Facebook
Reklama Let's GO Pikachu i Eevee



gość z daleka
19.05.2012, 22:07, (Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.05.2012, 22:34 przez DogtownHawk.)
#1
gość z daleka
Prolog

Góra otulona kożuchem białego puchu. Delikatny wietrzyk zmieniający się w potężną wichurę. Młody trener o ogromnych oczach, zdawałoby się złotego koloru, z przerażeniem spoglądający w jego stronę. Potężna fala rozbijająca się o skałę przy jednoczesnym uderzeniu pioruna w oddali. Płomienie trawiące miasto nieopatrznie zbudowane na czekającym tylko wulkanie. Krzyki. Kobieta o długich blond włosach patrząca z przerażeniem. Ogląda swoje dłonie przyobleczone rękawicami odsłaniającymi palce. W jednej z nich master ball, w nim – Mewtwo. Zaglądający mu w duszę. Przyjaciel. Doradca. Mrok. Żadnych dźwięków. Postać w oddali rzuca na ziemię czerwony beret. On. Bitwa. Znów kobieta. Utrata sił. Pada na kolana. Patrzy na zimną skałę pełniącą rolę podpory. Czapka spada przed jego oblicze. Zaciska dłoń na zielonej, delikatnej trawie. Podnosi wzrok. Czerwone „R” na czarnej koszulce, którą nosi jakiś przygruby człowiek. Przerażenie. Świadomość. Pięść wbijająca się z impetem w jego twarz…

Hawk obudził się nagle, by po chwili ze spokojem dostrzec, że nadal jest w przytulnym przedziale pociągu sunącego w ciszy do Unova, a dziwaczne obrazy, choć nie tak obce, to tylko sen. Pikachu spał nadal w najlepsze na jego kolanach. Jego długi ogon w kształcie pioruna opadał maluchowi na nosek wywołując zabawną reakcje pokemona. Hawk uśmiechnął się i pogłaskał go delikatnie po głowie. Trener pochodzący z Pallet Town oddalonego teraz o setki kilometrów wyjrzał przez okno. Kraina zdawała się zmienić od jego ostatniej wizyty, niestety mrok nocy uniemożliwiał dokładniejszy rekonesans. Trener odłożył delikatnie Pikachu na siedzenie obok, tak, że teraz pokemon mógł spokojnie zwinąć się w kulkę. Hawk uśmiechnął się ponownie, wstał i rozprostował kości. Położył dłoń na szybie i jeszcze raz rzucił okiem na Unova. Prawie przylgnął do niej próbując dostrzec cokolwiek nadnaturalnego.
-Panie Red telefon do pana.- Słodki głos młodej dziewczyny stojącej w drzwiach do przedziału oderwał go od obserwacji. Przez chwilę zachowywał się jak dziecko przyłapane na czymś niedozwolonym, zgrabnie opanował jednak swoje zachowanie. Dziewczyna miała na sobie zadbany, dopasowany mundur, noszony przez pracowników pociągu.
-Wystarczy Hawk… Kto do mnie dzwoni o tak późnej porze?- Spytał, szybko poprawiając czapkę tak by jej daszek rzucał spory cień na jego oczy. Jego głos wydawał się potężny, a jednocześnie miał w sobie coś przyjacielskiego. Coś co sprawiało, że ludzie go lubili. Dziewczyna uśmiechnęła się rzucając, mimo zmęczenia pracą, promienne spojrzenie zza drobnych okularów.
-Profesor Oak. Jeśli pan może panie… Hawk. Proszę ze mną.- Zaproponowała wskazując gestem kierunek, w którym powinni się udać. Pikachu zbudził się, obejrzał wszystko swoimi czarnymi ślepkami i w mgnieniu oka jednym susem zajął miejsce na jego ramieniu.

Po zaledwie minutowym spacerze po wagonie i bardzo miłej rozmowie z dziewczyną, która była zachwycona Pokemonem z Kanto, Hawk podniósł słuchawkę. Ekran przed nim się jednak nie włączył, a z telefonu nie wydobył się żaden dźwięk.
-Coś chy…- W zdanie trenera wszedł hamujący gwałtownie pociąg. Hawk ledwo ustał, Pikachu zeskoczył z jego ramienia, a z jego policzków wyskoczyło kilka miniaturowych piorunów. Ludzie, którzy jeszcze przed chwilą rozmawiali przez telefony zaczęli podnosić wrzawę. Jedynie Hawk zastygł w milczeniu przyglądając się przy tym swojemu Pokemonowi. Światło przygasło. Nagle przez jedną z szyb wpadły dwa przedmioty. Zgromadzeni odruchowo zasłonili twarze przed drobinkami szkła, które wzbiły się w powietrze. Przedmioty, które narobiły tyle zamieszania szybko okazały się poke ballami, które kryły w sobie Heatmory. Ich złote szpony rozpostarły się szeroko gotując się do ataku. Hawk szybko zrozumiał, że jest celem i odskoczył w lewo wykonując przy tym przewrót przez bark. Jeden z wrogich pokemonów przy pomocy szponów rozerwał stalową ścianę pociągu, najwidoczniej nabrał zbyt dużego impetu. Drugi natomiast zdążył się zatrzymać, a z jego ust wyskoczył drobny język ognia. Hawk doskonale wiedział czego się spodziewać.
-Pikachu… Ruszaj.- Pokemon już od dłuższej chwili gotował się do ataku. Więź między nim i trenerem była tak ogromna, że nie potrzebowali nawet słów by się rozumieć. W ułamku sekundy drobne do tej chwili pioruny ogarnęły całe ciało stworka dodatkowo wytwarzając wokół niego kule światła. W ułamku następnej doskoczył do przeciwnika i siłą swojego ciała wzbogaconego przez niszczycielską siłę piorunów posłał sparaliżowanego Heatmora na drugi koniec wagonu. Pokemon, który przed chwilą rozprawił się ze ścianą zaatakował odsłoniętego Pikachu. Powstrzymał go jednak potężny strumień wody pod wysokim ciśnieniem, który wręcz wyrzucił go przez wcześniej wyrąbany otwór. Pikachu spojrzał w stronę klęczącego trenera, obok którego w bojowej pozycji stał Blastoise. Hawk powstał powoli wspierając się ręką o skorupę przyjaciela.
-Proszę, proszę...- Usłyszał głos: niski, męski. Hawk odwrócił głowę spoglądając przez lewy bark by zobaczyć z kim ma do czynienia. Stało za nim dwoje ludzi odzianych w coś co na pierwszy rzut oka, a na pewno w tym świetle, przypominało zbroję. Wkradli się najprawdopodobniej przez okno w czasie trwania krótkiej bitwy. Hawk milczał. Nie był typem gawędziarza, tym bardziej nie lubił ludzi, którzy atakują w taki sposób.
-Idziesz z nami Red. Lepiej dla ciebie, jeśli nie będziesz stawiać oporu.- Oznajmił jeden z przybyszy. Hawk uwielbiał swoje prawdziwe imię. Nie korzystał z niego w podróży, nie afiszował się, ale uwielbiał kiedy jego przeciwnicy je wypowiadają. Szczególnie gdy drży im przy tym głos. Nie zmieniając pozycji uśmiechnął się a na jego prawym ramieniu pojawił się Pikachu z bardzo podobnym wyrazem twarzy.
-Jak chcesz. N nie będzie zadowolony… Heatmor!- Gdy niski, męski głos wypełnił wagon, pokonane przed chwilą stwory ruszyły do walki, a ludzie starali ukryć się za jakąkolwiek zasłoną, Hawk nawet nie drgnął. Blastoise uderzył w sparaliżowanego przez elektrycznego towarzysza Heatmora armatą wodną tak potężną, że światła zdawały się zgasnąć w całej okolicy. Drugi z ognistych pokemonów miał więcej szczęścia, gdyż jego trener ukrył go w poke ballu i uciekł jak tylko zobaczył potężny wodny atak. Jego zaskoczony i coraz bardziej przerażony towarzysz stał zamurowany z szczęką przy samej ziemi. Hawk wyrwał go z transu łapiąc go za kołnierz i przyciskając do ściany. Milczący trener przerażał bandziora. Na szybko unoszącej się klatce piersiowej zbira widniał symbol organizacji do jakiej przynależał.
-Plasma…- Wyszeptał Hawk, po czym puścił przybysza, który osunął się po ścianie. Trener ukrył Blastoisea w poke ballu i stojąc plecami do przeciwnika rozejrzał się po wagonie.
-Pociąg ma ruszyć w ciągu 10 minut. Twój Heatmor ma trafić jak najszybciej do pokecentrum. Ruszaj.- Przybysza nie trzeba było długo namawiać. Uciekł zabierając ze sobą swojego pokemona.

Niedługo później pociąg ruszył w dalszą podróż. Hawk, gdy tylko znaleźli się z dala od miejsca, w którym doszło do nietypowego incydentu, zadzwonił do profesora Oaka. Staruszek zajadał właśnie wczesne śniadanie, gdy na ekranie pojawił się wychowanek z pierwszym pokemonem na ramieniu.
-Red! Dzień dobry, myślałem, że coś się stało.- Zmartwił się przypomniawszy sobie o braku możliwości połączenia w nocy. Nie potrafił nigdy rozgryźć młodzieńca, który wychowywał się z jego wnukiem.
-Tak, coś się stało… Muszę pogadać z Greenem.- Oak robił coraz większe oczy. Nie tylko na myśl o chęci kontaktu Reda z dawnym rywalem. Profesora najbardziej przerażał widok regionu jaki rozpościerał się za młodzieńcem na jego ekranie. Pociąg powoli dojeżdżał do stacji docelowej.
Odpisz
 Cherish Balle podarowali: Kapu, Bidulkę, Cyris
19.05.2012, 22:15, (Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.05.2012, 23:01 przez Kapu.)
#2
RE: gość z daleka
Cytat:Młody trener o ogromnych oczach zdawałoby się złotego koloru z przerażeniem spoglądający w jego stronę
Brakuje przecinka, a nawet dwóch.

Dalej niż pierwszy akapit nie przeczytałem (ale czytam). Mdłe trochę. Powtórzenia. Podziel to jakoś na akapity.

Plus za pomysł.

Ale...

Akcja dzieje się za szybko.

pokemon’em -> Pokemonem

wybiegł swojemu trenerowi po nodze - nie można wybiec po nodze, ew. można po niej wbiec

Heatmor’a -> Heatmora

Znalazłoby się pewnie coś jeszcze, ale nie mam siły szukać. Nie podoba mi się również używanie postaci z mangi (o ile to są postaci z mangi, a nie same imiona).

@down
Spoko oko Wink

EDIT: Przeczytałem całe! Nie jest źle, jest dobrze. Wink
Odpisz
19.05.2012, 22:29,
#3
RE: gość z daleka
Postaci z gry raczej - czyli same imiona. Dzięki za uwagi Smile
Odpisz
19.05.2012, 23:03,
#4
RE: gość z daleka
Nie wiem co może przeszkadzać w używaniu konkretnych imion, równie dobrze można się czepić tego, że w praktycznie każdym ficku wykorzystywane są imiona bohaterów animca. Trochę głupi argument albo po prostu nie zrozumiałem.

Dynamiczna akcja, jeśli chodzi o mnie, stanowi tutaj wielkiego plusa. Żadne flaki z olejem, brak przewlekłych opisów, wszystko opisane konkretnie. Najbardziej podobają mi się te pojedyncze słowa we wstępie służące jako krótkie zdania. Nie wiem czy to całkowicie poprawne, ale w sumie nie obchodzi mnie to, doskonale oddaje nastrój. Tematyka niby o Pokemonach, a w końcu coś nowego, ciekawego. Zawiało świeżością, oby tak dalej i trzymam kciuki.

No i ta lekkość w pisaniu Smile Aż przyjemnie się czyta, żadnych epitetów na siłę, wszystko tak jak ma być, a przynajmniej w moim odczuciu. BRAWO!

[Obrazek: tumblr_mnkh2a4pQ31sq6cfuo1_500.gif]

Psyduck, Psyduck everywhere :3
Odpisz
 Cherish Balle podarowali: Kippert
20.05.2012, 13:09, (Ten post był ostatnio modyfikowany: 4.08.2012, 0:22 przez DogtownHawk.)
#5
RE: gość z daleka
Rozdział 1

Mimo przyzwyczajeń ubrana była ciepło. Błękitny płaszcz wyglądał jak para skrzydeł splecionych w majestatyczny sposób. Jej włosy targał nieprzyjemny, wręcz złowieszczy wiatr. Dzień budził się powoli. Słońce obdarte z sił wstawało rzucając ledwie kilka promieni. Ona jednak wypatrywała pociągu. Dziwna stacja oddalona od jej miasta o dobrych kilka godzin drogi. Zastanawiała się czemu ona. Czemu tutaj… Przełknęła ślinę, była zdenerwowana. Z oddali docierały coraz głośniejsze dźwięki. Ekscytacja zastąpiła zdenerwowanie. W oczy rzucił się jej jeden z pierwszych wagonów. Wybite szyby i rozerwana jedna ze ścian pociągu nie wróżyły niczego dobrego. Maszyna powoli zwalniała, oblodzone tory wydawały nieprzyjemny dźwięk, gdy ciężar pociągu na nie naciskał. Wreszcie stanął na pustej stacji. Ludzie wychodzili tłumnie, śpieszyli się, nie chcieli marznąć. Dostrzegła małą dziewczynkę niosącą misia w kształcie Teddiursa. Pluszak musiał być ciepły i przyjemny, gdyż mała tuliła go z całych sił. Oderwała od niej wzrok, gdy z pociągu wysiadł człowiek z Pikachu na ramieniu. W milczeniu, chowając jak zwykle oblicze pod daszkiem czapki, podszedł do niej.
-Powiesz cokolwiek czy będziesz znów milczał?- Wycedziła pewna siebie. Powietrze wydostające się z jej ust kłębiło się w lodowym dymie.
-Witaj Skyla.- Dostrzegła uśmiech na jego twarzy.

Red wraz z liderką siedzieli w pobliskiej kawiarni. Było tam pełno trenerów i ludzi głównie z pociągu. Wszyscy czekali na kolejny transport, lub planowali rozejrzeć się po nieznanej okolicy. Nikt jednak nie zamierzał tam zostawać na dłużej. Pikachu zajadał swoje ulubione łakocie, kiedy jego trener popijał gorące kakao.
-Dlaczego tutaj? Nigdy tu nie byłem.- Zaczął rozmowę Red, patrząc jak Skyla głaszczę delikatnie zadowolonego ze słodyczy pokemona.
-Bo tutaj nic się nie dzieje… Jeszcze. Unova się zmienia. Gwałtownie.- Zmartwiona liderka nie odrywała wzroku od Pikachu.
-Nie tylko o regionie mowa… Bezpiecznie tutaj nie jest, zostaliśmy zaatakowani przez Plasme… Kim oni są? Gdzie on jest?- Spytał Red starając się nawiązać kontakt wzrokowy z Skyla.
-Wiedziałam, że to twoje dzieło. Kim jest on?- Spojrzała na niego surowo, jakby był winny strasznej zbrodni. Znów poczuł się jak dziecko.
-Wiesz doskonale…- Starał się uciec wzrokiem.
-To dlatego nazywasz się Hawk? Nie tak fajnie być legendą?- Czuła się bardzo pewnie. Prawie zapomniała jak skończyło się ich ostatnie spotkanie.
-Nie lubię straszyć tych, którzy nie powinni się bać. Co z legendarnymi pokemonami?- Red zmienił temat, nie czuł się dobrze w rozmawianiu. Wolał działać. Do kawiarni co chwile wpadało zimne powietrze, rozważał ukrycie Pikachu w poke ballu.
-Ten gość z Johto je złapał. Wszystkie. Stał się tutaj tym, kim ty jesteś w Kanto. Niestety. Coś się zmienia…- Red dostrzegł zmartwienie na jej twarzy. Przez chwilę wydawało mu się nawet, że widzi drobną łezkę w jej oku. Przypomniał sobie wyspę zniszczoną przez erupcję wulkanu. Płacz ludzi i pokemonów w obliczu nieposkromionego i bezwzględnego żywiołu. Przez chwilę zastanawiał się czy to wynik jego działań, czy bardzo konkretnego zdarzenia w Hoenn.
-Dowiem się co się dzieję.- Zapewnił ją, ujmując jej dłoń i zaciskając czule.
-Dziękuje… Co do twojej sprawy mam kilka propozycji gdzie szukać.- Skyla wyciągnęła z kieszeni płaszcza kopertę. Położyła ją na drewnianym stole i przesunęła w kierunku trenera. Podziękował delikatnym skinieniem.
-Masz odznaki? Mogą się przydać.- Spytała zmartwiona na co Red pokazał jej swoją kolekcję. Straciła pewność siebie dostrzegłszy odznakę Jet. Odznakę jej Sali.
-Jest kilka nowych. Masz też szczęście, że pokemony ze wszystkich regionów są dozwolone.- Zakomunikowała łamiącym się głosem na co uśmiechnął się szeroko. Kiedy milczał był pewny siebie. To ją przerażało, ale też napawało swego rodzaju optymizmem. Wstała odsuwając delikatnie krzesło, Red zrobił to zaraz za nią, a Pikachu z pełnym brzuszkiem wskoczył na głowę swojego trenera.

Kiedy odleciała słońce było już wysoko na niebie. Red obserwował ją w milczeniu, aż do jej całkowitego zniknięcia za linią wysokich szczytów. Krajobraz okolicy tworzył głównie gęsty las złożony z drzew iglastych. Mimo pory roku wydawało się, że zaraz spadnie śnieg. Red wystawił rękę oczekując drobnego płatka. Pikachu siedzący na jego głowie zrobił dokładnie to samo. W końcu ruszył spokojnie przed siebie kierując się jedyną możliwą drogą. Szybko jednak zastąpiła mu dwójka trenerów, którzy wybiegli za nim z kawiarni.
-Skąd ją znasz?!- Spytał niecierpliwie wyższy. Trzymał w dłoni poke ball gotowy do wysłania do walki.
-Walczyłem z nią. Wracajcie na kakao, nie mam czasu na… Eh. Ok?- Znużony nieco Red już chciał odejść gdy stanął przed nim Bisharp. Sprawiający wrażenie potężnego stwór wręcz obudził trener z letargu. Dostał spory zastrzyk energii i bez słowa sięgnął po poke ball. Znów był w swoim żywiole.

Obudził się gdy poczuł wodę uderzającą w jego twarz. Starał się złapać oddech. Podniósł wzrok by dostrzec zielonowłosego mężczyznę trzymającego wiadro. Ten uśmiechnął się, rzucił na bok kubeł i usiadł na środku wieży, na czymś co na pierwszy rzut oka przypominało tron, choć było jedynie zbiorem kilku skrzyń. Mury na szczycie budynku, na którym się znajdowali, patrolowali członkowie zespołu Plasma.
-Silver… Czy nie było ci lepiej, w tym nic nie znaczącym Johto? Zamiast tego siedzisz tutaj, związany, mokry, głodny.- Recytował mężczyzna, na co czerwono włosy chłopak parsknął śmiechem.
-Nie dostaniesz ich.-Wycedził Silver, na co jego rozmówca powstał wściekły zaciskając pięści.
-Nie licz, że cię znajdą bękarcie.- Mężczyzna nie przebierał w słowach. Ruszył pewnie w kierunku jeńca.
-Liczę, że znajdą ciebie. N.- Silver próbował rozwiązać sznur, którym związano mu ręce. Mężczyzna podszedł do niego i skutecznie mu to uniemożliwił poprawiając wiązania. Nie dbał o ból jaki sprawiał więźniowi. Był wściekły bo jego ludzie polegli w starciu z „tym trenerem z Kanto”.
-Chyba, że znajdziemy ich pierwsi.- Tajemniczy głos wypełnił wieżę, na której się znajdowali. Zza jednej ze ścian wyłonił się grubawy mężczyzna odziany na czarno. Na jego torsie znajdowała się gigantyczna litera „R”.

Pokecentrum na takim odludziu dziwnym zwyczajem było oblegane nocami. Trenerzy leczyli towarzyszy, uzupełniali zapasy, wymieniali się, rozmawiali. Przede wszystkim jednak znajdywali schronienie. Red powoli zasypiał na jednej z przygotowanych przez pielęgniarki prycz. Pikachu wraz z jego pozostałą piątką znajdowali się teraz u Oaka. Red zdecydował się na trening nieco bardziej egzotycznego zestawu. Rozmyślał nad następnym krokiem. Stwierdził, że ruszy w głąb regionu pociągiem, wraz z nastaniem świtu. Miał nadzieję trafić w bardziej przyjazne okolice. Choć to i tak lepsze od szczytu zapomnianej góry. Zamknął na chwile oczy. Gdy je znów otworzył stał nad nim znajomy grubas. Jeden z ostatnich fanatyków zespołu Rocket. Zwyczajem najlepszych ludzi Giovanniego – bezwzględny w swych działaniach.
-Witaj Hawk!- Krzyknął, po czym podniósł trenera za fraki i rzucił nim z całych sił o ziemię. Red jęknął z bólu upadając na obojczyk. Okuty żelazem but rocketa zatopił się w brzuchu wciąż zaskoczonego trenera. Pozostali zgromadzeni nie byli w stanie nic zrobić, gdyż sale wypełniło kilkunastu przedstawicieli zespołu Plasma, którzy w mgnieniu oka sterroryzowali zgromadzonych.
-Dlaczego mnie nie dziwi twoja obecność Pat... Brakuje tu tylko…- Red został podniesiony z ziemi przez Machampa. Trenował tego pokemona dawno temu, kiedy ten był jeszcze Machokeiem. Nie było jednak czasu na wspominanie dawnych dziejów.
-O wilku mowa.- Skwitował na chwilę przed tym jak stwór cisnął nim w pobliską maszynę. Red szybko wstał, sięgając jednocześnie za pas. Cztero-ręki pokemon zatrzymał się wraz z swoim grubym trenerem na kolejnym urządzeniu. Noctowl, który przed chwilą wyprowadził atak zen, skupiał się teraz oczekując na ruch ze strony przeciwnika. Ten nastąpił bez chwili zwłoki. Machamp gotujący się do serii morderczych uderzeń został powstrzymany przez najpotężniejszy psychiczny atak jaki tylko Noctowl mógł znać. Złapał się swoimi czterema potężnymi dłońmi za głowę i upadł na kolana. Otaczała go aura mieniąca się kolorami fioletu i różu. Red podszedł do Pata mijając obezwładnionego pokemona, poprawił czapkę i uderzył rocketa najmocniej jak tylko potrafił.
-Gdzie on jest?!- Krzyknął wściekły trener na co jego grubawy oponent roześmiał się. Dach budynku zniknął rozniesiony na strzępy. Pielęgniarki krzyczały na widok groteskowych scen. Ogromny Steelix, który swym stalowym ogonem zniszczył budynek, oglądał teraz dokładnie zgromadzonych, by ostatecznie zawiesić wzrok na trenerze, który okładał jego właściciela. Przed atakiem potężnego pokemona, który wycelował swój stalowy łeb w Reda, uchroniła go bariera wytworzona przez Noctowla. Red nie tracąc czasu, świadomy przewagi Pata, wskoczył na swojego latającego stwora, który chwile wcześniej rozpostarł potężne skrzydła i odleciał nim możliwie najdalej. Nie ulecieli jednak zbyt daleko, gdyż szybko zostali strąceni przez potężny ognisty atak. Noctowl ratując swojego trenera lądował awaryjnie. Houndoom, niezwykle mroczny wychowanek rocketa, który podobnie jak właściciel stał się bezwzględnym egzekutorem, powoli podchodził do swojej zdobyczy. Przeliczył się jednak, gdy zobaczył Swalota osłaniającego poobijanego trenera, który zdążył już ukryć swojego latającego towarzysza. Nie tracąc czasu rzucił się na trującego stwora wgryzając się w niego potężnymi kłami. Swalot ignorując ból pochodzący z szarpanej rany cisnął ognistym psem o ziemię i przygniótł go swoim ciałem. Nie tracąc chwili uderzył w przeciwnika potężną wiązką trującego gęstego płynu. Ku jego zaskoczeniu zwinny Houndoom stał już za nim z pyskiem wypełnionym ogniem. Wypluł niszczycielską kule ognia, która przyjęła kształt podobny do symbolu spotykanego w piśmie. Atak był błyskawiczny i zmiótł Swalota kładąc go na łopatki.
-Dobij go.- Zawyrokował Pat. Sprawiał wrażenie kata posyłającego topór w kierunku odsłoniętej szyi. Red stanął na drodze Houndooma zasłaniając samym sobą pokonanego stworka. Ognisty pies spojrzał na swojego trenera.
-Ognisty podmuch.- Powiedział Pat, a z pyska jego stwora w kierunku Reda wyskoczył ognisty symbol, bliźniaczy do ataku, który powalił trującego pokemona. Trener z Kanto zacisnął zęby, nie chciał ustąpić i odsłonić przyjaciela. Nagle ognisty symbol stracił kształt i rozbił się na drzewach pchany przez ogromną kulę wody, która wręcz emanowała światłem. Pat spojrzał w kierunku, z którego nadszedł atak. Dostrzegł Empoleona gotującego się do starcia z ognistym psem. Za pokemonem stał jego trener, który miał na głowie charakterystyczny czerwony beret.
-Niczego nie potrafisz zrobić sam?- Rzucił przybysz w kierunku zadowolonego takim obrotem spraw Reda. Trener poprawił czapkę i korzystając z chwili ukrył Swalota w poke ballu.
-Jak śmiesz przeszkadzać?!- Warknął Pat, który wyraźnie wypadł z centrum zainteresowania. Przybysz obdarował go surowym spojrzeniem, po czym ściągnął beret i poprawił fryzurę.
-Dla twojej informacji śmieciu. Nazywam się Green. Przedstawienie trwa nadal.- Empoleon ruszył w kierunku wskazanym palcem przez trenera.


Następny rozdział w przyszłym tygodniu. Mam nadzieję, że dłuższy i dla was ciekawy. Krytyka, uwagi, pomysły - mile widziane Wink
Odpisz
 Cherish Balle podarowali: Cyris, Katschor, Bidulkę
20.05.2012, 13:55,
#6
RE: gość z daleka
Jest to napisane w niesamowity sposób. Przyciąga jak lep na muchy. Ten styl. Taki lekki, tajemniczy mrok. To jest cudowne! W tym jest to coś!
Przepraszam, za nabicie, jeśli nim jest, ale to zasługuje na więcej niż Cherish.

Błękit nieba zakrył się szarością.
A ja się cieszyłam.
Deszcz.
I stałam.
Pośród kropli.
Czystej radości.
Kilka cichych słów.
Utonęło.
W szumie ciszy.
Tak jak miało być.
Odpisz
20.05.2012, 19:58,
#7
RE: gość z daleka
(20.05.2012, 13:55)I-ris napisał(a): Jest to napisane w niesamowity sposób. Przyciąga jak lep na muchy. Ten styl. Taki lekki, tajemniczy mrok. To jest cudowne! W tym jest to coś!

Nic dodać, nic ująć. Tym rozdziałem tylko potwierdziłeś moją powyższą opinię. IMO najlepiej napisany i najbardziej nastrojowy fick w chwili obecnej. Obyś nie spuścił z tonu Smile

[Obrazek: tumblr_mnkh2a4pQ31sq6cfuo1_500.gif]

Psyduck, Psyduck everywhere :3
Odpisz
22.05.2012, 23:42, (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.07.2012, 18:35 przez DogtownHawk.)
#8
RE: gość z daleka
Rozdział 2

Dziecko pozostawione w pustym pomieszczeniu wsłuchiwało się w dźwięki pozytywki. Miniaturowa Meloetta wykonana w całości ze złota kręciła się w rytm muzyki. Zielonowłose dziecko kurczowo trzymało oburącz zabawkę, powstrzymując łzy. N otrząsnął się. Wciąż patrzył na pozytywkę zachowaną przez tyle lat.
-Piękny widok.- Oznajmiła postać stojąca nieopodal. Człowiek ten wpatrywał się w obraz jakim karmił drapacz chmur, podczas gdy N uciekał do wspomnień z dzieciństwa.
-Martwy widok.- Zauważył odkładając pozytywkę na stół.
-Dlaczego mnie wezwałeś?- Postać oddaliła się od okna w stronę barku. Odziany w ceremonialne szaty człowiek podniósł butelkę whiskey.
-Jednego?- Spytał wskazując na alkohole.
-Nie… Ghetsis… Jak mam je wyciągnąć od niego? Nie mogę go zabić… Dobrowolnie ich nie odda.- Rozmyślał podczas gdy odziany w rytualne szaty człowiek sączył nalany przed chwilą alkohol.
-Więc niech on ich użyje. Jedyne co musisz zrobić to tylko pociągnąć za odpowiednie sznurki. Znasz się na tym.- Ghetsis powrócił do obserwowanego przed chwilą widoku.
-Bardziej martwiłbym się psami, które spuszczasz ze smyczy.- N spojrzał na rozmówcę zaciekawiony.
-Skąd wiesz?- Spytał wywołując śmiech u Ghetsisa. Nienawidził tego rechotu.
-Unova się zmienia. Ściągają tutaj trenerzy z całego świata. Niektórzy niezwykle interesujący. Może i wypadłem z gry, ale czy nie przychodzisz do mnie? Wiem dokładnie co się dzieje.- Postawił ciężką, pustą szklankę przed N.
-Każ mu użyć robaka… Czuj się jak u siebie w domu.- Oświadczył Ghetsis udając się na spoczynek. Pozostawiony w pokoju zielonowłosy mężczyzna wstał wywracając krzesło, rzucił swoją czapkę na ziemię i rozbił celnym rzutem szklankę na ścianie. Dopiero gdy wziął do rąk pozytywkę uspokoił się.

Empoleon pędząc na spotkanie z przeciwnikiem, jednym skrzydłem zasłaniał się jak tarczą, drugie zaś trzymał w pogotowiu jak miecz. Szarżę przerwał mu jednak Steelix, o którym Red zdążył już zapomnieć. Wodny pokemon zasłonił się oboma skrzydłami przed stalowym łbem oponenta.
-Hawk może byś tak zajął się kolegą?- Sarkastyczny Green musiał w ułamkach sekundy zmienić taktykę, przez co bezczynność, choćby chwilowa, irytowała go najbardziej na świecie. Zwłaszcza bezczynność dawnego rywala. Red sięgnął za pas podejmując szybką kalkulację.
-Altaria ruszaj!- Z wyrzuconego w powietrze poke balla wyłonił się niebieski ptak owinięty jakby białą chmurką. Szybko wystrzelił zamrażający wszystko na swojej drodze promień, który konsekwentnie sięgnął Houndooma. Atak zdołał na chwilę zamrozić cel, dzięki czemu Altaria mogła wykonać błyskawicznie kolejny manewr. Pół-smok kosztem własnego zdrowia uniósł ognistego psa i cisnął nim o ziemię. Pat zorientował się, że jest na straconej pozycji. Ukrył swoje i tak cofnięte do defensywy pokemony i zniknął między drzewami. W ucieczce pomogli mu przybyli z nim członkowie zespołu Plasma.

Gdy odgłosy bitwy dawno już ucichły Red podszedł do przybyłego z odsieczą dawnego rywala.
-Dzięki.- Powiedział, na co lider Sali z Viridian City obdarował go chłodnym spojrzeniem.
-Niepotrzebnie się wystawiasz idioto. Wstyd, że to właśnie z tobą przegrywam najważniejsze pojedynki mojego życia. Powinieneś mieć przy sobie najsilniejszych, a nie odsyłać ich do domu tuż po napadzie.- Red znów poczuł się dzieckiem. Green prawił mu kazanie wzorem swojego dziadka, co sprawiało mu dużo satysfakcji.
-Nie zapomnij co się tak naprawdę liczy. Skoro okiełznałeś Arceusa myślałem, że się już tego nauczyłeś. To nie narzędzia.- Pouczył swojego rozmówce Red.
-Zamknij się. Powinieneś wracać do domu. Twoja matka się martwi. Całe dnie wypatruje cię na horyzoncie. Sam sobie znacznie lepiej poradzę. Hawk. Co to w ogóle za pomysł? Nie wchodź mi w paradę, a może wszystko będzie dobrze.- Oświadczył Green odwracając się na pięcie od dawnego rywala.
-Przynajmniej ją mam…- Red przeklinał się w duchu, że to powiedział.
-Tak… Pamiętam jak odprowadzała Cię do szkoły, podczas, gdy ja wraz z siostrą musieliśmy radzić sobie sami. Trzymaj.- Green spokojnie podał byłemu rywalowi zdjęcie. Zaskoczył go swoim zachowaniem. Brak wybuchu, krzyków. Red przez chwilę pomyślał, że może faktycznie się zmienił. Został liderem, pomagał mieszkańcom Pallet Town. Gdy wulkan zniszczył wyspę Cinnabar był tam pierwszy i pierwszy pomagał odbudować miasto.
-Zacznij myśleć zanim komuś stanie się krzywda.- Green ugodził go swymi słowami po raz ostatni, nim oddalił się w milczeniu. Red poprawił czapkę i spojrzał na zdjęcie. Stara, poszarpana fotografia wywołała uśmiech na jego twarzy. Obrazek przedstawiał trójkę przyjaciół podczas zabawy. Mieli w chwili jego robienia po pięć, może sześć lat. Green na zdjęciu trzyma tryumfalnie nogę na powalonym Redzie. Obok stał chłopczyk próbujący podnieść poległego kolegę.
-Blue.- Uśmiechnął się i schował zdjęcie do kieszeni.

Stalowe drzwi celi otworzyły się z hukiem. Pat podbiegł do Silvera i kopnął go możliwie najmocniej w klatkę piersiową. Członkowie zespołu Plasma nawet nie przekroczyli progu celi. Obserwowali Pata zaskoczeni brutalnością, jakiej był w stanie się dopuścić dążąc do celu.
-Lepiej dla Ciebie, żebyś oddał je dobrowolnie!- Wrzasnął rocket, unosząc spętanego trenera.
-Jakim cudem Giovanni przyjął kogoś takiego jak ty do zespołu? Jesteś słaby, gruby, obleśny… Do tego strasznie babowaty.- Silver uśmiechnął się szeroko przygotowany na cios w twarz.
-Dość.- N spokojnie wszedł do pomieszczenia. Pat cofnął rękę i upuścił więźnia. Silver spojrzał na zielonowłosego mężczyznę, który usiadł na krześle i wyraźnie strapiony złączył ze sobą palce obu dłoni tuż przed swoją twarzą.
-Niech pan wybaczy następnym razem będę lepiej przygotowany…- Pat rozpoczął tyradę przeprosin i tłumaczeń, ale N nie miał ochoty tego słuchać.
-Twój ojciec miał dwoje dzieci prawda?- Przerwał nagle swoje zamyślenie, kierując przy tym słowa do trenera z Johto.
-Nie jest moim ojcem…
-Odpowiedz.
-Tak.- Silver uśmiechnął się zadziornie.
-Zmażę ci ten wyraz twarzy. Wytłumaczcie mu co ma robić. Mam spotkanie z pewną uroczą damą. Może pamiętasz ją z Sinnoh.- N wstał z szerokim uśmiechem. Podobny zniknął z oblicza Silvera, kiedy uświadomił sobie co się dzieje.

Chłodny dzień wdawał się we znaki ludziom sprzątającym zniszczone centrum. Mimo niedziałających sprzętów i braku zasilania szybko udało się uruchomić najważniejsze maszyny leczące. Red służył pomocą robotnikom, kiedy pielęgniarka zajmowała się jego pokemonami. Ekipa remontująca zjawiła się z nastaniem świtu, przywracając łączność ze światem. Red szybko zajął miejsce przy wolnym komputerze. Ignorował zmęczenie, przyłapywał się na tym, że jego głowa powoli opadała bezwładnie na klawiaturę. Połączył się ze swoim kontem w systemie Billa w Kanto. Widok pokemonów, które spokojnie wypoczywają, bawią się, śpią czy spacerują, sprawił, że serce mu mocniej zabiło. Zastanawiał się, które z nich zabrać ze sobą. W głowie wciąż słyszał słowa Greena, który nakazał mu zabrać najsilniejszych. Po szybkiej analizie szóstka stworków pojawiła się w swoich poke ballach tuż przed swoim trenerem w przeznaczonym do tego celu miejscu. Zapakował pięć z nich za pas, ostatni od razu otworzył. Pikachu uradowany wtulił się w jego nogę, wypiskując jednocześnie swoje imię. Zadzwonił telefon. Red odruchowo podniósł słuchawkę. Na ekranie pojawił się profesor Oak.
-Dzień dobry.- Uśmiechnął się na widok staruszka z rodzinnego miasta. Po wymianie uprzejmości, jak i sprawozdaniu Reda z wydarzeń minionej nocy, profesor przeszedł do meritum.
-Wysyłam ci urządzenie, które w dowolnym czasie pozwoli Ci na wymianę swoich pokemonów na, również twoje, pokemony legendarne. Wystarczy nacisnąć jeden przycisk. W twoim wypadku sprawa jest bardzo prosta, gdyż jest ich tylko pięć. Oznacza to, że Pikachu może zostać z tobą, nawet w sytuacji krytycznej. Czwórka trenerów, którzy w pozostałych regionach poskromili mityczne istoty, muszą wybrać konkretne stworki za pomocą pokedexa. No może poza tym chłopakiem z New Bark Town…- W czasie, gdy profesor objaśniał działanie urządzenia Red mógł spokojnie się z nim zapoznać.
-Jestem dumny, że trójka moich wychowanków zasłużyła sobie na tytuł legendarnych trenerów. Jeden z nich to mój wnuk. Uwierzyłbyś?- W głosie Oaka słychać było rosnąca dumę.
-Wydoroślał.- Zauważył Red spoglądając spod wiecznie zasłaniającego jego oczy daszku czapki na staruszka, który wyraźnie się wzruszył.
-Owszem. Kiedy tylko usłyszał, że chcesz się z nim skontaktować zostawił wszystko i wyruszył w drogę. Dobrze mieć takiego przyjaciela.- Słowa profesora zaskoczyły trenera.
-Wiem, wiem. Długo nie potrafił pogodzić się z porażką. Czuł, że stracił moją miłość na rzecz ciebie, co nie było prawdą. Długo uważał, że jego honor został zbrukany. Długo nie potrafił pojąć dlaczego przegrał. Zrozumiał to. Stał się jeszcze lepszy. Przyjaźń zwyciężyła też w końcu nad rywalizacją.- Red czuł się coraz bardziej zakłopotany. Przed oczami miał wciąż obraz ostatniego spotkania z Greenem.
-Nie daj się zwieść pozorom. Gdyby nie przyjaźń nie uratowałby cię. Nawet by go tam nie było. Niemniej nie chce zabierać ci więcej czasu. Powodzenia. Dbaj o siebie.- Oak odłożył słuchawkę. Red spojrzał na uśmiechniętego żółtego towarzysza. Przypomniał sobie dzień, w którym go dostał. Skradziono przygotowanego dla niego Bulbasaura i choć odzyskał roślinnego pokemona, nigdy nie zamieniłby Pikachu na nikogo innego. Przyjaźń. Coś co zapala w nas pokłady człowieczeństwa. Sięgnął po raz kolejny po słuchawkę i wykręcił numer. Na ekranie pojawiła się kolejna ważna osoba w jego życiu.
-Cześć mamo.- Powiedział łamiącym się głosem. Kobieta rozpłakała się ze szczęścia.

Na opuszczonym szlaku szalała w najlepsze burza piaskowa. Miniaturowe kamienie pędziły z wiatrem uniemożliwiając podróżowanie i ograniczając pole widzenia do minimum. Postać odziana w płaszcz, z twarzą owiniętą białym szalem, konsekwentnie posuwała się na przód mino gwałtownej nawałnicy.
-Co jest do cholery…- Przeklinał w myślach Green, który nie potrafił rozgryźć przyczyny dziwnych anomalii. Piasek przecinał bezwzględnie powietrze. Wichura szarpała drzewami otaczającymi szlak, które tańczyły bezwładnie. Przypominały duchy, rozszalałe i wściekłe. Do uszu trenera docierały co chwilę dziwaczne dźwięki. Wyraźnie wyróżniały się na tle nieznośnego szumu. Ziemia zadrżała pod stopami lidera Sali z Viridian City. Wstrząs był na tyle silny i gwałtowny, że ten prawie upadł, ledwo zachowując równowagę. Przyklęknął kładąc jednocześnie dłoń na ziemi. Wytężył wzrok z całych sił patrząc przed siebie. Dostrzegł kontury ogromnego stworzenia. Potężny ogon, gigantyczne łapy i niewielka, w porównaniu do reszty ciała, głowa podsunęły mu rozwiązanie.
-Co ty tutaj robisz?- Spytał raczej samego siebie, odrzucając na bok fragment płaszcza zakrywający pas. Miniaturowy poke ball urósł w jego dłoni do właściwego rozmiaru. Przed sprawcą piaskowej burzy pojawił się stwór prężący skrzydła. Warknął akcentując swoją moc, naprężył długą szyję i uderzył stopą opatrzoną w niszczycielskie szpony o kamienne podłoże.
-Charizard niech piasek ustąpi wreszcie potędze ognia!- Krzyknął trener, a pokemon posłusznie przystąpił do działania. Ukrywającego się w burzy stwora otoczyły tornada ognia. Nawałnica częściowo ustała, a na Charizarda runął rozwścieczony potwór. Zanim jednak sięgnął wychowanka lidera z Viridian City przygotowane wcześniej tornada uderzyły w jego pleców. Uprzedzając jego upadek na twarz, Charizard przy pomocy skrzydeł zaatakował falą powietrza. Rozwścieczony jeszcze bardziej Tyranitar wrzasnął w niebiosa, a jego ciało otoczyły pioruny, które szybko uformowały się w jeden ogromny i wystrzeliły w przestworza.
-Ciekawe… Unik!- Było jednak już za późno. Nieznający litości atak runął z niebios wbijając ognistego pokemona w ziemię. Dumny potwór szybko rzucił się na osłabionego przeciwnika, prężąc jednocześnie potężne kły, nie dostrzegł jednak mieczy, które wykonały pełne koło wokół ognistego stwora. Gdy miał sięgnąć ciała Charizarda, ten posłał w kierunku rozwartego pyska dzikiego stwora rozpalony do czerwoności strumień ognia. Tyranitar zatrzymał się, zakrztusił i wypluł czarny jak smoła dym. Szybko zniknął w pobliskim lesie, kierując się w stronę gór i unikając dalszego starcia. Green podszedł do Charizarda i pogłaskał go po karku.
-Dobra robota. Tylko co on tutaj robił? Taki potężny pokemon na wolności, do tego nie w Johto… Musimy to wyjaśnić. Wracaj.- Charizard zniknął, a Green zatknął poke ball za pasem.

Słońce górowało wysoko na niebie nieskalanym najmniejszym obłokiem. Dzień jednak przerażał chłodem. Rośliny, mimo gęstości przyjęły przytłaczający, ciemny odcień, który przywoływał obraz zgnilizny. Członkowie zespołu Plasma terroryzowali niewielką wioskę na obrzeżach Unovy. Wyciągali na siłę bezbronnych mieszkańców z ich domostw na dwór, przewracali do góry nogami pokój po pokoju. Obecność ich pokemonów sprawiała, że żaden z osadników nie kiwnął nawet palcem. Wiedzieli do czego zdolni są członkowie poszczególnych zespołów. W centralnej części wioski zarządca, starszy człowiek, po którego dłoniach można było wywnioskować, że nie stroni od ciężkiej pracy, klęczał pozbawiony nadziei ukrywając swoją wnuczkę w opiekuńczym uścisku.
-Naprawdę… Naprawdę nic nie wiem… Proszę oszczędź ludzi, nie zrobiliśmy wam nic złego… Zapłacę, jeśli tylko chcesz… Błagam…- N parsknął śmiechem. Krążył wokół starca kiwając tylko głową. Był przerażająco pewny siebie.
-Mam pieniądze. Potrzebuje tylko kilku informacji. Wiem, że gdzieś tutaj ukryto odpowiednie księgi, które są mi bardzo potrzebne. Ofiara nie ma znaczenia. Rozumiesz?- Tłumaczył zielonowłosy. Jego oczy spotkały się ze spojrzeniem niewinnej, kilkuletniej dziewczynki, która wtulała się w swojego dziadka. W najsilniejszego człowieka jakiego znała na całym świecie.
-Nie wiem o czym mówisz… proszę odejdź.- Po policzkach starca spłynęły pierwsze łzy. N jednak nie zamierzał okazać litości.
-Może zapytam inaczej.- Zaproponował wyrywając dziewczynkę z uścisku dziadka. Trzymał ją bardzo mocno za ramię, ignorował jej płacz, patrzył tylko bezwzględnie na zarządcę wioski. Starzec był zrozpaczony. Bezsilny.
-Mów!- Wrzasnął N, kiedy jeden z jego żołnierzy upadł poobijany miedzy nim, a starcem. Kątem oka dostrzegł młodego człowieka przyglądającego mu się w milczeniu. Nie widział dokładnie jego twarzy, uświadomił go jednak żółty pokemon, który siedział na jego ramieniu.
-Więc w końcu się spotykamy.- N puścił dziewczynkę, która popędziła w ramiona dziadka. Przybysz milczał, sięgnął jedynie po poke ball. Zielonowłosy cofnął się o krok. Parskną wyraźnie na siłę.
-Przekonajmy się czy legendy mówią prawdę.- Warknął N dobywając szybko great ball. Red uśmiechnął się posyłając pierwszego pokemona do walki.


mam nadzieję, że objętość wam odpowiada, postaram się też o bardziej regularną publikację. Ah te studia xD obiecuję również pracę nad warsztatem. Jak poprzednio: krytyka, opinie, uwagi, pomysły, może jakaś wasza postać (wy sami, czemu nie Wink) wszystko mile widziane. Pozdrawiam
Odpisz
 Cherish Balle podarowali: Cyris, Bidulkę
28.05.2012, 0:56, (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.07.2012, 18:38 przez DogtownHawk.)
#9
RE: gość z daleka
Rozdział 3

Lodowate powietrze opuszczało płuca zgromadzonych, w postaci widocznego zimnego dymu. Wiatr grał smutną melodię, tańcząc między drzewami i zrzucając z nich najsłabsze liście. Gęsta, wysoka trawa składała pokłony pod wpływem niewidzialnej, nieokiełznanej siły, falując przy tym gwałtownie jak morze w trakcie sztormu. Drastyczna zmiana klimatu zeszła jednak na drugi plan. Ludzie przez chwilę nie myśleli o pożałowania godnych plonach, utraconych uprawach, wodzie znikającej w miejscach, w których jest potrzebna, a zyskującej na sile tam, gdzie oswobodzona z ludzkiej myśli staje się niebezpieczna. Zapomnieli o problemach, ludziach, którzy przybyli do ich wioski i bez powodu niszczyli ich dorobki życia. Nagle, w tej krótkiej sekundzie, oczy wszystkich zgromadzonych spoczęły w jednym punkcie na osi czasu, który zamarzł na nieokreśloną chwile. Chłopak, przybysz z daleka, jedyny, który odważył się sprzeciwić tyrani i okrucieństwu zespołu, stał w milczeniu, obserwując zaskoczonego przeciwnika. Wiatr ledwie ruszał jego czerwoną koszulą, jedynie kruczoczarne włosy młodzieńca, ukryte w większości pod czapką, dawały się porwać sile żywiołu. Stojący po drugiej stronie mężczyzna ściskał nerwowo great ball. Choć miasto wypełniali jego ludzi, czuł się niepewnie. Wiatr zatańczył między nimi. Czas bezwzględnie zaczął przyśpieszać. Z wyrzuconego przed chwilą poke balla wyłonił się ogromny, zielony stwór, na którego grzbiecie wyrastała gigantyczna roślina. Postawił on pewnie stopy na ziemi i wbił wzrok w zielonowłosego mężczyznę.
-Liczyłem na coś bardziej wymyślnego.- Oświadczył N posyłając swojego wychowanka do walki. Zrobił to tak jakby właśnie odzyskał grunt pod nogami. Great ball szybko wrócił do jego dłoni, pusty, pozostawiając naprzeciw Venusaura, podobnego do lisa pokemona, który stał na dwóch łapach.
-Ostatnie słowo?- Pewny siebie N nie czekał na odpowiedź i tak milczącego rywala.
-Niech noc ogłuszy tę roślinną pokrakę.- Zoroark przygotował się do ataku, kiedy runął na niego deszcz tnących wszystko na swej drodze liści. Mroczny pokemon zasłonił się, krzyżując dłonie przed twarzą. Nie dostrzegł niewielkiego ziarna, które zostało ukryte w nawałnicy. Roślina wysysająca życie szybko oplotła jego ciało, unieruchamiając stwora. Ziemia zadrżała. Venusaur wyglądał, jakby skupiał całą swoją energię w następnym uderzeniu. W kierunku uwięzionego w roślinie pokemona popędziły rozszalałe, rozrywające ziemię korzenie. Zoroark chciał wyskoczyć, unikając ataku, jednak zatrzymały go dzikie pnącza. Unieruchomiony pokemon spojrzał przerażony w stronę przeciwnika. Kwiat znajdujący się na jego grzbiecie, począł zbierać energię płynącą ze słońca.
-Co?!- Wrzasnął zaskoczony obrotem spraw N. W następnej chwili musiał uskoczyć przed potężnym, oślepiającym promieniem wystrzelonym przez Venusaura. Gdy Zoroark upadł na ziemię pokonany, członkowie zespołu Plasma tłumnie ruszyli w kierunku Reda. N zatrzymał ich wściekły.
-Stać! Sam to załatwię!- Wrzasnął, a jego żołnierze zamarli w bezruchu. Zoroark został ukryty przez swojego trenera w great ballu.
-Ciekawe jak radzisz sobie w starciu z kilkoma przeciwnikami.- Oznajmił N trzymając między palcami lewej dłoni dwa poke balle. Red uśmiechnął się i wycofał Venusaura. Miejsce pokonanego Zoroarka zastąpiły gotujące się do walki – Archeops i Carracosta. Spowił je nagle ogromny cień wychowanka trenera z Kanto.

Woda miała zielony odcień, była mętna, przez co sprawiała wrażenie brudnej. Żaden pokemon nie pływał w okolicy, nawet żadna zwyczajna ryba nie gościła w obrębie rozlewiska. Światło słoneczne docierało jedynie na kilka metrów głębokości. Nieprzystosowana istota nie widziałaby dalej, niż czubek własnego nosa. Stwór z niezwykłą szybkością i precyzją penetrował dno ogromnego jeziora. Wzbijał rozmokły piasek zalegający w jednym miejscu od lat, przez co woda stawała się jeszcze bardziej mętna. Szukał czegoś, lub kogoś. Panujące warunki zdawały się nie wpływać na jego percepcję. Jego wyczulone zmysły odnalazły kolejny cel. Niczym strzała wystrzelona z łuku, pokemon popędził w kierunku powierzchni. Ominął przynętę zatkniętą na żyłce wędki i wyskoczył na suchy ląd. Trener, siedząc wciąż na ziemi, spojrzał na niego ogromnymi, złotymi oczami, jednocześnie uśmiechając się delikatnie, przyjacielsko. Wodny pokemon zrezygnowany pokiwał przecząco głową.
-Dalej nic…- Zasmucił się trener, odkładając na bok wędkę. Feraligatr wyraźnie się zasmucił.
-Spokojnie przyjacielu. Nie poddamy się tak łatwo.- Podrapał się po karku, tuż pod daszkiem czapki i odrzucił na bok kosmyk włosów z twarzy. Sięgnął do plecaka i wyciągnął z niego jedzenie dla stworka. Feraligatr wrzucił do rozwartego pyska swoje łakocie i ponownie zanurkował. Trener zarzucił wędkę. Z lasu za nim wyszedł odziany w płaszcz człowiek. Zbliżał się w milczeniu. Z jego ubrań wypadło kilka ziarenek piasku. Trener odchylił głowę do tyłu możliwie najdalej i zawiesił swoje złote spojrzenie na przybyszu.
-Mogłem przewidzieć, że też się tutaj pojawisz.- Oznajmił Green. Nie nawiązywał kontaktu wzrokowego z wgapiającym się w niego rozmówcą.
-Podobno jesteś całkiem popularny w Sinnoh.- Powiedział zadziornie trener, przenosząc spojrzenie na tafle jeziora.
-Nasze pokemony jeszcze się spotkają, Gold. Żadna sala nie będzie nas ograniczać jak ostatnio. Tym czasem jednak, powiedz mi czego zdążyłeś się już dowiedzieć.- Zaproponował lider z Viridian City. Siedzący plecami do niego trener z Johto spuścił nisko głowę.
-Wiesz chociaż co robi w tych lasach Tyranitar?- Gold znów zawiesił swój wzrok na przybyszu.
-Robi się coraz dziwniej. Tyranitar w takim miejscu to bardzo dziwna anomalia. Larvitar, czy Pupitar poza Mt. Silver to żadkość. Jestem tu jednak z innego powodu. Jak na razie chcę znaleźć Silvera. Ktoś jeszcze przybył do Unova?- Spytał wracając do wcześniej obserwowanego jeziora.
-Tak, jest ktoś jeszcze… Świetnie. Narwaniec i idiota znów w jednym regionie.- Parsknął Green.
-Nie zapomnij o nadętym pajacu.- Zaśmiał się Gold, dumny ze swojej riposty. Z odmętów jeziora ponownie wyskoczył na suchy ląd Feraligatr.
-Dalej nic… Poszukamy gdzie indziej.- Gold ukrył wodnego pokemona w poke ballu i powstał, kierując się na południe.
-Co robisz?- Spytał zdziwiony Green. Zachowanie trenera z Johto wydawało mu się nielogiczne.
-Skoro nie ma go na powierzchni, ani w żadnej jaskini, odpowiedz jest dla mnie oczywista. Inaczej dawno byśmy trafili na jakiś ślad.- Gold wyciągnął z torby podróżnej niewielką stalowa rurkę. Jeden przycisk sprawił, że niewinnie wyglądający kawał metalu, przeobraził się w rower.
-Może być równie dobrze w jakimś odizolowanym budynku.- Zauważył Green, a trener z Johto tylko pokiwał przecząco głową.
-Intuicja przyjacielu.- Gold uśmiechnął się szeroko, odjeżdżając po chwili w wcześniej zaplanowanym kierunku.
-Brakuje kogoś rozsądnego.- Lider z Viridian City założył na głowę czerwony beret i ruszył pieszo w przeciwną stronę.

Snorlax uniósł powoli ogromną, prawą łapę wysoko ponad głowę. Gwałtownie, nabierając niszczycielskiej prędkości runął w kierunku wodnego pokemona N. Archeops wzleciał wysoko unikając gniewu giganta. W przestworzach spotkała go jednak niemiła niespodzianka. Zaatakowany płonącym wirem, nie dostrzegł zbliżającego się z niesamowitą prędkością Charizarda. Ognisty pokemon uderzył kamiennego ptaka swoim ciałem. Tym czasem na ziemi, Snorlax wręcz rozrywał ziemię, próbując trafić unikającego jego pięści Carracosta. Podobny do żółwia stwór nagle musiał rozbić wyrzucony w niego głaz. Ku jego zaskoczeniu kolejny roztrzaskał się na jego odsłoniętym ramieniu. Impet ataku cisnął nim na dobrych kilka metrów. Gdy Carracosta uniósł głowę, zobaczył rozświetloną pięść Snorlaxa zmierzającą nieubłagalnie w jego stronę. Było już za późno. Atak giganta wgniótł go głęboko w ziemię. W przestworzach Charizard prowadził morderczy pościg za kamiennym ptakiem. Posyłał w jego stronę rozgrzane do czerwoności kule ognia osłabiając go i utrudniając tym samym lot. Zwabił go konsekwentnie w przygotowaną przez Snorlaxa pułapkę. Ogromny pokemon otoczył swoje ciało wodą i gdy tylko osłabiony Archeops znalazł się w jego zasięgu, ten posłał w kierunku przeciwnika rozszalałą falę. Pokemon upadł na ziemię, przygnieciony ciężarem żywiołu.
-Niemożliwe…- N nie potrafił uwierzyć w gehennę, jaką pokemony Reda zgotowały jego wychowanką. Ludzie, którzy obserwowali walkę milczeli. W sercach mieszkańców zagościła nadzieja. Dłonie N drżały, gdy jego stwory wracały do poke ballów.
-Powiedz coś! Dlaczego milczysz świrze?!- Krzyczał, sięgając po kolejnego pokemona. Red rósł w siłę, świadomy przerażenia zielonowłosego mężczyzny. Gdy na polu bitwy pojawił się Conkeldurr, trener z Kanto bez wahania posłał mu naprzeciw Gengara.
-Gyarados, rozerwij na strzępy tego dzieciaka!- Znajomy głos dotarł do uszu Reda. Odwrócił lekko głowę, by ocenić sytuację i wyprostował prawą rękę, pozwalając Pikachu ruszyć do walki. Nim jednak pokemon zdążył opuścić trenera, wodny smok runął na ziemię, wzbijając w powietrzę ogromne ilości kurzu. Milotic oplatał pewnie ciało wodnego smoka, który należał do Pata. Red odwrócił się zaskoczony tym zdarzeniem. W kłębach kurzu można było dostrzec niewyraźną sylwetkę. Gdy pył stopniowo opadał, oczom zgromadzonych ukazał się chłopak ubrany na czarno, noszący charakterystyczną, długą, białą czapkę. Podszedł on szybko do trenera z Kanto. Pikachu przeskoczył uradowany na jego ramię, a Red podał mu rękę.
-Co cię tu sprowadza Blue?- Spytał zadowolony.
-Do profesora Bircha zadzwonił pewien znajomy z branży. Staruszek Oak uskarżał się na problemy w Unova, którym jego wychowankowie nie podołają bez odpowiedniej pomocy. Więc oto jestem.- Zaśmiał się Blue, witając się po chwili z elektrycznym pokemonem.
-Dobrze, że jesteś.- Oznajmił Red, kiedy jego stworek wrócił na jego ramię.
-Dobrze cię znów widzieć. Wciąż rozbijasz przestępcze organizacje?- Blue obejrzał dokładnie stroje stojących z boku członków zespołu Plasma.
-Wyglądają coraz dziwniej…- Stwierdził po chwili obserwacji.
-Jeszcze z tobą nie skończyłem! Ty jak chcesz, ustaw się w kolejce!- Wrzasnął N, poirytowany brakiem uwagi ze strony przeciwnika.
-Ja zajmę się grubasem.- Blue i Red stanęli do siebie plecami. Gengar odskoczył na bok unikając miażdżącego ciosu walczącego pokemona. Conkeldurr posłał w kierunku ducha kolejne uderzenie. Niczym młot runął na przeciwnika, który okazał się znów szybszy. Gengar, korzystając ze swoich mocy, uśpił przeciwnika i wkradł się w jego umysł. W tym samym czasie Milotic siłował się w potężnym uścisku z Gyaradosem. Splecione ze sobą pokemony szukały najmniejszej luki, która pozwoliłaby zadać obrażenia przeciwnikowi. Wychowanek Blue, unikając ukąszenia, wyrwał się z morderczych zapasów. Jego ogon stał się na krótką chwilę stalowym, pozwalając zadać dodatkowe obrażenia, kiedy spotkał się z wściekłą twarzą celu. Nie tracąc czasu, przybysz z Hoenn rozkazał swojemu pokemonowi zakończyć walkę smoczym uderzeniem. Z ust Milotic wyskoczył puls, który spotykając na swojej drodze wodnego potwora, posłał go na deski. Niezwykłym były różnice między tymi dwoma doskonałymi trenerami. Kiedy Blue wydawał rozkazy swoim podopiecznym, Red stał w milczeniu obserwując batalię. Nie był jednak bezmyślnym dzieckiem, które nie ma pojęcia o tym co się dzieje. Był do tego stopnia zżyty ze swoimi pokemonami, że nie potrzebowały one słów. Ich myśli były wręcz jednością. Nawet tak doskonali stratedzy jak Blue, zazdrościli mu tej umiejętności. Gengar opuścił umysł przeciwnika, który upadł pokonany. N zamilkł.
-Ty i twoi ludzie opuścicie tę wioskę i nigdy nie wrócicie.- Zaczął Red. Pierwszy raz zwracał się bezpośrednio do zielonowłosego. N posłusznie nakazał swoim żołnierzom odwrót.
-To nie koniec trenerze z Kanto. Następnym razem będę gotowy.- Oświadczył odchodząc za swoimi podwładnymi. Zniknął szybko, zaszczepiając w sercu przeciwnika nadzieję na kolejne starcie.

Strudzona gwiazda znikała powoli na zachodzie. Pomarańczowa tarcza ukrywała się za odległymi górami, okryta licznymi obłokami, które zyskiwały magiczny fioletowy odcień, sprawiając, że trawiona problemami Unova, na chwilę odzyskiwała swą światłość i nadzieję na lepsze jutro. W niewielkiej wiosce na obrzeżach regionu, po członkach zespołu Plasma pozostał tylko ogromny bałagan. Mieszkańcy sprzątali wspólnie swoje domostwa. Na ich twarzach znów zagościł uśmiech, w sercach - spokój. Red podszedł do zarządcy wioski, który wciąż tulił w ramionach swoją wnuczkę. Dziewczynka, gdy tylko dostrzegła stojącego nad nimi chłopaka, podbiegła do niego i uściskała go z całych sił. Ledwie obejmowała jego nogę swymi niewielkimi ramionami, jednak Red uśmiechnął się do niej. Radośnie i szczerze.
-Dziękuję… Gdyby nie ty…- Zaczął starzec, na co trener uspokoił go gestem dłoni.
-Po prostu byłem w odpowiednim miejscu i czasie. Na pochwałę zasługują nasze pokemony.- Red wskazał przybyłego z odsieczą przyjaciela. Zarządca roześmiał się serdecznie.
-Jesteś zbyt skromny. Jak masz na imię?- Spytał dziadek. Red poprawił czapkę kłaniając się przy tym z szacunkiem.
-Hawk.- Oznajmił, na co Blue zareagował wręcz automatycznie.
-Ma pan rację. Zbyt skromny. Na imię ma Red. Macie ogromne szczęście. Każdy z pięciu regionów już dawno poznał się na jego potędze. Sam poznałem ją na własnej skórze… Nie moglibyście wymarzyć sobie lepszej kawalerii.- Starzec pokiwał znacząco głową. Dziewczynka otworzyła szeroko oczy wbijając spojrzenie to w trenera z Kanto, to w Pikachu siedzącego na jego głowie.
-Twoja sława cię wyprzedza młodzieńcze. Taki młody… Czujcie się jak u siebie w domu. Jesteście naszymi honorowymi gośćmi.- Ton dziadka nie znał sprzeciwu, wiedział, że choć tyle może zrobić w podzięce za ocalenie wioski. Blue spojrzał na przyjaciela i uśmiechnął się zadziornie. Nim Red zdążył cokolwiek powiedzieć, do przybyłego z Hoenn trenera zadzwonił telefon.
-Co to jest?- Pikachu położył łapkę na czole i zamknął oczy.
-Czasem nie mogę uwierzyć, że jesteś z tej epoki.- Zaśmiał się Blue, szybko odbierając połączenie. Jego twarz nagle zbladła.
-Czyli nie jest dobrze.- Słowa przyjaciela zmartwiły Reda. Spodziewał się najgorszego. Słońce zniknęło, odzierając region ze złudnej aury spokoju. Zapadła noc. W swej naturze przytłaczająca i pozbawiona nadziei.



Przepraszam, że musieliście tyle czekać. Niestety, czasem po prostu tak już jest… Mam nadzieje, że kolejny rozdział przypadł wam do gustu. Obiecuję, że zrobię wszystko, żeby rozdziały pojawiały się częściej, o odpowiedniej objętości. Nakłaniam ponownie do wyrażania opinii, krytyki, uwag, spekulacji i pomysłów, zarówno odnośnie tekstu, długości, fabuły, czy warsztatu. Ze swojej strony obiecuję pracę. Pozdrawiam Wink
Odpisz
 Cherish Balle podarowali: Kippert, Cyris, Bidulkę
28.05.2012, 10:21,
#10
RE: gość z daleka
Jakoś nigdy nie miałem ochoty komentować ficków, może dlatego, że większość mi się nie podoba, bądź też nie aż tak by zostawić komentarz, ale do rzeczy, przyznać muszę, że jak do tej pory miło się Ciebie czyta, błędy nie są rażące, szczerze powiedziawszy nawet takowych nie zauważam, może dlatego, że mnie to całe opowiadanie dość wciągnęło, widać, że nie piszesz pod publikę czy na siłę, a to bardzo ważne, trzymaj tak dalej a z pewnością zdobędziesz kilku stałych czytelników... : )

Ode mnie kilka rad:
1. Nie bierz do ficka osób z forum, puste cherishe i komentarze to nie jest dobre rozwiązanie, lepiej mieć szczerych i stałych czytelników niż pseudo fanów itd.
2. Nie pisz na siłę, nie ustalaj konkretnej daty publikacji, masz wenę to pisz, idźmy w jakość, a nie ilość (czyli tak jak do tej pory).
3. Jak jeszcze coś mi się przypomni to napiszę Smile

Podsumowując, piszesz z lekkością co jest bardzo ważne, nie robisz z opowiadania masła maślanego, zresztą zgadzam się ze SmaLLem, więc nie będę powielał jego komentarza.

Także, trzymaj tak dalej, a będzie dobrze, a może nawet i lepiej. Smile

[Obrazek: 258.png]
3DS FC:1891-2282-4131
Odpisz
28.05.2012, 16:17, (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.05.2012, 21:19 przez Cyris.)
#11
RE: gość z daleka
Cytat:Puki co
Nie wiem jak się to pisze, ale raczej nie tak. To dziwnie wygląda...
No i...w Unovie występują chyba jakieś kobiety (tak, jestem dziewczyną)?
Tekst znowu świetny. Nie będę się powtarzała.

@down: Zamień to "Puki co" na coś innego.

Błękit nieba zakrył się szarością.
A ja się cieszyłam.
Deszcz.
I stałam.
Pośród kropli.
Czystej radości.
Kilka cichych słów.
Utonęło.
W szumie ciszy.
Tak jak miało być.
Odpisz
28.05.2012, 18:10, (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.05.2012, 16:35 przez DogtownHawk.)
#12
RE: gość z daleka
(28.05.2012, 16:17)I-ris napisał(a):
Cytat:Puki co
Nie wiem jak się to pisze, ale raczej nie tak. To dziwnie wygląda...
Jakaś propozycja jak inaczej to napisać? Wink jeśli to PW ;D

Cytat:No i...w Unovie występują chyba jakieś kobiety (tak, jestem dziewczyną)?
Owszem występują i pojawią się. Puki co (xD) może ich jeszcze nie ma, ale jak wszędzie odegrają swoją role Wink

@down
Dzięki - zlikwidowane Wink

@up
done Wink
Odpisz
29.05.2012, 1:06, (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.05.2012, 1:10 przez Kapu.)
#13
RE: gość z daleka
Można napisać "póki co" i problem rozwiązany, ale jest to bardzo potoczny rusycyzm i lepiej go zlikwiduj.

Synonimy: na razie, jak na razie, tymczasem

Bawimy się w poprawianie, a samemu nie wiemy jak i co się piszeWink
Odpisz
 Cherish Balle podarowali: Cyris, DogtownHawk
30.05.2012, 0:19, (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.07.2012, 18:42 przez DogtownHawk.)
#14
RE: gość z daleka
Rozdział 4

Kilka lat wstecz, kiedy wszystkie regiony były zamknięte na siebie, młody trener z Pallet Town w swej podróży trafił do Celadon City. Piękne miasto, otoczone lasami, spokojne centrum handlu w Kanto, do którego tłumnie przyjeżdżali mieszkańcy regionu, szczyciło się spokojem, kasynem, oraz Eriką, która stała na czele roślinnej Sali. Red, który pokonał liderkę po niezwykłym pojedynku pozostał w mieście na kilka dni. Powodem była niezwykła dziewczyna imieniem Yellow. Pragnąca spokojnego życia, upatrywała w szesnastolatku nadziei na lepsze jutro. Oczarowany jej urodą, jak i możliwością rozpoczęcia czegoś prawdziwego z kobietą, która była cudowną osobą, życzliwą ponad wszystko, trener zapomniał na chwilę o podróży i marzeniach, jakie nosił w sercu od kiedy pamiętał. Była ona zaprzyjaźniona również z chłopakiem imieniem Pat. Grubawy młodzian potajemnie podkochiwał się w dziewczynie, miał jednak nieprzyjemną tendencję do schodzenia na złą drogę. Ukradł on dla Yellow roślinnego pokemona z laboratorium światowej sławy profesora Oaka. Red poproszony przez dziewczynę wyszkolił dla niego słabego Machopa, który już po powrocie do właściciela ewoluował w Machampa, zapominając, kto włożył w niego nie tylko pracę, ale i przyjaźń, zrozumienie, i ducha. Wcześniej Red otrzymał od Yellow Bulbasaura, który okazał się szybko przygotowanym dla niego, nie tak dawno, pokemonem. Red na noc przed rozbiciem zespołu Rocket w podziemiach miejskiego kasyna, dowiedział się że dziewczyna jest w ciąży. Złamało mu to serce. Stał się potwornie milczący i na bardzo długo nieczuły dla nikogo, poza swoimi pokemonami. Pat wstąpił do zespołu Rocket przysięgając odwet na Redzie. Uważał, że to przez niego dziewczyna nie chciała z nim zostać. Nie rozumiał, że powodem był on sam. Trener z Pallet Town opuścił miasto i udał się w dalszą podróż. Yellow opowiadała później swojej córce o milczącym przybyszu, który zostawił w mieście cząstkę siebie. W sercu skrywała nadzieję na jego powrót.
Red obudził się zlany potem. Usiadł na łóżku uświadamiając sobie ile lat minęło od tamtych wydarzeń. Bitwa na Mt. Silver miała miejsce w trzy lata po zdobyciu tytułu mistrza Kanto i pokonaniu elitarnej czwórki. Liczył dalej. Rok w Hoenn, pół roku w Sinnoh. Liczył dalej. Unova, przed jej smutnym upadkiem – pół roku. Znów Unova. Umierająca, zimna, rozrywana przez nieznaną siłę. Opadł na łóżko. Wspomnienia nie dały mu zasnąć.

Piękna. To określenie przylgnęło już do niej, kiedy była jeszcze dzieckiem. Świadoma tego, że podoba się płci przeciwnej, ubierała się zawsze tak, żeby eksponować swoje atuty. Długie nogi, które sięgały do nieba, zawsze odsłonięte. Ubrana była przeważnie w skąpą resztkę dżinsów, które zasłaniały jej biodra. Poszarpane, przyciągające wzrok. Charakterystyczne kieszenie spodni wystawały na zewnątrz. Do tego fantastycznie leżące koszulki, gęste, brązowe włosy i doskonale dobrana do nich czapka. White w istocie była piękną dziewczyną. Niestety. Nie dorównała przybyłemu z Johto doświadczonemu trenerowi. Przegrała z N. Człowiekiem, który miał plan, ideę, która pociągnąć mogła za sobą zbyt duże straty. To Silver, nie ona, pokonał go i zaprzepaścił jego poczynania. Zniknął później bez śladu, a Unova zaczęła upadać. Zamarzać.
-Kochanie wracaj na obiad.- Głos w słuchawce oderwał ją od obserwacji nieba.
-Będę niedługo.- Zapewniła odkładając telefon. Leżała wpatrując się w obłoki sunące po nocnym obliczu nieba. Księżyc w pełni rzucał na region światło, sprawiając, że mimo późnej godziny, można było spokojnie obserwować wszystko jak w słoneczny dzień. Widok zasłonił jej nagle człowiek, który stał tuż nad nią.
-Gdzie on jest?- Spytał surowym głosem. Zerwała się na równe nogi i odskoczyła do tyłu.
-Kim jesteś?!- Wrzasnęła, sięgając szybko po poke ball.
-Nie radzę. Nazywam się Green. Jestem liderem Sali w Viridian City. Miasto to leży w Kanto, nieopodal Johto, z którego przybył do was Silver. Powtórzę moje pytanie jeszcze tylko jeden raz. Gdzie on jest?- Przybysz stał niewzruszony, przyglądając się przy tym beznamiętnie dziewczynie.
-Skąd wiesz, że go znam?- Spytała niepewna zamiarów Greena.
-Nie udawaj. Jesteś jedną z najlepszych trenerek w tym regionie. Gdybyś chciała, mogłabyś równać się z czempionami. Wiem, że go znasz. Nie każ mi pytać ponownie.- White przestraszyła się tonu i wyrazu twarzy przybysza.
-Nie potrafię odpowiedzieć , sama chciałabym wiedzieć…- Zmartwiła się dziewczyna. Green dostrzegł jej zaszklone oczy.
-Wiesz, gdzie można go szukać, kogo pytać?- Naciskał dalej. White przez chwilę się zamyśliła.
-Prowadzisz śledztwo?- Zainteresowała się. W końcu miała chwilę, żeby pomyśleć nad zamiarami przybysza.
-W pewnym sensie. Silver to mój przyjaciel. Jestem tu również ze względu na wasz region.- Ton jego głosu stał się dużo bardziej łagodny.
-Pogadaj z po…
-Nie będę rozmawiał z policją. Zwykle i tak wszystko jest na naszej głowie.- Przerwał jej Green. Dziewczyna spojrzała na niego z zainteresowanie.
-Powinieneś pogadać w takim razie z N.- Stwierdziła. Dopiero teraz jej dłoń odsunęła się od pasa z poke ballami.
-Kim on jest?- Brnął dalej starając się wyciągnąć jak najwięcej informacji.
-Nie odrobiłeś lekcji przystojniaku. To lider zespołu Plasma. Dobry człowiek, który niestety popełnił w życiu kilka błędów.- Wyjaśniła White. Green odwrócił się na pięcie i ruszył w drogę.
-Mogę pomóc.- Zaproponowała dziewczyna. Trener parsknął śmiechem.
-Za dużo z wami problemów.- Powiedział pozostawiając White samą na pustej łące.

Kiedy w Pallet Town trójka trenerów rozpoczynała swoją podróż, Green był najbardziej zadziornym i zarozumiałym z nich wszystkich. Tkwił w nim przy tym ogromny potencjał, miał zadatki na najlepszego. Był dumą swojego dziadka i siostry – ostatnich ludzi, jacy zostali mu z rodziny na całym świecie. Mimo częstych złośliwości, pojedynków, czy wyścigu po osiem odznak, przyjaźnił się ze swoimi rywalami. Jednak przez jego zachowanie, jak i złamane serce Reda, przyjaźń ta została wystawiona na ciężką próbę. Kiedy spotkali się w Lavender Town wszystko się zmieniło. Red konsekwentnie dążył do perfekcji. Choć nie miał takiego potencjału jak Green, to miłość jaką darzył pokemony, jak i wytworzona między nimi więź, przechyliły szalę na jego stronę. Wnuk profesora Oaka nie posiadał takich umiejętności, nie potrafił ich zrozumieć. Nie wiedział skąd pochodzą. Cała trójka zrobiła coś, czego nie dokonał nikt przed nimi. Rozbili zespół Rocket, pokonali wszystkich na swojej drodze, wywalczyli osiem odznak regionu Kanto, zajęli najwyższe miejsca w lidze. Green jednak czuł, że stracił wszystko na rzecz legendarnego, za sprawą mitycznych pokemonów, Reda. Miłość dziadka, tytuł, aż wreszcie przyjaźń, która istniała od lat. Załamany, zgorzkniały, osamotniony, pozbawiony woli do działania, nie potrafił znaleźć miejsca dla siebie. Odkrył jednak co złamało serce jego przyjaciela. Widział tragedię na Cinnabar Island. Zrozumiał jak ważna jest miłość i zaufanie do pokemonów. Został liderem, dumą miasta, człowiekiem, który dbał o swoje miejsce na ziemi. Widział, że nie stracił miłości bliskich. Kiedy nadeszła jego kolej wyruszył do Sinnoh. Tam stał się legendarnym trenerem. Poznał kobietę, którą nazwał później tą jedyną. Ona zaś nazwała go diamentem. To tam, uzbrojony w mityczne pokemony i serce naładowane po brzegi wolą, spotkał się z dawnym przyjacielem. Największy pojedynek w jego życiu. Największy w historii świata. Twórca wszystkiego starł się w tytanicznym boju z pokemonem, który był dziełem człowieka. Green przegrał, choć czuł się zwycięzcą. Regiony, rodzina, miasto, przyjaciele, miłość – wszyscy byli z niego dumni. Na koniec mógł podać dłoń rywalowi. Odzyskać przyjaciela. Choć nigdy nie przyznał, że zakopał topór wojenny głęboko pod ziemią, oddałby życie za Reda. On zaś za niego. Teraz, kiedy odzyskał spokój, Platinum – niebiesko włosa miłość Greena, czekała na najbliższy samolot do Kanto. Odliczała sekundy do spotkania. On jednak miał jeszcze jedną misję przed sobą.

Niewielkie płomienie ogniska tańczyły swobodnie, dając ciepło na niedużym obszarze. Otoczone kamieniami, w pełni kontrolowane, nie stanowiło zagrożenia, jakim sławił się często żywioł ognia. Gold z ustami wypełnionymi piankami, smażył kolejną, zatkniętą na patyku. Obok niego siedział Typhlosion, który był autorem ogniska. Zajadał on jagody, których spory zapas zabrał ze sobą trener z Johto. Kiedy Gold wepchnął do ust kolejną piankę, najedzony w końcu odłożył na bok patyk. Wyciągnął z plecaka niewielką kamienną tabliczkę. Przyglądał się jej z ogromnym zainteresowaniem, próbując przy tym rozszyfrować jej znaczenie. W przypływie impulsu wyciągnął pokedex. W bazie danych odnalazł zapisek o legendarnym pokemonie. Nie przypominał on jednak żadnej z istot, które były ukazane na znalezionej przez Feraligatra tabliczce. Zagłębił się w lekturze, szybko odkrywając dwa kolejne mityczne stwory. Zaintrygowany swym znaleziskiem sięgnął po telefon.
-Tak?- Zaspany kobiecy głos odezwał się w słuchawce.
-Crystal? Przepraszam, że budzę, ale musisz coś przekazać profesorowi.- Zaczął, co przerwał mu uroczy chichot.
-Nie śpię. Pracuję właśnie w labolatorium. Profesor Elm jest teraz w domu, jak tylko pojawi się z rana…- Zakłócenia przerwały na chwilę połączenie.
-Gdzie teraz jesteś? Martwię…- Rozmowa została zakończona. Gold spojrzał zaskoczony na telefon i zaczął nerwowo stukać w klawisze, próbując ponownie zadzwonić.
-To nic nie da.- Oznajmił człowiek, który niezauważalnie zajął miejsce po drugiej stronie ogniska. Gold przyjrzał mu się dokładnie swymi złotymi oczami. Rozpoznał go od razu.
-Lepiej dla ciebie, jeśli oddalisz się jak najszybciej.-Wycedził trener z Johto, powstając przy tym gwałtownie na równe nogi.
-Uspokój się. Chce tylko zabrać twoje znalezisko, wybacz, ale nie mam czasu na pogawędki.- Pat zaskakiwał pewnością siebie.
-Więc je weź.- Sarkastyczny młodzian sięgnął po poke ball. Rocket uśmiechnął się potwornie. Gold znalazł się w nierozerwalnym uścisku Machampa, który, mimo rozmiarów, zaszedł go niezauważony od tyłu. Trener z Johto, skrępowany, nie potrafił dostać się do żadnego ze swoich pokemonów. Pat wstał powoli rechocząc przy tym nieprzyjemnie. Zgasił ognisko, przygotowanym uprzednio wiadrem z wodą. Podszedł do uwięzionego Golda, zdjął mu czapkę z głowy i rzucił na ziemię. Następnie zamilkł, zacisnął pięści i uderzył złotookiego trenera w twarz. Bił go jeszcze przez chwilę, widocznie zadowolony z okazji.
-Było oddać ten kawałek kamienia bez pyskowania.- Pat schylił się po tabliczkę, świadom bezsilności ofiary.
-Połam mu gnaty.- Rozkazał, na co Machamp skrzyżował jeszcze mocniej swoje cztery potężne ręce. Szybko jednak poluzował uścisk. Ku zaskoczeniu Pata, na twarzy walczącego pokemona pojawiła się łapa, która jednym pewnym ruchem poderwała ofiarę do góry i cisnęła nim o ziemię. Rozwścieczony Typhlosion, który czekał na odpowiedni moment do ataku, bez namysłu posłał w kierunku leżącego Machampa niszczycielski strumień ognia. Gold od razu wypłacił zszokowanemu Patowi cios w twarz.
-Teraz inaczej pogadamy.- Kolejne uderzenie spadło na rocketa błyskawicznie.

Nawet profesor Oak, często porównywał go do Reda. Nie był może milczącym, spokojnym trenerem, wręcz przeciwnie. Miał jednak to coś. Potrafił obdarzyć miłością pokemony. Jego życie wydawało się dużo łatwiejsze, niż to, które wiódł trener z Kanto. Dorastał u boku Crystal, która zawsze służyła mu dobrą radą i wsparciem. Jego rywal – Silver – dopiero z czasem stał się przyjacielem. Pokonał elitarną czwórkę, stał się legendarnym trenerem, pomógł, wraz z Silverem, w ostatecznym rozbiciu zespołu Rocket. Reda na swej drodze spotykał często. Zawsze jednak wydawał mu się cieniem. Odbiciem przeszłości. Zadziorny, często narwany, nie żałował żadnych decyzji. Potrafił wyznać wprost swoje uczucia Crystal, która porzuciła trenowanie pokemonów, na rzecz ich badania. Był spełniony. Mimo porażki z Redem w lidze Johto, oraz w starciu, w którym posłali przeciw sobie legendarne pokemony, zwyciężył z nim w Mt. Silver. Sprawił, że Red wrócił do świata żywych. Gold kochał Johto, prawie nigdy go nie opuszczał, dbał o matkę, przyjaciół i Crystal. Często odwiedzał ludzi, których spotkał, kiedy rozpoczął swoją przygodę jako trener. Działający impulsywnie, z głowa pełną pomysłów, ktoś, przy kim nie sposób się nudzić. Ktoś, z kim nie warto zadzierać. Ktoś, kto popędzi na drugą stronę świata by pomóc najbliższym.

Trener z Johto czuł potworny ból głowy. Wszystko wydarzyło się niezwykle szybko. Kiedy już miał w garści rocketa, grupa dziwnie odzianych ludzi rzuciła się na niego. Pamiętał wszystko jak przez mgłę. Ciosy, kopnięcia, zielonowłosego mężczyznę, który sięga po tabliczkę. Ciosy. Krzyki.
-Stop.- N przerwał swoim żołnierzom katowanie, na wpół przytomnego, Golda. Trener z trudem powstał. Jego uwagę od razu przykuł Typhlosion, otoczony przez pięć wodnych pokemonów. Był wściekły.
-Mogłeś oddać Patowi dobrowolnie swoje znalezisko, a tak niestety…
-Zamknij się.- Gold wycedził te słowa przez zaciśnięte zęby.
-Popełniłeś duży błąd. Możesz mnie tłuc, choć cię nie znam. Możesz zabierać moje rzeczy, choć jesteś zwykłym złodziejem, ale nie podnoś ręki na moje pokemony. Nie w pięciu na jednego.- Trener z Johto, ku zaskoczeniu wszystkich sięgnął po poke ball. N uśmiechnął się zadowolony. Typhlosion ruszył wiernie za Goldem do nierównej walki.

Red sprawdzał zawartość swojego plecaka. Spakował jedzenie, lekarstwa, oraz przedmioty, których używał od czasów podróży w Kanto. Ubrał czarną koszulkę, zatknął za pasem pięć poke balli. Na koniec założył czerwoną koszulę z krótkimi rękawami, rękawice bez palców, czapkę, którą lata temu dostał od matki. Założył plecak, a przyglądający mu się Pikachu wskoczył na jego ramię. Wspomnienia nie dały mu zasnąć poprzedniej nocy. Był jednak gotów do działania. Opuścił pokój, który dostał na noc od zarządcy i wyszedł na dwór. Czekał tam już na niego Blue, który z ogromnym zainteresowaniem studiował mapę regionu.
-W drogę.- Oświadczył trener z Hoenn, kiedy dostrzegł przyjaciela. Red spojrzał na wstające powoli słońce. Wiatr zagwizdał, przynosząc im nieprzyjemny chłód.
Odpisz
 Cherish Balle podarowali: Cyris, Bidulkę
31.05.2012, 17:11, (Ten post był ostatnio modyfikowany: 28.07.2012, 18:47 przez DogtownHawk.)
#15
RE: gość z daleka
Rozdział 5

Ogromy las otaczający Unovę ciągnął się setkami kilometrów. Pochłaniał na swojej drodze góry, starożytne ruiny, opuszczone wioski, sprawiając wrażenie przerażającego, połykającego wszystko na swej drodze potwora. Prawda jednak była zupełnie inna. Las był dziełem czasu, a wszystko co w nim znikało, zostało tak naprawdę oddane w opiece naturze. Przynajmniej to, co znikało dobrowolnie. Las był pocięty licznymi szlakami i malowniczymi wioskami, które swym urokiem przyciągały podróżujących. Gęsty, miejscami nieprzenikniony i dziki. Tylko chłód okradał go z wcześniejszego uroku.
Red i Blue przemierzali od kilku godzin jeden ze szlaków wspomnianego lasu. Trener odziany głównie w czerwień, maszerował z rękoma w kieszeniach. Jego towarzysz natomiast nerwowo przyglądał się mapie.
-Obiecuję, że się nie zgubiliśmy. To miejsce jest gdzieś tu zaznaczone.- Uspokajał Blue.
-Nie ma.
-Jest. Przecież mówię.
-To ja jestem z innej epoki?- Zaśmiał się Red, który z politowaniem patrzył na towarzysza wgapiającego się w mapę.
-Może tak…- Odwrócił ja do góry nogami.
-…Albo tak…-Tym razem bokiem.
-…Chociaż może…- Nim Blue zdążył odwrócić mapę kolejny raz, poczuł na klatce piersiowej dłoń. Red powstrzymał zapamiętałego w lekturze towarzysza przed następnym krokiem. Oczy trenera z Hoenn wyłoniły się zza mapy.
-Dziwne.- Stwierdził na widok ogromnej dziury, która była o krok przed nim. Red przyklęknął i przyłożył do niej dłoń. Rozgniótł w palcach odrobinę popiołu, przyglądając się materiałowi z wielką uwagą.

Typhlosion wbił się głęboko w ziemię unikając wodnych strumieni, wystrzelonych z ust wrogich pokemonów. Rozwścieczony Gold nie czekał dłużej, w jego stronę pędziło już pięciu członków zespołu Plasma. Pierwszego znokautował jednym sierpowym, kolejnego zdążył odepchnąć, by wysłać wychowanka do walki. Niestety, kolejnych trzech obaliło go na ziemię, uniemożliwiając wezwanie pokemona. Typhlosion wyskoczył tuż za jednym z Seismitoadów, ogłuszając go ognistym uderzeniem. Zaraz potem roztrzaskał drzewo, rzucony przez Machampa.

Blue podszedł do kolejnej dziury w ziemi, która znajdowała się głębiej w gąszczu lasu, w miejscu, gdzie drzewa się rozrzedzały. Jedno z nich nosiło ślady walki, na tyle świeże, że trener mógł ocenić, kiedy doszło do batalii. Nie był to obraz, jaki zwykle ogląda się po starciu trenerów, którzy pragną sprawdzić się w pojedynku.
-Tej nocy stało się tutaj coś mało przyjemnego.- Zawyrokował pochmurnie. Red pokiwał głową. Oglądał odciski łap pozostawione w okolicy. Pikachu biegał wokół, próbując pomóc w odkryciu zdarzeń minionej nocy. Zwrócił uwagę swojego trenera na miejsce, które nosiło spore ślady naelektryzowania.

Gold widząc Typhlosiona, w którego uderzyły wodne pompy, odrzucił od siebie trójkę żołnierzy zielonowłosego. N siedział obok na kamieniu, oglądając przy tym z ogromnym zadowoleniem, tabliczki odebrane trenerowi z Johto. Ten powstał i posłał na pomoc ognistemu pokemonowi swojego kolejnego wychowanka.
-Ampharos!- Wykrzyczał, upadając poobijany na kolana. Żółty pokemon doskonale wiedział co ma robić. Za swój cel obrał czwórkę wodnych stworków. Początkowo niewielkie pioruny wypełniły okolice. Ampharosa otoczyła kulista aura światła. Na nieprzygotowane pokemony członków zespołu Plasma, spadło kilkanaście ogromnych wyładowań elektrycznych. Latający Swanna oberwał najmocniej. Sparaliżowane nie były zdolne do dalszej walki.
-Dasz rade! Uważaj na Machampa!- Walczący pokemon, który uniknął nawałnicy, ruszył na żółtego stworka. Ten, korzystając z wytworzonej na potrzeby poprzedniego ataku aury, przeszedł do szarży. Szybko wbił się w przeciwnika, który jednak ani myślał odpuścić. W stronę Ampharosa ruszyła niszczycielska pięść. Żółty stwór posłał jej naprzeciw swoją niewielką łapkę, która pchana była jednak do przodu przez bezlitosne pioruny. Pięści pokemonów spotkały się w uderzeniu, które wytworzyło falę uderzeniową. Niestety, to Machamp okazał się silniejszy i w efekcie zasypał gradem ciosów przeciwnika. Nad klęczącym Goldem stanął rechoczący Pat.
-Pan N nie lubi, kiedy nazywa się go złodziejem. Kazał Ci przekazać: Dobranoc. Śmieciu.- Rocket posłał w twarz trenera z Johto kopnięcie.

Blue przechadzał się powoli po polu bitwy. Szukał kolejnych wskazówek. Pikachu znalazł, na kamieniu nieopodal drogi, długi zielony włos. Szybko zaniósł go swojemu trenerowi.
-Czyżby nasz znajomy?- Zastanowił się Red. Blue ściągnął z głowy długą białą czapkę i upadł na kolana.
-Nie…- Powiedział niezwykle smutnym, przejmującym głosem. Trener z Kanto, wraz ze swoim żółtym pokemonem, podbiegli do niego. Red wściekły zacisnął pięści. Blue podniósł z ziemi czarno-żółtą czapkę.
-Gold…

Centrum, w którym trenerzy leczyli swoje pokemony, nieczęsto przyjmowało ludzi. Pracujące tam pielęgniarki posiadały jednak niewielki oddział, przeznaczony do nagłych wypadków. W skromnym, czystym, białym pokoju przy łóżku siedział zmartwiony chłopak. Obok na wieszaku, zawieszone były jego płaszcz, szal i beret. Green spoglądał co chwilę na twarz śpiącego, opatrzonego już Golda. W drzwiach stanęła White. Milczała, czekała na zezwolenie na wejście do środka. Lider z Viridian City delikatnie odwrócił głowę w jej stronę.
-Wejdź.
-Jak się czuje?- Spytała podchodząc powoli. W rękach trzymała dwa poke balle.
-Dobrze, że ich nie zabrali. Załamałby się. Jeszcze się nie obudził... Nie mam serca dzwonić do jego bliskich.- Green ujął w dłoń jedną z trzymanych przez White kul.
-Jego pierwszy pokemon. Chwalił mi się nim kiedyś…- Włożył poke ball w bezwładną dłoń Golda. O dziwo zacisnęła się delikatnie.
-Ciekawa jestem, kto mu to zrobił.
-Zdaje się, że wiem. Ty z resztą też. Muszę wiedzieć, gdzie znaleźć N.- Spojrzał na nią surowo. Wymagał od niej odpowiedzi. Musiał coś zrobić. Zadzwonił jej telefon. White przeprosiła i w pośpiechu opuściła pokój. Green spojrzał na poobijanego przyjaciela.
-Muszę wiedzieć…- Wymamrotał do siebie.

Red szedł przez rynek w bardzo konkretnym celu. Znaleźli się w miasteczku kupieckim, w którym mieszkańcy okolicznych wiosek, czy też samotnych domostw, dokonywali zakupów, sprzedawali swoje wyroby, przydatne trenerom przedmioty i spotykali się na pogawędki. Red jednak nie był zainteresowany zakupami. Blue szedł za nim.
-Co zamierzasz?- Pytał co chwilę milczącego przyjaciela. Ten, kiedy dotarł na drugą stronę rynku, bez pytania złapał za kołnierz przedstawiciela zespołu Plasma i cisnął nim o ziemię. Zgromadzeni oderwali się od swoich zajęć i obserwowali nietypowe zajście. Zaskoczony żołnierz już chciał wycedzić coś w stylu: „wiesz z kim zadarłeś?”. Red jednak, ponownie łapiąc go za kołnierz, podniósł go i, nie puszczając, rzucił na pobliski pal, będący podporom jednego ze straganów.
-Już nie żyjesz!- Wrzasnął do uśmiechniętego trenera z Kanto, który patrzył mu prosto w oczy. Milczał swoim zwyczajem, podnosząc zbira coraz wyżej.
-Nie radze mówić do niego w ten sposób. Ostatnio pokazał twojemu szefowi gdzie jego miejsce. Teraz chcielibyśmy to powtórzyć.- Zaczął Blue, kiedy członek zespołu Plasma zrozumiał, kogo ma przed sobą.
-Gdzie on jest?- Spytał trener z Hoenn, a jego towarzysz podniósł siepacza jeszcze wyżej.
-Nie wiem, ja…
-Gdzie?- W głosie Reda można było wyczuć ogromną złość.
-Mówię prawdę. Nie wiem. Ostatnio był w okolicy, pobiliśmy dotkliwie jakiegoś kolesia na jego rozkaz. Jakaś dziewczyna zabrała go do szpitala, z tego co mi wiadomo leży w pobliskim centrum.- Wyrecytował przerażony. Trener z Kanto rzucił nim o ziemię. Blue podszedł do jednego ze straganów.
-Gdzie jest najbliższe pokecentrum?- Sklepikarz dokładnie wytłumaczył mu drogę. Nie ukrywał przy tym radości, że ktoś w końcu zajął się bandziorem jak należy. Trenerzy ruszyli w wyznaczonym kierunku.
-Słaby ten wasz przyjaciel. Was spotka to samo…- Zawołał za nimi członek zespołu Plasma. Red zacisnął pięści. Nim jednak się odwrócił, zbir zarobił solidnego kopniaka w twarz od Blue. Trener z Hoenn ruszył w wcześniej obranym kierunku.
-Myślałeś, że tylko ty potrafisz przywalić?- Red uśmiechnął się. Biegiem ruszyli w dalszą drogę.

Ogromne, ciemne pomieszczenie wypełniali, na kilku piętrach, żołnierze zespołu Plasma. Wszyscy pracowali na komputerach, pochłonięci fanatycznie swoim zadaniem. Zdawało się, że to tylko z monitorów płynie światło w tym ponurym miejscu. Delikatnie jarzące się lampki, zawieszone wysoko na suficie, nie byłby w stanie zapewnić odpowiedniego oświetlenia. Nad ogromną halą unosił się mostek dowódcy. Zamiast niego jednak, na pracujących jak mrówki zbirów spoglądał Silver. Pogrążony w myślach, trzymał w dłoni starą fotografię. N przemierzał powoli mostek w jego stronę.
-Mój drogi Silver. Jak podoba ci się moje dzieło przyjacielu?- Spytał z wyraźnym cynizmem.
-Jeśli kiedyś się to skończy, pożałujesz…- Wyszeptał trener z Johto, dostatecznie głośno, żeby słowa dotarły do zielonowłosego.
-Nie byłbym tego taki pewien. Widzisz, twój przyjaciel myślał podobnie. Teraz leży w szpitalu. Jak on się nazywał… Gold? Żałosny dzieciak.- Silver zacisnął pięści. Otworzył szeroko oczy, wściekły i bezsilny.
-Skoro nie potrafiłeś go pokonać, nie powinieneś nawet myśleć o walce ze mną.- N stanął obok swojego więźnia i oparł się swobodnie o barierkę.
-Już niedługo, nie tylko ty, ale również twoje pokemony, będą na moje usługi. Jeśli nie będziesz się wybijać ty i twoja siostra odzyskacie wolność.- Zapewnił N, klepiąc po ramieniu Silvera.
-Nie będziemy.- N zaśmiał się i odszedł. Pozostawił w samotności trenera, który rozłoszczony, bezsilnie wpatrywał się w pracujących członków zespołu Plasma.

Nie będzie przypowieści o sile woli. Nie będzie opowieści o człowieku, któremu obca była kapitulacja. Nie będzie historii o wielkiej przemianie. Będzie za to opowieść o synu potwornego człowieka, który mimo korzeni odrzucił zło. Będzie przypowieść o młodzieńcu, który udowodnił, że nigdy nie jest za późno na naukę przyjaźni, miłości, zaufania. Silver zaczął jako złodziej. Rywal, jakiego potrzebował Gold. Rozgoryczony, zagubiony dzieciak. Czy tkwił w nim potencjał? Na pewno nikt go o to nie posądzał. Osierocony, z czasem odkrył swoje pochodzenie. Giovanni. Jego ojcem był człowiek, który był odpowiedzialny za narodzenie się organizacji przestępczej Rocket. Bezlitosny, porzucający bliskich. Silver jednak miał szczęście. Dzięki swojemu rywalowi zszedł ze złej drogi. Wziął udział w lidze Johto, zaskakując swymi umiejętnościami wielu trenerów. Z czasem nauczył się kochać pokemony. Poznał smak przyjaźni, szacunku, zapominając czym jest odrzucenie. Stał się światowej klasy trenerem. Choć w Hoenn i Sinnoh nie sięgnął po tytułu mistrza, ani legendarnego trenera, to był kimś, z kim musiał liczył się każdy. Nie można go było lekceważyć. Zyskał nowych przyjaciół, zarówno wśród ludzi, jak i pokemonów. Podróż do Unova wynagrodziła mu tak długie oczekiwanie na tytuł. Nabyte umiejętności, doświadczenie, determinacja zadecydowały o tym, że nikt nie był go w stanie powstrzymać. To właśnie on złapał legendarne pokemony regionu. Nagle jednak zniknął. Obdarty z możliwości przeciwstawienia się losowi, miał przed sobą najtrudniejsze zadanie w swoim życiu. Nie stać się takim jak ojciec.

Siostra o różowych włosach, bliźniaczo podobna do każdej z pielęgniarek nie tylko w regionie, ale też i na świecie, przyniosła dla Greena kubek gorącej, czarnej kawy. Sprawdziła aparaturę, która mierzyła i kontrolowała funkcję życiowe pacjenta. Życzliwie, bez słowa położyła dłoń na ramieniu lidera z Viridian City. Powstrzymała się przed słowami otuchy, czy wyrazami współczucia. Wiedziała, że poturbowany Gold, może się jeszcze bardzo długo nie obudzić. White wciąż rozmawiała przez telefon. Green spokojnie sączył kawę, kiedy aparatura nagle pokazała nienaturalny odczyt.
-Typhlosion… Gdzie ja…- Gold ledwie otworzył oczy i odwrócił głowę w stronę zaskoczonego przyjaciela. Ten powstał gwałtownie, odrzucając przy tym z hukiem krzesło do tyłu. Pielęgniarka szybko sprawdziła odczyty, kartę pacjenta i uśmiechnęła się szeroko.
-Wszystko będzie dobrze.- Oświadczyła patrząc na Greena, który wciąż był w szoku.
-Proszę odpoczywać.- Pogłaskała następnie po głowie Golda i opuściła pomieszczenie. Trener z Johto uniósł dłoń, która ściskała poke ball.
-Czy nic im nie jest?- Wnuk profesora Oaka przewidział, że będzie to pierwsze pytanie, gdy jego przyjaciel się obudzi.
-Tak. Spokojnie, już dawno doszli do siebie.
-Musze go dorwać…
-Narwany jak zawsze. Odpoczywaj. Obaj wiemy, że zemsta nie jest dobrą drogą.
-Musze…- Green spojrzał w oczy poturbowanego przyjaciela. Podszedł do wieszaka i z kieszeni płaszcza wyciągnął kopertę. Postawił na nogi krzesło i usiadł na nim. Wyciągnął zdjęcie i podał je Goldowi do ręki.
-Czy to on?- Spytał chłodno. Trener z Johto przyjrzał się dokładnie fotografii.
-N. Tak to on. Złodziej, który nie potrafi walczyć uczciwie. Do tego był z nim Pat…- Gold zgniótł zdjęcie w dłoni.
-Ustaw się w kolejce.- Oświadczył Green. Nie chciał pokazać poobijanemu przyjacielowi, że sprawa stała się dla niego osobista.
-To będzie długa kolejka.- Usłyszeli znajomy głos. W drzwiach do pokoju stał Blue, tuż za nim opierał się o ścianę Red. Pikachu wpadł do pomieszczenia, wskoczył na łóżko i przytulił się do twarzy Golda.





krytyka mile widziana Smile
Odpisz
 Cherish Balle podarowali: Cyris, Bidulkę


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości