyczasie dziewczyna wstała i zawołała kogoś o imieniu „Aria”. Widocznie mnie olała, za to, że ja olałam ją. Podeszłam do roweru i zaczęłam dramatyzować w myślach, jak bardzo i jak szybko umrę z głodu.
Glaceon zeskoczył z barierki i podszedł do mnie, opuszczając uszy, gdyż ten problem dotyczył także jego. Uklękłam, a potem usiadłam przy rowerze, pociągnęłam Glaceona do siebie i usadziłam go na kolanach. Zaczęłam go głaskać po głowie, tak jak lubi.
- No cóż, nic na to nie poradzimy, co? Jakoś będziemy musieli za to zapłacić. A potem będzie nas stać tylko na jedzenie dla Ciebie. - wcale mnie to jakoś nie cieszyło, ale raczej ważniejszy był dla mnie Glaceon, niż własne dobro, które gdzieś miałam od bardzo dawna. Nawet ta podróż była dla mojego Pokemona. Rozejrzałam się, czy mam torbę przy sobie. Oczywiście, w międzyczasie spadła mi i kilka centymetrów dzieliło go od wpadnięcia do wody, gdyż zawisła na barierce mostku. Położyłam delikatnie rower na ziemi i chciałam się podnieść, lecz zmroziła mnie ręka, która dotknęła mojego ramienia.
- Omójboże – wydusiłam z siebie przerażona.
Usłyszałam śmiech. Nie był jakiś chamski, czy coś, raczej jak śmiech przyjaciela, prostując, przyjaciółki.
- Hejhej, nie musisz się mnie tak bać. Jeśli chodzi o ten wypadek – nie martw się, ten rower nie jest mi potrzebny – odpowiedziała tajemnicza osoba, której zafundowałam lodowisko.
Odwróciłam się w jej kierunku i zmierzyłam wzrokiem. Dziewczę to miało śliczne, niewyróżniające się jednak, błękitne oczy. Nie to co mój fiolet. Gdyby ktoś zechciałby mnie znaleźć spośród masy ludzi, rozpoznałby mnie właśnie po fioletowych jak śliwki oczach (i zupełnie niepasujących do nich brązowych włosach). Nie żeby mi się nie podobały, były całkiem ładne. Problem w tym, że zawsze, gdy spoglądałam w lustro, przypominały mi się pewnie niedogodności z tym związane, które na szczęście chwilowo sobie poszły.
Szybko wyrwałam się z zamyślenia i lustrowałam ją dalej. Miała strasznie... ciekawie ułożone włosy o barwie jasnego brązu. Z przodu wyglądały całkiem normalnie, prosto, lecz z tyłu były jakby zawinięte do góry. Poza tym, były średniej długości. O połowę krótsze od moich. Choć trudno było określić długość z tymi zawiniętymi końcówkami. Na głowie miała także niebieską chustę, w... białe i żółte kropeczki, od złudzenia przypominające gwiazdy.
Ogółem dziewczę wyglądało jakby lubiło niebieski. Miała niebieską bluzkę, z krótkim rękawem i białymi elementami, spodenki, tym razem o ciemnoszarej barwie. Spoglądałam tak na nią krótszą chwilę, a potem stwierdziłam, że warto jej odpowiedzieć.
- C-co nie zmienia faktu, że i tak przepraszam...
Machnęła ręką.
- Aaaa tam. A nawiązując do Twojego poprzedniego pytania... Nazywam się Hoshi. - odpowiedziała i podała mi rękę, bym wstała. - A ty?
- Haruka. – skłamałam bez wahania.
Zawsze chciałam mieć tak na imię, a poza tym, gdyby ktoś chciał mnie śledzić, lub znaleźć, będzie miał trudniejsze zadanie. Dlatego, że tylko jedna osoba znała moje uwielbienie do tego imienia, a druga nie żyła. Nie mówiąc o tym, że tyle samo osób znało moje prawdziwe imię. Uśmiechnęłam się. Tak, Haruka było dobrym imieniem. Zaśmiałam się w duchu, a potem wyciągnęłam rękę do dziewczyny i wstałam. Zamiast kontynuować rozmowę, od razu złapałam torbę.
Tymczasem dziewczę spojrzało na „mój” rower. Potem wstała i zaczęła się zastanawiać. W przypływie jakiejś idei, złapała swój plecak i wyjęła z niego... zestaw do naprawy rowerów... Mój światopogląd umarł w tej chwili, (nie było to gramatycznie poprawne określenie, ale je lubiłam) mimo iż fakt, że Hoshi posiadała ten przedmiot, ratował mi życie. Podeszła do roweru i zaczęła majstrować przy kole, z którego uchodziło powietrze.
- Ej wiesz... Wiesz, że to nie mój rower, no nie? - zapytałam nieśmiało.
- Yhm – odpowiedziała.
Wzruszyłam ramionami i podeszłam do niej. Wyjęła z koła dętkę i włożyła ją do strumyka. Nie obchodziło mnie, co potem z nią robiła, gdyż stwierdziłam, że to pora, by coś zjeść. Poślizg czasowy nadal nie był mi w smak, ale cóż poradzić. Wyjęłam z torby dwie poffinki i rzuciłam Glaceonowi, a sama otworzyłam jakiś batonik zbożowy (rozdawali je za darmo na statku, to wzięłam ich z 15) i zaczęłam go w spokoju konsumować. Hoshi w międzyczasie skończyła pracę i mój rower był praktycznie jak nowonarodzony [szczerze mówiąc, jestem skonfuzjowana i nie mam pojęcia jak pisać to słowo – razem czy osobno ~ notka od autora <Supermoe Iryś kya> (pseudonim literacki)]. Spojrzała potem na Glaceona.
- Jeeej~! - złapała go w ramiona i przytuliła.
Był wyraźnie zaskoczony i już miał ją zaatakować, ale spojrzeniem pokazałam mu, aby nie próbował, więc po prostu westchnął. Dziewczę wzięło go na ręce i podeszło do mnie.
Spojrzałam na jej pracę. Ustawiła oba rowery obok siebie, a jednak na poboczu drogi. Nie martwiąc się już na zapas, bo i tak mój plan mógł nie wypalić, zdjęłam buty i skarpetki, co można było nazwać doprawdy ciężkim manewrem i włożyłam nogi do zimnej wody. Hoshi skopiowała moje ruchy, a potem oddała mi Glaceona. Usadziłam go na swoich kolanach, a on odetchnął.
- Tak więc- zaczęłam.
- Hejhej! A tak w ogóle! Masz trochę tych poffinek? Bo widzisz, mimo iż dzisiaj odbieram swojego pierwszego pokemona, to jednego już mam. - wyprodukowała się, jednocześnie przerywając mi wypowiedź – Ariaaa~! Ariaaaa, chodź tuuu~!
Wzruszyłam ramionami i wyjęłam trochę poffinek. Do dziewczyny przyleciał niewielki, niebiesko-biały pokemon i usiadł jej na kolanach.
- To Swablu, tak? - zapytałam. - Słodziutki.
O ile się nie myliłam, to był właśnie Swablu. Był za mały na Altarię, ale poza tym, miał okrąglutkie niebieskie ciałko i białe skrzydełka, od złudzenia przypominające chmurki. Co ciekawe, dzióbek też miał bialutki. Zawsze myślałam, że Swablu mają niebieskie dzióbki. Ale cóż, czegoś się nauczyłam. Uroczy pokemon, pomyślałam. Do tego, ewoluowałby w całkiem niezłą Altarię, mającą bardzo przydatne typy, jak smoczy i latający.
Aby nie być aspołecznym chamem, wyjęłam także jednego batonika zbożowego i podałam dziewczynie.
- Ojej, to dla mnie? Dziękuję! Mam drugie śniadanie, ale i tak bardzo dziękuję! - przyjęła go z radością.
Ale miała fajnie. Ja swoje drugie śniadanie zjadłam jeszcze po drodze na statek. Ale cóż, cały dzień nie byłam w stanie nic zjeść, a potem dopadł mnie cholerny głód. Moje myśli brzmiały trochę, jakbym była hipokrytką, gdyż przed chwilą myślałam, żeby jeść raz w tygodniu, gdyby usterka roweru była trudniejsza, a nawet niemożliwa do naprawienia przeze mnie. A raczej przez Hoshi, ale to już był mało zauważalny szczegół. Póki co, miałam na życie. Trzepnęłam się w głowę. Nie powinnam myśleć póki co o takich rzeczach.
Gdy skończyłam batonika, złożyłam papierek i włożyłam go do kieszeni, wiedząc, że śmiecić raczej nie można. Nie ostrzegając Glaceona, położyłam się na wilgotnej od rosy trawie i rozłożyłam ręce. Spojrzałam w niebo. Było błękitne. Jak zawsze. Jednak czułam tu coś innego, niż w domowych stronach, coś zupełnie odmiennego. Nie wiedziałam co to, mimo iż oczywiste było, że będę odczuwać to miejsce inaczej. Cóż, nie sądziłam, aby myślenie o tym było produktywne na tą chwilę, gdyż już i tak porządnie się spóźniłam, by mój plan wypalił. Choć, wszystko było nieobliczalne, więc może miałam jeszcze szansę.
- Hej... - przerwała mi moje myśli i spekulacje Hoshi.
Podniosłam się na łokciach. Glaceon wyraził swoje niezadowolenie, pacając mnie w rękę, a ja tylko odpowiedziałam mu chamskim uśmiechem. Spojrzałam na Hoshi. Nie było możliwości, aby nie mówiła do mnie, mimo iż nadal była odwrócona w stronę strumienia.
Bez mojego odezwu, czy ją słucham, czy cokolwiek, kontynuowała:
- Czy zechcesz wyruszyć ze mną na podróż?
Muszę powiedzieć, że jestem użytkownikiem niepokojącej mimiki twarzy, więc gdy usłyszałam to pytanie, moja twarz pokazała upośledzone zmieszanie i zaskoczenie. No ok, super, fajna dziewczyna, ładna całkiem, ale cholera – znamy się może 20 minut, a znajomość tą rozpoczęłam zamachem na życie jej roweru! No cholera, coś tu było nie tak! No rozumiem, może ludzie z południa Sinnoh są trochę bardziej przyjacielscy , no ale bez przesady. Nie wiem, czy ja bym zachowała się tak samo. Cóż, przemyślenia przemyśleniami, ale wypadałoby dziewczęciu odpowiedzieć. No właśnie, ale jak? Nie żebym dziewczyny nie lubiła, czy coś.
Choć w sumie, warto było sobie znaleźć jakichś przyjaciół. Może łatwiej jest zacząć podróżować, by stworzyć jakieś relacje? W sumie trudno najpierw się zaprzyjaźnić, a potem podróżować razem. Nie znałam się na czymś takim. Możliwe, że większość osób zaczynających samotnie zastanawiało się nad tym, co nie zmieniało faktu, że trochę mnie to dziwiło.
Patrząc natomiast przez pryzmat materialny, dałoby mi to spore korzyści. No hej, głównym środkiem mojego pożywienia są batoniki zbożowe, zrobione z jakiegoś niepewnego materiału, który jakimś cudem wprowadzono do obiegu spożywczego. Bo one nie smakowały dobrze, ale były jedzeniem. I to całkiem zapychającym. Tak na dobrą sprawę w ogóle nie lubiłam batoników zbożowych.
Lecz, gdybym jednak zdecydowała się być jej towarzyszem, może miałabym więcej jedzenia należącego do jadalnych. Woda w proszku pewnie była tania. Ale absolutnie niejadalna. O ile istniała. Ale to też w sumie dziwne, skoro by mieć wodę z wody w proszku potrzebowałoby się wody, aby ją zalać, czy coś. Chyba, że byłby to wodór w proszku do zalania tlenem w stanie ciekłym, co jest też cholernie nieosiągalne.
Westchnęłam i jeszcze raz rzuciłam okiem na dziewczynę. Zanim otworzyłam buzię, by coś powiedzieć, ta mnie uprzedziła.
- Hmm... A może chciałabyś, aby zaprosić Cię na obiad?
Otworzyłam, tym razem całkowicie buzię i prawie rzekłam „OOOOOO”, ale powstrzymałam się, mimo iż znałam już swoją odpowiedź. Niby była dopiero 10, ale jeść mogłabym całą dobę, całe życie i w ogóle. Lubiłam jeść.
- Haaa. Jasne, czemu nie. Zawsze zastanawiało mnie czy kuchnia południowego Sinnoh jest inna niż ta z moich rodzinnych stron, więc czemu nie – zaśmiałam się, błagając w myślach, by nie pytała skąd jestem.
Absolutnie nie byłam osobą, która odmawiała, gdy proponowało się jej jedzenie. No chyba, że byłaby to jakaś rzecz, z tych których nie lubię, np. szpinak z papryką i czosnkiem w sosie ananasowym. O ile takie coś istniało. Co nie zmieniało faktu, że szybciej niż bym to zjadła, wsunęłabym w siebie tonę betonu. Dosłownie.
Tak to już było, że mimo iż lubiłam jeść, była masa rzeczy, których nie lubiłam. Na przykład sok pomidorowy – jak można było takie coś produkować?! Właściwie to wszystko będące przetworem pomidorów było niedobre. Dla mnie oczywiście.
Powoli wracając do rzeczywistości poczułam, że pod wpływem zimnego prądu strumienia, w którym miałam zanurzone stópki, przeszedł mnie dreszcz. I to taki, że aż Glaceon go poczuł, w wyniku czego zeskoczył trochę przestraszony ze mnie i przysiadł obok, patrząc na mnie pytająco. Machnęłam ręką, by się tym nie przejmował, a potem wstałam i założyłam buty. Co jak co, ale miałam coś do zrobienia. Ale wtedy coś skojarzyłam.
- Hm... Mówisz obiad, ale jest chwilę po 10, prawda? - spojrzałam na Hoshi, która także ubierała buty.
Uśmiechnęła się do mnie. Na dobrą sprawę, wydawała się taką słodziutką i niewinną dziewczyną, ale było coś w niej hmm... mroczniejszego? Coś jak fakt, że najciemniej jest pod latarnią. Tak jakby tak naprawdę... Eh, przerwałam myślenie o tym, gdyż przecież dobrze jej nie znałam. Ale mimo to, z wrodzonej cichej ciekawości, chciałabym się dowiedzieć co mnie tak w tej osobie interesuje i być może fascynuje. Może i tak bardzo, że przystałabym na jej propozycję. Oczywiście nie na temat obiadu, na tą już przystałam.
- Oh, jasne, że nie jada się obiadu o tej porze – wyrwała mnie z zamyślenia – Lecz, dzisiaj jest mój wyjątkowy dzień, prawda? Powiedziałam Ci. Chyba. Ale zapomniałam z domu pocztówki dla profesora Rowana, więc muszę się po nią wrócić, hehe.
Od razu nasunął mi się piękny pomysł.
- Pojadę z Tobą, bo czemu nie – miałam wrażenie, że mój uśmiech jest trochę udawany, ale musiałam jakoś wykorzystać okazję.
Glaceon w międzyczasie spojrzał na mnie, jakby wiedział o czym myślę. Pomyślałam „Dzięki, Ty to mnie zawsze wspierasz” i westchnęłam głęboko.
- Jasne! Będzie zabawnie! Na pewno! - uśmiechnęła się do mnie Hoshi.
Odwzajemniłam uśmiech i podniosłam rower, który wyglądał, jakby w ogóle nic mu się nie stało. „Rzeźba” lodowa, którą stworzył mój Glaceon szybko się stopiła pod wpływem temperatury i połamała. Większość z niej wpadła do strumienia, więc może to dlatego woda była taka zimna i obdarzyła mnie dreszczem. Spojrzałam na niebo. Bez wątpienia było kilka stopni cieplej niż gdy wysiadałam ze statku. Potem spojrzałam na Hoshi. Nie wydawała mi się złą osobą. Dlaczego by nie spróbować w jakiś czynny i społeczny sposób rozpocząć mojego życia w tym regionie? Na pewno będę potrzebować wsparcia, nie tylko Glaceona i innych pokemonów, które złapię, ale także ludzi. I wiedziałam, że nie mogę cały czas uciekać. Gdy podniosłam rower Glaceon wskoczył do koszyka, tak jak wcześniej, a mój wzrok wrócił na niebo. Westchnęłam.
- Właściwie to tak, zgadzam się. Na tą wspólną podróż. Dlaczego by nie przeżyć wspólnie przygody w tym regionie? - podałam rękę do Hoshi.
-Yhm! - zareagowała bardzo szybko, podając mi swoją.
Uścisnęłyśmy je sobie na znak rozpoczęcia naszej podróży. Czułam się całkiem przyjemnie, jak na podjęcie decyzji, która utworzyła tyle dylematów w mojej głowie.
No i powinnam jeszcze dorzucić, że „Nie wiedziałyśmy jeszcze ile cudownych przygód nas spotka, a także, że uratujemy świat”?
Enjoy


Ekhem, jeśli chodzi o chwilę przy strumyku - masa przecinków jest celowo.

Khihi, w końcu się przemogłam :3c
No i usunęłam/przerobiłam jak najwięcej nawiasów się da. Większość słów "pokemon" zaczęłam z wielkiej litery, a jeśli coś przeoczyłam, to nie zrobiłam tego specjalnie, przysięgam. UwU

Heh, się wstrzeliłam, praktycznie nikt nie zauważył, że napisałam coś nowego xDxD

Łapcie fc - 2595-1356-7933
kiedyś na pewno was wszystkich dodam
zabawa cały czas
[Obrazek: b2JMyc7.png]

 Cherish Balle podarowali: Suspect, Axel, Mico, Natx
14.07.2013, 22:25, (Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.07.2013, 22:30 przez Axel.)
#8
RE: Curse of dreams and reality
Hej, czy ktoś tu zauważył, że Irysia wrzuciła ficzka? Napisałbym ci wcześniej, ale wiesz, życie xD

Cytat: (kurczę, jak mogłam być tak zamyślona, że nie zauważyłam lasu?!)
No jak to, drzewa ci zasłoniły Big Grin
Cytat:Widząc pod sobą drzewa, a do tego płytki, strumyk, pełen, ostrych, kamieni, stwierdziłam, że wolę tego nie widzieć i zamknęłam oczy.
Wydaje mi się, że wielokropki lub kropki lepiej by się sprawdziły (tylko wtedy oczywiście każde słowo z wielkiej litery)
Cytat:Mój światopogląd umarł w tej chwili, (nie było to gramatycznie poprawne określenie, ale je lubiłam)
Gramatycznie spoko, z logiką problematyczne xD
Cytat:Hoshi w międzyczasie skończyła pracę i mój rower był praktycznie jak nowonarodzony [szczerze mówiąc, jestem skonfuzjowana i nie mam pojęcia jak pisać to słowo – razem czy osobno ~ notka od autora <Supermoe Iryś kya> (pseudonim literacki)]
Mówiąc szczerze nic nie rozumiem, ale wychodzi na to, że osobno Big Grin
Cytat:Eh, przerwałam myślenie o tym, gdyż przecież dobrze jej nie znałam.
Ech. Wszystkie "echy, achy i ochy" pisze się przez "ch", dziwne, że tego nie podkreśla...

Oprócz tego mam też wrażenie, że molestujesz przecinek, ale kij, zwalę to na twój styl pisania. Najdziwniejsze jest jednak to, że twojego fica czyta mi się jakoś... przyjemnie? Nie mam pojęcia czemu tak jest, w końcu nic się nie dzieje, a przemyślenia są o niczym, ale może to jest właśnie przyczyna tego, że podoba mi się twój fic? Kto wie, nie zmieniaj tego Tongue
29.07.2013, 23:09,
#9
RE: Curse of dreams and reality
Kolejna masa nudnego tekstu o niczym ;]

Przedstawiam Rozdział III, noszący dumną nazwę

Nienawidzę Pikachu i nie wiem jak wyglądają laboratoria Pokemon


W pewnym momencie, gdy już wsiadałam na rower, Hoshi zauważyła, że nie ma sensu, abym jechała z nią po pocztówkę, więc ustaliłyśmy, że spotkamy się w Sandgem. Nie było to jakieś specjalnie duże miasto, raczej małe miasteczko bez atrakcji, do mieszkania. Nie było tutaj ani sali do zbierania odznak, ani tej, która bardziej mnie interesowała – czyli tej od pokazów. Ukryte w niewielkiej dolinie, która znajdowała się za lasem. Gdy tylko z niego wyjechałam, przystanęłam, by napawać się tym niesamowitym widokiem. Odetchnęłam z ulgą, bez widocznego powodu. Czułam się wolna. Marzyłam tylko o tym, aby złapać jakiegoś pokemona latającego i przemierzyć w taki sposób całe Sinnoh. Ale i tak musiałam uważać. Takie niepewne życie nie było tym, za czym koniecznie przepadałam, bo było tak cały czas, ale i tak było dobrze. Miałam Glaceona. Miałam... Hm, czy mogłabym powiedzieć, że miałam Hoshi? Czy mogłabym powiedzieć, że jest jakby moją przyjaciółką? Hmm. Dotychczas miałam tylko jedną koleżankę, ale wyjechała to Johto i tyle ją widziałam, bo nie mogłam nigdy się z nią skontaktować. Pewnie wyruszyła w swoją podróż. Ileż bym oddała, by być nią. Była niesamowita. Gdyby nie ona nie poznałabym dwóch innych moich znajomych z dzieciństwa, których też wywiało.
Gdy wjechałam do Sandgem, zaskoczyło mnie to, jak wiele jest tam kwiatów. Było to w sumie całkiem urocze. W sumie nie wiedziałam co o tym myśleć, ale aż miałam ochotę. Dodawało to temu miasteczku uroku, mimo iż tak naprawdę nic w nim nie było.
Tym razem uważałam, byle się nie zamyślić, więc na wszelki wypadek, podczas oglądania, porządnie zwolniłam. Szukałam także wypożyczalni rowerów. Tylko gdzie do cholery ona mogła być? Domki domki domki domki. Nie było tu nic przypominającego centrum. Gdy w końcu ją znalazłam, brakowało mi 5 minut do zapłacenia ogromnej kary za nieoddanie roweru w wyznaczonym terminie. Chwała przezornej mnie, która wydłużyła termin trzymania roweru o godzinę. Tak więc w sumie mnie to już nie kosztowało.
Glaceon niechętnie opuścił koszyk, ale w końcu musiał. Wyszliśmy razem z wypożyczalni. Lecz co teraz. W sumie mogłam pójść do jakiejś kawiarni, i poczekać, lecz jak wtedy wykonam mój błyskotliwy plan. Choć, w sumie to nie byłoby normalne, zrobić to bez jej wiedzy, ale może nie będzie zdziwiona. Ale nie. Wolałam poczekać, tak.
Glaceon spoglądał na mnie, jakby próbował zgadnąć co myślę. Odpowiedziałam mu jednym z tych uśmiechów, które niestety ukazywały całe to moje zmartwienie. Nie musiałam go okłamywać. Westchnęliśmy synchronicznie, jak to mieliśmy w zwyczaju. Wzięłam pokemona na ręce, a potem pozwoliłam mu usiąść na moich plecach. Jakoś żyłam, z tym, że był ciężki. Czasem nadal zachowywał się jak pokemon, który wykluł się z jaja zaledwie kilka dni temu, ale w środku był naprawdę inteligentnym przedstawicielem swojego gatunku.
Szkoda tylko, że nie nadałam mu żadnego imienia. W sumie nie chciałam teraz mu wymyślać, żeby mieszać nam w głowach. W sumie nie chciałam nigdy go nadawać, choć innym pokom bardzo chętnie bym je nadała.
Myślę, że po prostu bałam się je nadać. Ale nie tym teraz było się martwić. Szłam powolutku po Sandgem, próbując się orientować, gdzie może być jakaś kawiarnia, albo chociaż laboratorium tego całego profesora Rowana.
W sumie kawiarnia wydawała się bardziej realnym faktem, aniżeli jakieś laboratorium, ukryte pośród budynków miasteczka Sandgem. Świadczył o tym fakt, że jedyna nietypowa budowla, którą widziałam z wzgórza, była wiatrakiem. Hm. I to dość na obrzeżach. Zastanawiałam się, czy by go nie odwiedzić, ale ostatecznie znalazłam jakąś uroczą kawiarenkę, całkiem nieopodal tego całego wiatraka. Zamówiłam sobie soczek pomarańczowy z kostkami lodu, a Glaceonowi po prostu dałam trochę poffinek.
I tak minęło następne pół godziny. Niepokoiło mnie to trochę, bo droga z Twinleaf do Sandgem nie jest jakaś specjalnie długa. Co to dziewczę robiło w tym swoim domu? Zgubiło się? Albo nie mogła mnie znaleźć? Nie, raczej wątpiłam. Droga z Twinleaf była bardzo dobrze widoczna z miejsca, w którym siedziałam. W ogóle kawiarnia ta była dość widoczna, z wielkim plakatem z Pikachu. Może byłam tylko jedną osobą na tym świecie, ale do prawdy, nienawidziłam Pikachu. Tak bez powodu. Był super hiper popularny, ale brzydki. Wolałabym już mieć Shinxa, de facto częściej spotykanego w Sinnoh aniżeli Pikachu. Choć bardzo wiele dzieciaków uważało za modne udawanie Pikachu, wcielanie się w Pikachu i wszystkie te rzeczy, których tak bardzo nie mogłam znieść. Z Pikachu.
Pichu i Raichu wydawały się całkiem spoko, ale nie ten... Nie chciałam o nim myśleć, więc skupiłam się na procesie topnienia lodu w moim soku. Było to przyjemniejsze niż myślenie o takich obrzydliwych... Nie myślałam już o tym. Soczek. Pomarańczowy. Pizza. Cokolwiek. Jestem głodna.
Ostatnia myśl w sumie zmusiła mnie do otworzenia kolejnego zbożowego batonika, który zawierał w sobie tyle naturalnych produktów, jak chociażby zboża (po nazwie) ile jest go w parówkach. 100% dziennego spożycia, cholera. A ja się tym trułam. Nie mówiąc o tym, że musiałam sobie jeszcze uszyć sukienkę na pokazy w Jubilife. Gdybym miała jakąś kupić to też bym parszywie ukradła sobie całe pieniądze. A materiały były tańsze.
Cóż, pomyślałam, że jak znajdziemy się z Hoshi, to pójdę do sklepu z materiałami. To jej rodzinne strony, więc pewnie wie, czy jakiś tu jest. I skończyłam temat.
Po kolejnej półgodzinie zaczęłam się naprawdę niepokoić. Zdążyłam wsunąć już 3 batoniki (wcale nie)zbożowe. Aż w końcu ją zobaczyłam. Miała ze sobą niepokojąco duży plecak. Nie był oczywiście taki, jak super wypasiony plecak na 50 dni campingu, w którym schowasz nawet schron przeciwatomowy, ale wydawał się ciężki. Nie zdziwiłabym się, gdyby zmieściła tam nawet namiot, który by się, hm, przydał. Gdyby padało.
Na początku mnie nie zauważyła, więc to ja do niej podeszłam. Za soczek zapłaciłam już wcześniej, więc nie musiałam się stresować zostawianiem pieniędzy. Uniosłam rękę do góry, aby jej pomachać.
- No siema, zaczynałam się martwić. - zaśmiałam się po przyjacielsku – Zdążyłaś się przepakować? A co z obiadem?
Może i miałam mentalność aspołecznego chama (mimo iż jakiś czas temu udawałam, że nim nie jestem), ale naprawdę byłam głodna, a te batoniki zostawiły po sobie paskudny posmak (wcale nie)zdrowych, naturalnych składników, w nich zawartych. A jednak zastanawiało mnie, czemu nie było jej tak długo (w sumie to wyszłoby jakieś dwie godziny, bo przez jakieś 45 dojeżdżałam i zwiedzałam miasto. Z tego co się dowiedziałam, była tam większa droga na północ, prowadząca do Jubilife i jedna na południe, prowadząca nad morze. No i oczywiście droga do Twinleaf i nad jezioro... Jezioro... Jak ono się nazywało? Chyba prawdy. Z legendą o mieszkającym tam, niejakim Mespricie, czy tam Azelfie.
Nigdy nie interesowałam się legendarnymi pokemonami, bo było oczywiste, że ja, będąc zupełnie ordynarną (a z drugiej strony nie) osobą nigdy nie spotka ani jednego z nich. Szczególnie, że legendarne pokemony tego regionu, miały takie śmieszne role jak manipulacja przestrzenią, czasem, koszmarami i takie tam, więc gdyby coś poszło nie tak, nie byłoby zbyt fajnie. Nie chciałabym nagle zamieszkać w średniowieczu, czy sprawić, że mój dom będzie połączony z ligą pokemon na Wyspie Konwalii. Albo zasnąć na pół roku, kiedy będą mi się śnić tylko jakieś koszmary, typu pożar? Nigdy nie lubiłam ognia, hm.
- Hejhej, stwierdziłam, że nie ma za dużo czasu, więc wzięłam obiad i jedzenie na kilka dni, aby już nie wracać do domu – odpowiedziała uśmiechnięta.
Anioł, rzekłabym. Ta dziewczyna to po prostu anioł stróż zesłany mi z niebios. Dzięki Ci Boże, ale czemu tak późno?!
Jedzenie. Hmmm. Jednak, nie mogłabym być taka, że żyję na jej koncie, choć i tak nie miałam innej możliwości. Moje fundusze wynosiły tyle, ile normalny człowiek zabiera może na tydzień podróży, a ja tydzień nie zamierzałam na niej spędzić. Trzeba było coś z tym zrobić. Ale w sumie zaprosiła mnie na ten obiad, więc nie muszę się denerwować. Ale na dłuższą chwilę to nie przejdzie.
- Super, zatem chodźmy do tego profesora Rowana~ - powiedziałam i zbliżyłam się do niej – Wiesz może gdzie jest jego laboratorium?
- Och, to Ty go nie widziałaś? - odpowiedziała zaskakująco szybko – Tam, gdzie jest ten wiatrak, o ~ - wskazała go palcem.
Na ten sam pieprzony wiatrak, o którym sądziłam, że jest zwykłą budowlą gospodarczą, czy coś. Super. Ale ze mnie ciota, nie potrafię rozpoznać laboratorium. Choć w sumie, nie mogłam się obwiniać. Jej, moje myśli były strasznie zawiłe i się nie kleiły. Tak jakbym nie spała od jakichś 20 godzin, grając, czy oglądając telewizję.
Tak więc, nie odezwałam się już, gdy Hoshi stwierdziła, że pora ruszać. Wzięłam Glaceona na ręce, tak zupełnie bez powodu. Miałam ochotę go przytulić, gdyż w zawiłości moich myśli dotarło do mnie, że jestem bardzo zagubiona i mam tylko jego. I być może Hoshi. I w ogóle. Jej Swablu siedziała na jej głowie. Z tego co słyszałam, Swablu były naprawdę lekkie, dla przykładu, taki normalny Beautifly ważył ponad 25 kilogramów, kiedy Swablu mniej niż 5. Czyli Beautifly miał mniej więcej tyle samo ile Glaceon, którego właśnie niosłam. Ale nie obchodziła mnie jego waga, jak zwykle. Przecież nasze wspólne uczucia eliminowały jakikolwiek ból! Czy coś.
W międzyczasie, droga zmieniła się z asfaltu w kamienistą. W końcu dotarłyśmy do bramy, która, lekko uchylona, zapraszała nas do środka. Zapraszała to złe słowo, szczególnie w stosunku do przedmiotu nieożywionego, jak brama, ale zdecydowałam się tak to nazwać, i tak zostało. Czyli brama zapraszała do środka. Niech będzie.
Gdyby nie Hoshi najpewniej mój plan nigdy by się nie udał. Głównie dlatego, że nie wiedziałam, że wiatrak to jego laboratorium. Ok.
Drzwi do budynku były otwarte, więc weszłyśmy przez nie razem. Wnętrze było naukowo urządzone, wszędzie jakieś maszyny, czy coś. Nie byłam dobra w opisywaniu takiego czegoś. No po prostu, zwykła placówka naukowa. Dobrze wyposażona. Z garstką ludzi w białych kitlach. Nieśmiało szłam za Hoshi, przerabiając po raz kolejny wszystkie punkty mojego planu.
Nim Hoshi się odezwała, bo ja nie miałam póki co zamiaru, wyszedł do nas nikt inny jak profesor Rowan (no co? Przecież był to strasznie popularny w Sinnoh koleś, to oczywiste, że go poznałam) i pomachał nam. Wyróżniał się chyba swoim wąsikiem. Był... oryginalny, tak. Nie umiałam go inaczej opisać. Ważne, że nie był starym kolesiem z dziwnym wąsikiem i psychopatycznymi zapędami wobec dziesięciolatków wysyłając ich na podróż, choć Hoshi wydawała mi się odrobinę starsza.
W ogóle co za debil wymyślił przyzwolenie dzieciom na podróż, kiedy skończą 10 lat? Oczywiście, super, bardzo szybko, wystarczy przeżyć tylko dekadę życia, aby móc podróżować po całym regionie. No ale bez przesady, no, ile się można w tyle lat nauczyć?! Nawet jeśli nauczysz się wszystkiego o podróżach, to gdzie pora na normalną naukę, matematykę, czytanie, pisanie, cokolwiek? Ode mnie, personalnie, było to raczej wymagane, a poza tym lubiłam czytać książki, a nie miałam małych czytanek dla dzieci tylko porządne encyklopedie, których autorów widziałam często osobiście. Nigdy nie wiedziałam, jak mogło im się chcieć pisać tyle tekstu. Cóż, w skrócie, głupia nie byłam.
- Dzień dobry Hoshi. Mam nadzieję, że jesteś gotow- z zamyślenia wyrwał mnie głos profesora Rowana. Przerwał, spoglądając na sprzęt, który dziewczyna ze sobą tachała – Dobrze, jesteś gotowa na odbiór swojego pierwszego pokemona jak i na podróż. Hehe. A ta dziewczyna za Tobą? Jak się nazywa...?
Uśmiechnęłam się, a potem delikatnie ukłoniłam.
- Haruka – odpowiedziałam wymownie na pytanie.
Najpewniej już wiedział o co mi chodzi. Ale cóż na to poradzić. Spojrzałam na niego, jakby mówiąc, aby na razie nie poruszał tego tematu. Profesor skinął głową i począł nas prowadzić do grupki naukowców, którzy mieli przy sobie trzy pokeballe. Na życzenie Rowana, wypuścili z nich pokemony.
Pierwszy z nich był starterem trawiastym. To znaczy, był to Turtwig. Mały pokemon, który miał na głowie dwa listki. Był całkiem uroczy, taki... jakby to ująć słowami... puciu puciu... Nie umiałam wyrazić tego lepiej. Może słowem „tulaśny”.
Drugim pokemonem był Chimchar, typu ognistego. Był to pomarańczowy stworek, który miał łapki podobne do ludzkich rąk, w sumie to przypominał małpkę. Byłam pewna, że po ewolucji otrzymywał typ walczący. Ten, personalnie, wyglądał na niesfornego. Spodobał mi się. Posłałam mu uśmiech, bez nadziei, że w ogóle zauważy.
Ostatnim pokemonem był pokemon pingwinek, Piplup. Taki o, niebieski stworek. Bardzo słodki. Zdecydowanie najsłodszy z całej trójki. Chciałabym go przytulić. Gdy spojrzałam na Hoshi, wpatrywała się właśnie w niego, jak zahipnotyzowana. Chyba już wiedziałam, jakiego pokemona wybierze. Puknęłam ją w ramię.
- Marzy Ci się ten mały Piplup, co? - szepnęłam jej na ucho.
A ona, zamiast odpowiedzieć, po prostu pokiwała głową, bez odwrócenia wzroku od wodnego pokemona. Westchnęłam więc i popchnęłam dziewczę w kierunku starterów naszego regionu.
- Hm! Dokonałaś wyboru? Którego z nich chcesz jako kompana? - zapytał profesor.
Hoshi ponownie spojrzała na Piplupa, a ja podeszłam bliżej. Ich oczy się spotkały i było w nich widać wzajemne zrozumienie.
- Wybieram... Piplupa! - powiedziała Hoshi.
Podała mu, a może jej, swoją rękę. Na co pokemon podał swoją... łapkę? Płetwę? Powiedzmy, że łapkę.
- Pip-piplup! - zawołał radośnie, a potem spojrzał na siedzącego obok Chimchara i wystawił mu język.
Chimchar odwdzięczył się i pacnął Piplupa, jednakże po przyjacielsku. Możliwe, że tylko ja tak to odebrałam, ale wytworzyła się pomiędzy jakaś więź. Głupio by było rozdzielać tą dwójkę. No ale cóż, taki jest los.
- Doskonały wybór! Jeśli chciałabyś zbierać odznaki, jest idealny do najbliższej sali w Oreburghu! - zaczął Rowan – Ten Piplup jest dziewczynką, posiada radosną naturę. Czy chcesz nadać mu jakieś imię?
- Yhm... myślę, że... Empertia będzie dobrym imieniem! W nawiązaniu do jej ostatniej ewolucji! - wyprodukowała Hoshi w 5 sekund.
W sumie, miała rację. Ostatnią ewolucją Piplupa był Empoleon, nazywany cesarskim pokemonem. W sumie to racja, był całkiem majestatyczny. Kiedyś oglądałam encyklopedię o starterach pięciu pierwszych regionów, tj. Kanto, Johto, Hoenn, Sinnoh i Unovy. Moim ulubionym był chyba Cyndaquil, ognisty starter z Johto i Mudkip, wodny starter z Hoenn. Były całkiem urocze. Podobał mi się jeszcze Snivy z Unovy.
- Empertia! Hm! Idealne imię. Zatem, przejdźmy do formalności. Jak wiesz, chcę Ci powierzyć pokedex. Każde dziecko może taki otrzymać, lecz tylko regionalny. Za specjalne zasługi w tym kierunku można otrzymać prawdziwy rarytas, od samego profesora Oaka z Kanto – pokedex, który może pomieścić zapis każdego, każdego poznanego dotąd pokemona. Ten mieści w sobie informacje tylko na temat 210. Od Turtwiga do legendarnego pokemona, rządzącego Zniekształconym Światem, Giratiny, którą wiele osób zna tylko z legend. Sam fakt, że mogłabyś ją spotkać zasługuje na podarowanie Ci tak zwanego, national pokedexu. - zaczął wywód profesor – Tak więc, pokedex nie jest duży, co nie oznacza, że udziela małej ilości informacji. Gdy tylko ujrzysz pokemona, możesz dostać trochę informacji, lecz jeśli go złapiesz, możesz sprawdzić o nim wszystko co się da. Niektóre pokemony z regionalnego pokedexu mogą pochodzić z innych i to może ułatwić Ci pracę. Czy marzy Ci się jakiś specjalny kolor pokedexu? Jakikolwiek.
- Hmmm... - Hoshi myślała chwilę – myślę, że niebieski.
Osobiście przytłoczył mnie wywód Rowana, choć większość informacji sama znałam. Cóż, może moja towarzyszka tego nie wiedziała. Westchnęłam i spoglądałam na dalszy przebieg wydarzeń. Rowan wziął bialutki pokedex, a potem założył niebieską nakładkę. Włączył urządzenie, by sprawdzić, czy działa, a gdy okazało się, że tak, podał je Hoshi. Po chwili schował Empertię do pokeballa, zwyczajnego. Ni to great-, ni to ultraballa, zwykłego, klasycznego, czerwono-białego pokeballa.
- Liczę na Ciebie Hoshi. Wierzę, że jesteś odpowiedzialna i nie zrobisz nic złego z powierzonym Ci pokemonem i zadaniem. Wiele jest osób, które pozyskując siłę, schodzą na złą drogę. Ufam Ci! Weź tego pokemona i ten pokedex i spełnij wszystkie swoje marzenia i to jedno moje! Wierzę, że to może Ci w tym pomóc! - zakończył profesor Rowan.
Zastanawiałam się, czy mówi tak do każdego dzieciaka. Jeśli tak, to zastanawiam się jak będzie wyglądać przyszłość tego świata.
Hoshi wzięła od niego pokeball i ukłoniła się.
- Dziękuję bardzo! Zapewniam, że pana nie zawiodę, profesorze! Wygram ligę, a wtedy zdobędę national dex! Na pewno!
Uśmiechnęłam się i spojrzałam na Glaceona, przypominając sobie, że w ogóle miałam go na swoich rękach. Wzrokiem pokazałam mu, że teraz nasza kolej, by coś zrobić.
- To, Haruka, my się będziemy już zbierać, co? - Hoshi ruszyła w stronę drzwi. - Przed nami długa droga do Jubilife!
- Owszem, długa, jednakże, poczekaj pięć minutek – odpowiedziałam.
Wypuściłam z rąk Glaceona i podeszłam do Hoshi. Wypchnęłam ją, jakże niekulturalnie, za drzwi i zamknęłam je z niemałym hukiem, gdyż były antywłamaniowe i całkiem ciężkie. Nie przepuszczały dźwięku. Dobrze. Oparłam się o drzwi i skrzyżowałam ręce. Najśmieszniejsze było, że żaden z profesorków poza Rowanem nie zwracał na nic uwagi poza swoją pracą.
- Najpewniej wiesz dlaczego tu jestem, prawda? Profesorze?

Chciałam, żeby było tajemniczo xDxD

Łapcie fc - 2595-1356-7933
kiedyś na pewno was wszystkich dodam
zabawa cały czas
[Obrazek: b2JMyc7.png]

 Cherish Balle podarowali: Mico
30.07.2013, 10:42,
#10
RE: Curse of dreams and reality
Nie jest to opowiadanie, które robi pranie mózgu, ale dla mnie ogarnięcie czegoś takiego i znalezienie błędów jest niemożliwe.
Nie wiem nawet czy mi się podoba, styl jest... specyficzny, taka forma wewnętrznego monologu. Ale, jak już parę razy wspomniałam, rzadko kiedy przestaję coś czytać, więc... no, będę czytać, no.
W sumie ciekawe to...

Błękit nieba zakrył się szarością.
A ja się cieszyłam.
Deszcz.
I stałam.
Pośród kropli.
Czystej radości.
Kilka cichych słów.
Utonęło.
W szumie ciszy.
Tak jak miało być.
 Cherish Balle podarowali: Iryś
14.08.2013, 22:11,
#11
RE: Curse of dreams and reality
Siema tak tylko mówię, że z ficka nici.
Komp mi walnął fajny żarcik (wcale nieśmieszny btw) i się sformatował.
Do tego się nie włącza. Dlatego nici.
Na jakiś czas.
MOJE RYSUNKI MOJE FICE WSZYSTKO SIĘ POSZŁO WALIĆ :-;

Łapcie fc - 2595-1356-7933
kiedyś na pewno was wszystkich dodam
zabawa cały czas
[Obrazek: b2JMyc7.png]

16.08.2013, 11:13,
#12
RE: Curse of dreams and reality
W takim razie zamykam i przenoszę na razie do Archiwum FanFicku, ale gdy autorka będzie chciała wrócić do tego dzieła, niech się zgłosi do mnie.

Kontakt ze mną:

GG: 42244264
e-mail: wojtwom7@gmail.com

Chciałbyś sprawdzić się w pisaniu walk Pokemon i jednocześnie rywalizować z innymi? Zgłoś się już teraz do najnowszego projektu i zdobywaj coraz wyższe rangi!



Lubisz pisać? Lubisz wyzwania? Chcesz doskonalić swoje umiejętności? Weź udział w Bursztynowej Lidze i tocz pisarskie pojedynki z innymi!

BURSZTYNOWA LIGA






Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości