Facebook
Reklama Let's GO Pikachu i Eevee



Wątek zamknięty 
Błysk [+16]
31.03.2012, 1:58 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.04.2012 0:23 przez KleszczRex.)
Post: #1
Błysk [+16]
"Wojna... wojna nigdy się nie zmienia"

Czymże jest wojna? Sposobem wyzwolenia najdzikszych żądz powielania swego terytorium i udowodnienia swej dominacji wśród podobnych sobie, czy może po prostu najskuteczniejszą i najsprawniejszą metodą likwidacji potencjalnego zagrożenia? Ile głosów- tyle teorii. Nie zmienia to faktu, że tak naprawdę wojna jest jednym ze stałych i powtarzających się elementów w dziejach ludzkości oraz najdobitniejszym dowodem potwierdzającym frazę, iż historia kołem się toczy. A teraz? Jak wygląda nasz świat? Czy nie pełen jest konfliktów na mniejszą bądź większą skalę? Czy każde działanie wojenne ma w swoim zamierzeniu przynosić pokój? Odpowiedź z reguły skrywa się w stertach papierów i tajemnic wojskowych.
Jednak nie o tym mam zamiar pisać ani dyskutować. Chcę przedstawić swoją wizję Błysku, autorskiego stwierdzenia. Czemu akurat Błysk? Bo w chwili eksplozji ośrodka opartego na sile atomu to właśnie błysk kończy pewną erę, a zaczyna nową...
______________________

Jedna z komór mieszkalnych w ośrodku kontrolującym przestrzeń powietrzną nad Stanami Zjednoczonymi, gdzieś w Ohio. Odgłos chrapania o czternastej czasu lokalnego sugerował odsypianie dyżuru nocnego przez pracownika instalacji. Niestety, jego sen o bliższym spotkaniu z piękną dziunią z Playboya został przerwany przez nagłe i celowo głośne wejście jednego z dyżurujących o tej porze.
- Wstawaj! Alarm wariuje! - Potrząsnął ciałem sennego pracownika w celu jego szybszego obudzenia. Reakcja nie była pozytywna.
- Thomas, jeśli to kolejny dowcip, to ci nogi z...
- Tym razem to nie żarty... - przerwał niespodziewany gość po czym szybko pokazał ekran na netbooku podłączonym do sieci ośrodka - spójrz tylko na to. To chyba nie są ćwiczenia ani szkolenia w ramach NATO.
Jedno nagłe zerknięcie na ekran. Wyrwany ze snu jegomość nagle przypomniał sobie czasy wieloletnich studiów i specjalizacji oraz różne protokoły i wykresy, z jakimi miał możliwość mieć do czynienia podczas tej pracy. Teraz zobaczył jeden z tych przykładów i poczuł nieprzyjemne déjà vu. Ze strony Rosji właśnie leciały trzy rakiety dalekiego zasięgu. Cel- Waszyngton, Baltimore i Nowy Jork. Całe Wschodnie Wybrzeże w ogniu. Decyzja była instynktowna.
- Thomas, kontaktuj się z Pentagonem, i to migiem!



W tym samym momencie, gdzieś w rosyjskiej tajdze...

- KABOOM! KABOOM! KABOOM! - wrzaski pełne ekstazy rozrywały ciszę w niedawno oczyszczonej z obecności strażników bazie atomowej, ukrytej gdzieś w rosyjskiej tajdze. Odgłosy łączyły się z sygnałami uruchamianych procedur uzbrajania i lokalizowania potencjalnych celów jeszcze radzieckich rakiet tworząc dziwną melodię przypominającą grę na pianinie. On, w ramach zemsty za śmierć ojca od eksplozji przypadkowo rzuconego granatu rzuconego podczas jednej z "misji pokojowych" w Czeczenii, rzucił wszystko na jedną kartę, poświęcił całe swe życie by trafić do takiego miejsca jak te. A potem po prostu ściągnąć najemników, zlikwidować opór i wykonać akt zemsty. Nie myślał o konsekwencjach w bliższym i dalszym odstępie czasowym... po prostu zaznaczał kolejne cele. Po trzech punktach na Wschodnim Wybrzeżu wybrał kolejne cele po drugiej stronie Stanów Zjednoczonych- Los Angeles, San Francisco, Las Vegas...

Niezbadane są granice zemsty. Szkoda tylko tego, że wyrównanie rachunków jednej osoby musi się równać ofierze równej miliony dusz...

______________________

Błysk. Niektórzy nawet go nie widzieli, jednak wszyscy go doświadczyli. W ciągu jednej godziny tysiące lat ludzkiej cywilizacji stało się niczym. Dezorganizacja oraz chaos nie pozwoliły chociaż na określenie kto to wszystko zaczął, jednak zwycięzcą mógł był tylko jeden. Śmierć.

Zwieść cię może ciągnący ulicami tłum,
wódka w parku wypita albo zachód słońca,
lecz pamiętaj: naprawdę nie dzieje się nic
i nie stanie się nic - aż do końca.
 Cherish Balle podarowali: Chaqui
18.04.2012, 0:23
Post: #2
RE: Błysk
Nowy rok...

Ranek. Ponownie uświadomiłem sobie, że sen jest tylko ostoją i odpoczynkiem od świata... którego tak naprawdę nie ma. Ehhh... nie ma to jak zacząć dzionek od kolejnej depresji. Cholera, aż z tego zapomniałem o wczorajszej nocy. Szczęśliwego nowego roku 2122. Czy na pewno to Nowy Rok? Obliczenia zdawały się być słuszne... Postanowienie noworoczne? Przetrwać, bądź umrzeć tak, by jak najmniej bolało...

Cholera. Człowiek widzi śmierć dookoła, ba, czasem jest jej źródłem. Oswaja się z nią i zobojętnieniem patrzy na przyszłość, jednak jedyne, co pobudza jego strach to myśl, że to wszystko może zaboleć. Uczucie fali cierpienia, która może mnie spotkać skutecznie odtrącała mnie od jakiejkolwiek myśli samobójczej. Może zabrzmi to dziwnie, lecz wtedy odczuwam, że na pewno nie odejdę z tego świata jednym celnym strzałem, lecz coś spieprzę i będę cierpieć godzinami. Może to sumienie, a nie strach? Nie wiem, jednak skoro nie potrafię skłonić swego ciała do śmierci, to pozostaje mi nic innego jak żyć w tym gównie zwanym Ziemią, pełnym jadu, promieniowania i panoszącej się śmierci.

Koniec depresji. Każda utracona chwila zbliża mnie do zmroku, a wtedy lepiej nie ruszać się z kryjówki. W dzień jestem łowcą, nocą staję się ofiarą. Wstaję, po czym instynktownie łapię się o jedną z desek symulujących półkę. Nie znam chwili, gdy szum w głowie i promieniowanie nazbierane poprzedniego dnia da o sobie znać. Może los okaże się na tyle łaskawy, że najpierw cokolwiek upoluję, a potem pocierpię przy metalowej misce. Uf, nic się nie stało. Czas się ogarnąć, coś przegryźć i wyruszyć na łowy. Jabłko czy marchewka? Jabłko. Umyć czy nie? Dobry żart, będę jeszcze marnować wodę, a promieniowania i tak nie zmyję z tego owocu. Ugryzłem. Słodkie- coś nowego po niedojrzałych i kwaśnych zapychaczach żołądka. Ten dzień stał się lepszym. Miałem tylko jedną nadzieję: oby ten limit fortuny nie zakończył się z wyjściem z kryjówki.

Niektórzy nazwaliby mnie z pewnością szaleńcem, bo i po co mieszkać w zrujnowanej leśniczówce, która po upływie czasu ledwie się trzymała, a "nocni łowcy" od razu wyczują żarcie na swym terytorium. Ale na szczęście nikogo tu nie ma, kto mógłby powiedzieć: "Jesteś idiotą, prosisz się o śmierć". No cóż- nigdy nie dbałem o relację interpersonalne, z prostego powodu- po co się przywiązywać do rzeczy, które za chwilę znikną z pola widzenia? To nie jest świat dawnych ludzi, którzy sami sprowadzili jego koniec; to piekło, które jest karą za ich grzechy. A my w tym piekle musimy żyć. A zdecydowanie łatwiej jest walczyć o przetrwanie samemu. W końcu jedna broń starczy wyłącznie dla jednej pary rąk. Cholera, znowu zacząłem się rozbijać o zbędne myśli, a czas ucieka. Kałach wzięty? Taaa; co jak co, ale jego twórca z pewnością nie zakładał, że ta broń przeżyje taki szmat czasu i nadal będzie sprawiać, że nawet najgorsze paskudztwo tego świata poczuje ból. Wszystko pochowane? Tak. Otworzyłem drzwi...

Śnieg. Cholernie biały śnieg- czemu gdy wszystko rozpieprzono, to nie załatwiono przy okazji zimy? Z jednej strony łatwo było wypatrzeć zwierzynę, lecz cholera nie głupia- również umie patrzeć i dochodzić do wniosku, że ma sylwetka z kałachem szczęścia jej nie przyniesie. Wiem, że pieprzę głupoty, bo zima to jednak "kolej rzeczy", ale czasem człowiek ma prawo się wkurwić, że życie ciągle mu podrzuca cokolwiek pod nogi. Jak nie zima, to większy mróz. Jak nie mróz to słońce, które dla odzwyczajonych gałek oznacza godziny cierpienia. Jak nie słońce... to śnieg. Jedyny plus tego białego cholerstwa to fakt, że przy liczniku Geigera wywołuje mniejsze piszczenie niż jakakolwiek inne źródła gaszenia mego pragnienia. No cóż- chociaż mniej cierpię od promieniowania. Ale śniegu nazbieram później, jak tylko coś złapię.

Dwie godziny na nic. Cisza i spokój... już traciłem nadzieję, gdy nareszcie znalazłem ofiarę. Sarna. Krwiste plamy w jej ubarwieniu oznaczały tylko jedno- mutant. No cóż... przyłożyłem broń bliżej siebie, ustawiłem ją na muszce i zacząłem prosić me dzisiejsze szczęście, by mnie nie zauważyła. Oraz aby przyciśnięcie na spust wystrzeliło tylko jeden nabój. Strzał. Padła. Jeden nabój. Fortuna mi sprzyja. Podszedłem do truchła i wreszcie miałem okazję przyjrzeć się mej zdobyczy. Nieruszona, bez wyraźnych zmian. Zacząłem selekcję. Część wezmę ze sobą, resztę zostawię istotom nocy- traktowałem to zawsze jako daninę za to, że nocą mogę spać spokojnie. Złudna nadzieja, ale zawsze to była lepsza opcja niż przyciąganie niespodziewanych gości poprzez robienie magazynu ze schronu.

Wróciłem. Przywitała mnie cisza, w sumie nic nowego. Basta. Pieprzyć rutynę. Kładę się spać. Mięso wrzucę do skrzynki i zakopię- może robaki nie wyczują. Zrobiłem to, kopiąc dół w miejscu, gdzie leśniczówka od dawna nie miała desek. Wrzuciłem. Zaklepałem ziemią. Położyłem się i zadałem sobie pytanie: Co ja zrobiłem do jasnej cholery? Jedną marchewką nie zabiję głodu, a niektóre nocne istoty zapewne mają tak mocny węch, że zaraz mi się zejdą i zakończą żywot nie tylko zawartości skrzynki... Walić to. Jestem zmęczony. Nadzwyczaj. Przyłożyłem rękę do czoła. Gorące jak nigdy. Gorączka. Kur... jeszcze choroby mi tu brakowało!

Zasnąłem. Machnąłem ręką na wszystko- na żarcie, chorobę oraz to, że jutro będę cierpiał konsekwencje tego wczesnego snu. Nieważne. Nic się nie zmieni...

Zwieść cię może ciągnący ulicami tłum,
wódka w parku wypita albo zachód słońca,
lecz pamiętaj: naprawdę nie dzieje się nic
i nie stanie się nic - aż do końca.
23.04.2012, 13:59 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.04.2012 14:56 przez KleszczRex.)
Post: #3
RE: Błysk [+16]
II. Drugiego stycznia... o ile tak zwano ten miesiąc...

Kolejny dzień wita mnie pulsującym bólem w żołądku. Nie do wiary- czemu zachowałem się wczoraj jak idiota i wykazałem słabość, gdy wybrałem odpoczynek zamiast posiłku? Czemu nie łyknąłem czegokolwiek, by promieniowanie nie sprawiało bolesnego darcia mych trzewi? Nie wiem. Po prostu nie wiem. Cholera, wykazałem słabość. Wyjątkowo nie skończyło się źle, choć nieraz me lenistwo skutkowało konsekwencjami, które cierpiałem tygodniami... Czemu tak się zachowuję? Czy to wynika z faktu, że po prostu nie mając celu nie pragnę dalszych dni życia? W sumie... co mnie czeka w kolejnych tygodniach? Dalsza egzystencja w lesie pełnym promieniowania do momentu, gdy nie znajdę zwierzyny i umrę z głodu lub po prostu trafię na coś większego, a relacje łowca-ofiara ulegną odwróceniu?

Nie wiem co robić. Jedno jest pewne- czas wstać.

_______________________________________

Misja wydobycia skrzynki okazała się być dużo trudniejsza, niż się spodziewałem. Okazało się, że wiele mięsożernych robaków wyczuło skarb ukryty za warstwą metalu. Szczęśliwie w tym przypadku człowiek nadal ma przewagę ,choć słyszałem o miejscach na Ziemi, gdzie insekty nie są już takie drobne i pozornie łagodne. Niestety, próba wyciągnięcia skrzynki i nagły ból w mięśniach przypomniał mi o wczorajszym odkryciu- choroba skutecznie mnie osłabia...

Po paru minutach spędzonych na przemiennym wyciąganiu skrzyni i odpoczywaniu po każdej próbie ostatecznie wciągam kawał żelastwa. Otwieram pokrywę... po czym zamykam. Cholera- mięso mutantów zdążyło już przereagować w nie wiadomo co. Pojemnik do wymycia, żarcie do wywalenia, wczorajsze polowanie dopisane do czasu zmarnowanego. Jestem wkurwiony solidnie. Gdybym zjadł to wczoraj to zapewne lepiej bym się czuł. A teraz nie mam ani żarcia, ani dobrego samopoczucia. To są takie chwile, gdy człowiek chciałby sobie władować kulkę w łeb. Ale nie tym razem- po prostu brzydzę się własnym cierpieniem. Ta choroba będzie męką, więc więcej bólu w tej chwili nie potrzebuję.

Kładę się do łóżka, znaczy do czegoś, co symuluje łoże. Materac, parę narzut oraz śpiwór i człowiek czuje się niczym bóg w tym gównianym świecie. Ciekawe, czy na tej spalonej planecie jeszcze żyje ktoś, kto może pławić się w luksusach albo po prostu żyć normalnie? W końcu atomówki nie mogły zniszczyć wszystkiego... muszą być miejsca, gdzie można egzystować tak, jak robili to ludzie przed ludzkim końcem świata. Ciekawe- jak daleko musi się znajdować taki raj... nie, nie oszukuj się- takiego miejsca nie ma. Każdy musi cierpieć za błędy poprzednich.

Co ja gadam? Może jednak ktoś żyje w tym raju? A może czeka ono na nas po naszej śmierci po wielu latach życia w tym łajnie? Nieważne- choroba robi swoje, a obraz staje się coraz bardziej rozmazany. Czas spać.

_______________________________________

Budzę się. Zmrok. Pierwszy reaguje żołądek. Właśnie zapaskudziłem swoje łóżko wymiocinami. Smród jest tak nieznośny, że muszę wyleźć i otrzeć się z rzygowin. Kiedy wychodzę na zewnątrz, pierwsze co mnie wita to blask księżyca. Nie do wiary, pierwszy raz od dawna jest tak spokojna noc, gdy niebo jest tak czyste od radioaktywnych chmur. Po prostu trudno mi w to uwierzyć. Księżyc... taki piękny, olbrzymi i niemalże w pełni. Nienawidzony i ubóstwiany, gdyż z jednej strony jest tak daleko i stanowi kontrast dla zniszczonej Ziemi, a tak naprawdę jest dowodem na to, że nie wszystko zostało zniszczone. Przez moment zapominam o tym, czemu wyszedłem z mego schronienia. Ten blask...

Nagle ryk odchodzący z oddali skutecznie mnie otrzeźwia. Jestem ofiarą nocą. Szybko podchodzę do większej kupki śniegu, by otrzeć się z zawartości mego żołądka i jak najszybciej powrócić do swego schronienia. Słyszę cichy szelest. Może to wiatr? Nie zwracam na to uwagi, lecz po prostu przyspieszam z wycieraniem się. Gdy kończę szelest staje się dużo głośniejszy. Przez chwilę przez moją głowę przewinęła mi się myśl, czy przypadkiem fetor wydzielający się z mego zabrudzonego ciała nie stał się wabikiem na istoty nocne... Biegnę do leśniczówki. Zamykam szybko drzwi, biegnę w stronę kałacha, odbezpieczam i chowam się w kącie, gdzie spróchniałe drewno sprawiało wrażenie najsolidniejszego. Czy to tylko urojenia? Może naprawdę słyszę to, co chcę usłyszeć? Cisza. Chyba naprawdę mi się tylko zda...

ŁUP! ŁUP! ŁUP! Wraz z trzecim uderzeniem towarzyszy mu odgłos wyłamywanych drzwi. Co to do cholery jest? Ciężkie kroki sugerują, że mam do czynienia z jakimś bydlakiem. To nie jest jednopokojowa izba. A gdyby wyczekać moment i zwiać drugą drogą w stronę wyjścia? A może walczyć? Odgłos kroków staje się coraz głośniejszy... Cholera! Nie wytrzymałem i pociągnąłem w stronę drugiego pokoju, a następnie do wyjścia. Nawet nie chcę wiedzieć co to jest! Gnam w którąkolwiek stronę. Blask księżyca ułatwia ucieczkę, gdyż jego mętny blask rozjaśnia konary drzew oraz powyginane korzenie. Nagle słyszę ponownie ten sam ryk. Pochodzi z mojej chatki, jeśli się nie mylę. Gnam ile wlezie... las się rozrzedza... dobiegam do skraju dzielącego dawną puszczę od reszty świata. Padam na ziemię. Serce bije jak szalone, a ja... po prostu nie wiem co zrobiłem. Straciłem wszystko, został mi tylko karabin z jednym magazynkiem i nic więcej. Dookoła nic tylko cisza...

Wstaję. Prześpię się o świcie- teraz muszę wyruszyć gdziekolwiek, byleby nie prowokować istot lasu, które zapewne urządziły sobie polowanie na człowieka. Tym razem już nie biegnę, gdyż brak mi jakichkolwiek sił. Docieram do jakiejś dawnej drogi, lekko zasypanej białym śniegiem, jednak są miejsca, gdzie nadal wyraźna jest skromna trawa rosnąca w wnękach między popękaną drogą... jakiś stary zerdzewiały znak, opieram się o niego... muszę odpocząć... muszę...

Sen.

Zwieść cię może ciągnący ulicami tłum,
wódka w parku wypita albo zachód słońca,
lecz pamiętaj: naprawdę nie dzieje się nic
i nie stanie się nic - aż do końca.
19.04.2013, 21:42
Post: #4
RE: Błysk [+16]
III. Wizja przeszłości

Od dawna zastanawiałem się nad tym, jak wyglądał świat przed Błyskiem, a także jak wiele straciliśmy w ciągu jednego dnia. Niestety, ciągle zatrzymywałem się na sferze rozmyślań, gdyż nie byłem aż tak wielkim idiotą, by nagle najcenniejszą wartość- egzystencję poświęcić na szalenie ryzykowną próbę odkrycia czegokolwiek, co mogłoby być źródłem szczątkowych detali dotyczących tamtego świata. Zresztą... jaki to miałoby mieć sens? Ryzykować swoje życie, by przebrnąć przez napromieniowane kompleksy czy olbrzymie aglomeracje dla odkrycia rzeczy, które nie wnoszą nic dla obecnych, jakże brutalnych czasów?

To wszystko nie miało sensu. Dużo bezpieczniejsze było rozmyślanie- tam nie czyhało na mnie zarówno promieniowanie, jak i jego twory. A sen pozwalał mi na to. Widziałem łąki pełne odpoczywających ludzi, a w oddali latające maszyny i szklane wieżowce. Piękne i bezchmurne niebo pozwalało nacieszyć się widokiem słońca, zaś w twarzach obecnych w wizji było widoczne... coś pozytywnego. Uśmiech? Chyba tak. Wtedy budziła się we mnie nostalgia za drugim człowiekiem, za jego twarzą, detalami, miną... Tego nie spotykam w opanowanym przez mutanty lesie.

*

Po raz pierwszy się wyspałem. Nie wiem jak to możliwe, szczególnie zwracając uwagę na to, co przeżyłem ostatniej nocy, jednak dzisiejszego dnia wstałem niczym młody bóg- w pełni wypoczęty i gotowy na trudy dzisiejszego dnia. Przez chwilę nawet zdawało mi się, że widziałem owe słońce, identyczne, jak w mym śnie, lecz po chwili okazało się, że po prostu dzień trwał na tyle długo, by oszukać mój ledwo co obudzony wzrok. Wtedy też powracały wspomnienia ostatnich chwil przed snem, gdy uciekałem przed tym czymś, co zaatakowało mą skromną kryjówkę, a także bolesna prawda, że najprawdopodobniej już nigdy tam nie wrócę. Nie byłem głupi- wiedziałem, że czymkolwiek są te stwory, to nie bez powodu panują nad okolicami. Kiedyś słyszałem coś o przyspieszonej adaptacji do warunków na skutek mutacji, jednak nie chciałem tego sprawdzać na własnej skórze, szczególnie w roli ofiary.
Spojrzałem na okolice. W oddali widziałem las, z którego musiałem eksmitować- z dystansu wyglądał tak samo spokojnie, jak wtedy, gdy trafiłem tu po raz pierwszy i wybrałem tamto miejsce na zimowy postój. Wszystko się zmieniło. Te miejsce nie będzie już dla mnie takie samo. Taki już los człowieka, by z każdą chwilą być wypieranym przez jednostki nowego pokolenia. Lasy, miasta, jaskinie, tracone jedna po drugiej... Nieważne! Co było, to było. Pamiętałem, z której strony drogi przyszedłem, więc nie pozostało mi nic innego jak ruszyć w drugim, zupełnie przeciwnym kierunku. Dokąd idę? Nie wiem, a zardzewiały na skutek czasu znak drogowy wcale mi nie pomagał. Ruszam!

W sumie muszę zmienić swój stosunek do życia, gdyż na chwilę obecną zachowuję się niczym samobójca, któremu brakuje wyłącznie odwagi do zrobienia jednego prostego ruchu. Od teraz zacznę szukać pozytywów sytuacji. Mam już jedno! Posiadając ze sobą wyłącznie kałacha z tylko jednym magazynkiem do niego z pewnością będę poruszać się dużo szybciej, niż spakowany w liczny prowiant i masę żelastwa niezbędnych do przetrwania. Dobre i to!

*

Mijała kolejna godzina podróży, a przede mną ponury horyzont. Powoli zbliżający się zmrok zmuszały mnie do wstępnego planowania, jak przetrwać nadchodzący zmierzch (a niech was szlag trafią, krótki dniu i długa nocy!). Całe szczęście, że nie czułem głodu... jeszcze, dzięki czemu nadal zachowywałem całkiem niezłe tempo mej pielgrzymki ku schronieniu, którego nadal nie było widać. A co jeśli nie znajdę niczego? Czy będę musiał zasnąć tej mroźnej, styczniowej nocy? Czy może spróbuję iść do oporu, aż znajdę miejsce na tyle mało niebezpieczne, by zregenerować siły? Oby tylko uniknąć czegokolwiek, co chętnie strawiłoby samotnego wędrowca, jakim byłem ja.

Wtedy naglę słyszę koszmar poprzedniej nocy. Ryk, który przyspieszył bicie mego serca i obudził we mnie najgorsze myśli. Cholera, to coś mnie tropiło i starało się mnie dogonić przez ten cały dzień?! Nawet nie stawiałem tej tezy pod wątpliwość, tylko wrzucam następny bieg i rozpoczynam ucieczkę. Gnam ku coraz ciemniejszym zarysom niekończącej się drogi, zaś z tyłu słyszę coraz więcej głosów, jakby tropiciel wyczuł swój cel. Walka na śmierć i życie. Albo on, albo ja. Tyle że nie bez powodu jestem ofiarą w łańcuchu pokarmowym. Wtedy też zaczyna mi brakować sił, a niemalże mroczna pora sprawia, że nie wiem, gdzie biegnę, jednak czując resztki asfaltu pod nogami, to musi być nadal ta trasa. Walczę z samym sobą, gdyż inaczej to będzie moja ostatnia walka... A może jednak nagle obrócić się i wystrzelać wszystko co mam? Wtedy mógłbym zginąć ze świadomością, że nie poddałem się do samego końca...

*

Strzał. To nie była moja broń, a na pewno zabrzmiało dużo groźniej niż znany mi huk kałacha. Wtedy też czuję, jak łowca opada na me ciało- najwyraźniej strzał musiał go zabić w locie, czy też skoku, który miał zakończyć mój żywot. Nieważne, to ja jestem nadal w grze. Po chwili słyszę powolne, zbliżające się w moją stronę kroki, a następnie me oczy witają się z oślepiającym blaskiem latarki.
- Witaj wędrowcze. Chyba właśnie uratowałem ci życie, co nie?
Po raz pierwszy tak bardzo ucieszył mnie głos drugiego, zupełnie nieznajomego człowieka.

Zwieść cię może ciągnący ulicami tłum,
wódka w parku wypita albo zachód słońca,
lecz pamiętaj: naprawdę nie dzieje się nic
i nie stanie się nic - aż do końca.
 Cherish Balle podarowali: Lexi, AqwosX
26.06.2013, 10:22
Post: #5
RE: Błysk [+16]
Temat zamykam i przenoszę (na razie) do Archiwum FF na życzenie autora.

Kontakt ze mną:

GG: 42244264
e-mail: wojtwom7@gmail.com

Chciałbyś sprawdzić się w pisaniu walk Pokemon i jednocześnie rywalizować z innymi? Zgłoś się już teraz do najnowszego projektu i zdobywaj coraz wyższe rangi!



Lubisz pisać? Lubisz wyzwania? Chcesz doskonalić swoje umiejętności? Weź udział w Bursztynowej Lidze i tocz pisarskie pojedynki z innymi!

BURSZTYNOWA LIGA
Wątek zamknięty 


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości