Facebook
Reklama Let's GO Pikachu i Eevee



Hyacinth's Saga
3.08.2010, 9:10 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 9.08.2010 9:11 przez Serre Champagne Quadro.)
Post: #1
Hyacinth's Saga
First part of the backstory.

Na mokradłach na drodze numer 120 w Hoenn cisza. Za każdym drzewem, w każdym krzaku, w stroju drzewa czyhają trenerzy. Nikt nic nie mówi, każdy cierpliwie wygląda szukając potencjalnych ofiar.
Heath siedzi pod drzewami, tuż obok roślin z jagodami dla pokemonów, narzekać więc nie może na głód. Deszczówka zapewnia mu zapas wody. Od czasu do czasu wychyla rękę spod parasola, by jej trochę nałapać do ręki i wypić.
Cały czas zastanawiał się, czemu przegrał, co zrobił źle i, co ciekawsze... dlaczego walczył? Szukał w przeszłości wydarzenia, które spowodowało taki rozwój wydarzeń, przy okazji wspominał stare czasy...

Four Fangs kiedyś było drobnym stowarzyszeniem, specjalizującym się w wyłapywaniu rzadko występujących Pokemonów... mam na myśli pokemony w wersjach Shiny, Dark, EX oraz Delta, wędrujące po całym świecie pokemon. Teoretycznie największe szanse mieliby dopiero wtedy, gdy miejscem ich urzędowania byłyby okolice Victory Road w Kanto, gdyż do Kanto i Johto mieliby tylko krótki spacerek, zwłaszcza znając skrót od Mt. Silver do Blackthorn, który pozwoliłby ominąć pełen nowicjuszy tor przeszkód do New Bark, lecz wtedy ganiałby za nimi Lance, bo zabieranie mu sprzed nosa takich interesujących, rzadkich okazów było u niego zabronione. W Sinnoh łapanie tych pokemonów jest zbyt proste, zwłaszcza Shiny, gdzie trenerzy z nieskończoną ilością maszynek pomocniczych typu PokeRadar chodzą w drużynach po miliony. Hoenn, nie dość, że nie dotknięte przez Lance, tylko o wiele starszego i przez to często myślącego mniej racjonalnie Stevena, który takiej akcji nie miał nic przeciwko, to jeszcze z zapewnioną protekcją ze strony Brawly'ego oraz bliźniaków Tate i Lizy (dobry układ swoją drogą - bezpieczeństwo w zamian za EX Machampa czy EX Alakazama było świetnym rozwiązaniem dla Four Fangs), którzy teraz muszą odciągać uwagę całego Elite Four od tej sprawy, oferowało dużo niewyłapanych okazów. Trenerzy nie dysponowali dobrym sprzętem do łapania wyjątkowych pokemonów, bo ludzie z pozostałych kontynentów nie chcieli kiwnąć palcem, żeby przerzucić wart kilka miliardów sprzęt.
Na czele tej pięcioosobowej grupy ludzi stał od samego początku Gilliam Garcia Frequenne, kiedyś Pokemaniac, ale szybko nauczył się, że Pokemony to o wiele więcej niż stworzonka do kolekcjonowania i w kolekcji miał takie rarytasy jak Dark Pidgeotto, Delta Weezing, dysponujący typem wodnym oraz Dark Chatot złapane w ciągu pięciu miesięcy w pojedynkę. Traktował je po królewsku, jak panów. Osobiście czyścił futro, pielęgnował skrzydła, skórę. Dbał nawet o czystość niektórych narządów wewnętrznych. Doświadczeniem w łapaniu takich rzadkich okazów podzielił się ze znajomymi, a oni dalej i dalej, w końcu niektórzy prosili o kontakt do tej osoby. Po dogadaniu się Gilliam spotykał się z tymi ludźmi, którzy byli zainteresowani lekcjami szukania i łapania tych pokemonów. Oni zazwyczaj mieli po jednym czy dwóch pokemonach, w dodatku przeważnie Shiny, które były najmniej warte, kiedy on przynosił na spotkanie całą drużynę i zapas jeszcze trzech. Pierwszą jego znaczącą zdobyczą był EX Dratini, dzięki któremu wbił się na rynek szybciej niż gwóźdź w deskę przy mocnym machnięciu młotkiem. Jego skarb rozpowszechnił się na tyle, że mógł śmiało założyć własną drużynę, która przyjmowałaby tylko nielicznych. W Hoenn, w Devon Corporation doszło do kolejnego punktu kulminacyjnego w jego karierze. Założył Four Fangs. Przy podpisywaniu dokumentów paparazzi robili mu setki zdjęć, odwalając za niego robotę z rozgłaszaniem. To był początek tej grupy ludzi...
Najpierw dołączył Santiago Shacky, Amerykanin niezwykle wciągnięty w hazard. Pierwszego swojego pokemona, Larvitara, zdobył po wygranej w Black Jacka z Roxanne. W podobny sposób, wygrywając piękną trójką króli w pojedynku z kimś, kto miał Charmandera w wersji Shiny, podczas grania trzema taliami na raz. Oczywiście po wygranej dostał tegoż startera w błyszczącej postaci. Był również wyjątkowo dobrym businessmanem. W walizce, której nigdy nie wypuszczał z rąk, trzymał wszystkie możliwe umowy w kolekcji płyt CD, podpisanych pięknym pismem ręcznym. To on załatwił protekcję od wyżej wymienionych liderów.
Drugą osobą był młody, dwunastoletni Joshua Paralline. Szybki, z dobrą wytrzymałością na fizyczne cierpienie i zmęczenie. Kiedy ich maszyneria na zamówienie sprowadzona z Sinnoh wykrywa jakiegoś pokemona w najbliższym otoczeniu, ten wybiega jako pierwszy z porcją Quick i Dusk Balli i wraca po ok. 10 minutach ze zdobyczą. Pierwszym jego pokemonem, należącym do nadzwyczajnych, był Dark Munchlax. Niedługo po złapaniu do Four Fangs wkręcił go Norman prosząc na kolanach o tego pokemona.
Kolejny dołączył on sam, Heath Guaronni. Miłośnik książek, w których czytał o nieznanych innym ludziom faktach dotyczących wyjątkowych typów pokemonów, miłośnik natury, z którą zaprzyjaźnił się już w dzieciństwie. Kochał spędzać czas na łące, przeglądając historię, przykładowo, Romea oraz Julii. Więź oraz wiara w naturę umocniły się wraz ze złapaniem Shiny oraz Dark Lotada. Często wypuszcza tą parę; mają przeciwne płcie, więc są naturalną fabryką tych pokemonów.
Ostatnio dołączoną i jednocześnie jedyną w tych czasach kobietą w Four Fangs była Charlotte McGravie. 35 lat na karku, wygląd przeciętny, lecz była niezwykle majętna i hojna. Dochód miała od swojego ojca, Berrymastera Fernando McGravie. Ona zamówiła sprzęt do łapania pokemonów i dokupywała świetne fabularnie książki dla Heatha, Joshua dostawał od niej wiele przewiewnych ubrań oraz sportowych butów, a Santiago kopie dokumentów (które miała z kolei od wtyki z Devon). Specjalny wysłannik Charlotte dostawał od niej bilety na Birth Island oraz Navel Rock, który poszukiwał tam rzadkich odmian Ho-oha, Lugii oraz Deoxysa. Często wykupuje rarytasy od innych. Jej Delta Persian o typach Ghost/Dark pomaga jej w zgarnianiu funduszy od innych trenerów podczas walk.

Drużyna będąca w komplecie funkcjonowała jak szwajcarski zegarek. W miesiąc od dołączenia Charlotte Four Fangs miało ponad 100 różnych pokemonów o odmianach Shiny, Dark i Delta, w tym jeszcze 3 pokemony EX. Były to Cacnea EX, Happiny EX oraz, najrzadszy pokemon, Shiny Weedle EX. Szacuje się, że tego ostatniego na całym Pokeświecie jest... 3. Przybywali tu ludzie z Kanto, między innymi Lt. Surge, który pragnął dostać Electivire Delta o typie Psychic. Interesy pięknie załatwiał Santiago, wykonując polecenia Gilliama. Współpraca była tu piękna.
Niestety, "All good things come to an end" mówią. Nieznana kobieta pojawiła się w życiu lidera. Atrakcyjna, ubrana w czerń... Sara Corstrine. Od tego momentu było po prostu źle...
Sara Corstrine była odrobinę mniej bogata od Charlotte, młodsza i... miała hopla na punkcie władzy absolutnej. Kiedy Gilliam się w niej zakochał, nikt jeszcze nie wyczuwał szwindlu. Nikt prócz Heatha czytającego z zachowania. Musiał tak się zachowywać, aby nie wzbudzać podejrzeń tracącego coraz bardziej głowę przez kobietę lidera. W tym celu poprosił go, aby na łapanie pokemonów wychodzić dwójkami. Tłumaczył, że łatwiej jest wpędzić nawet takie pokemony EX do pułapki, gdy ściga go więcej niż jedna osoba i łatwiej jest obmyślić taktykę osobno dla każdego pokemona. Udało się, Gilliam przyklasnął temu pomysłowi, jako, że dotyczył samego łapania Sara nic nie mówiła. Kiwnęła tylko głową.
Cztery godziny później maszynka wydała sygnał obecności rzadkiego okazu w okolicach drogi 121.
- Joshua i Heath, sprawdźcie to. - Dosyć donośnym głosem powiedział Frequenne. Hyacinth uśmiechał się. Dostał do pary osobę, którą chciał, a na dodatek pokemon jest niedaleko. Ale nie chodziło tu teraz o pokemona... Tylko o to, by móc ustalić coś z dwunastolatkiem.
- Chodźmy - pełen emocji po raz kolejny rzekł Joshua - Nie mogę się doczekać!
Wybiegli. Całą drogę biegli w milczeniu, po drodze wypuszczając kolejne pokemony - Shiny i Dark Lombre, Chansey EX, Vigoroth Delta z typami Electric/Psychic i Shiny Purugly. Wszystkie biegły za trenerami, gotowe na każde polecenie. Pokemonem do złapania okazał się oszołomiony Shiny Spinda.
- "Proste..." - pomyślał Heath, po czym Joshua i trójka ostatnich pokemonów wskoczyła między drzewa po lewej, a Guaronni z parą Lombre - w krzaki po lewej.
Spinda maszerował jak pijany, od lewej do prawej. Dwójka łapaczy czekała tylko aż oszołomiony pokemon podejdzie bliżej nich, żeby mogli go otoczyć jednym ruchem. Chwila...
- "Ten Spinda jest osłabiony. Jeśli trafi siebie - nie będzie go można złapać. Tylko jak to mogę przekazać mojemu towarzyszowi?"
Pokemon, którego chcieli złapać odwrócił się i poszedł wolnym krokiem w drugą stronę. Gestem dłoni Heath zawołał tutaj Joshuę. Ten przybiegł najszybciej jak mógł.
- Słuchaj. Weź swojego Chansey i... wylecz go. Jak go będziemy próbowali otoczyć, może zemdleć w każdej chwili... Mam na myśli nasz okaz.
- Zrozumiałem!
Wybiegł i w chwili, gdy Spinda się odwracał Paralline był już na miejscu, ze swoimi pokemonami.
Chwilę później z drzew wyszedł jego pokemon EX i zrobił to, co nakazał Heath. Po całkowitym wyleczeniu wyskoczyła reszta, otaczając go.
- Dark Lombre, Astonish proszę.
Pokemon zaatakował, a jego trener wyrzucił balla w stronę Shiny Spindy. Jako, że poszukiwany okaz robił uniki przed atakiem przeciwnika, złapać się dał łatwo - kula była przecież rzucona znienacka.
Cała reszta pokemonów wróciła do swoich Poke-Balli, te z kolei trafiły do kieszeni odpowiednich trenerów.
- Więc? Wracamy?! - Cały Joshua. Nie mógł się doczekać, żeby pokazać Gilliamowi swój okaz.
- Spokojniej... Tym razem nie spieszmy się. Muszę porozmawiać z tobą.
Podczas drogi Heath opowiedział dwunastolatkowi jakie ma podejrzenia wobec Sary. Wiedział doskonale, że lider Four Fangs był tylko pionkiem w jej grze. Nie wiedział jednakże kogo zbić ma ten pionek i skąd pochodzi królowa z tej części szachownicy...
- Przyznaj - mówił w stronę chłopaka Hyacinth - lider nie jest najpiękniejszy. Rozumiem, że wygląd nie jest najważniejszy, acz tego typu kobiety zazwyczaj wpadają w sidła miłości albo przez wygląd mężczyzny, albo przez grubość portfela, albo przez moc i władzę. Sara wie, że mamy najpotężniejszy istniejący rodzaj pokemonów, nie ma takiego ani Elite Four, ani żaden z liderów, ani nikt z całego Hoenn. Czuję, że czeka na rozwój, żeby potem użyć naszego lidera jako maszyny do wydawania rozkazów. W najgorszym przypadku może to doprowadzić do tego, że ta panienka rozkaże kogoś zabić albo przejąć Hoenn siłą. W tym celu pokornie cię proszę, jako, że możesz najlepiej zamaskować się w terenie i jesteś najszybszy z nas wszystkich, abyś śledził lidera, gdy ten wychodzi z tą kobietą. Jeśli będzie jakiś pokemon do złapania, pójdę w pojedynkę, za ciebie i za siebie. Postaram się, żeby w trakcie nieobecności zarządzał Santiago, to wtedy nic złego się nie stanie.
- Niech będzie. Spróbuję zrobić co mogę. W zamian poproszę kiedyś o pożyczenie kilka książek, zgoda? - Odparł z mieszaną twarzą Joshua.
- Zgoda. - Ze szczerym, przyjacielskim uśmiechem odpowiedział Heath.
- To teraz pospieszmy się, ciemno się robi.
Po czym pobiegli w stronę namiotu.

Na miejscu znaleźli kartkę od Santiago: "Gilliam poszedł z Sarą, ja z Charlotte łapiemy pokemona w okolicy Littleroot."
- Oni to mają świetnie. - zazdrościł młody chłopak - Charlotte może wylecieć helikopterem w stronę miasta, a Santiago ma Shiny Charizarda, który może osłabić z powietrza.
- Prawda. - odparł Hyacinth wzdychając, po czym rozejrzał się po namiocie, w poszukiwaniu jednego Balla. - Castform. Jedyny pokemon, który nie ma w sobie nic wyjątkowego, a jest diabelnie potrzebny. - Mówiąc sam do siebie wypuścił pokemona z Balla i zapytał go - Jaka pogoda będzie?
Pokemon zmienił się w swoją formę wodną.
- Znowu deszcz?! Przez noc nie będzie światła. - Z tego znany był Joshua, z szybkiej zmiany emocji i nastroju. Posmutniał, bo ognisko w deszczu się nie utrzyma.
- Trudno się mówi, pogody nie zmienimy... póki co prześpij się trochę, bo noc będzie ciężka.
Zgodnie z tą prośbą, chłopak poszedł spać. Przed zamknięciem oczu usłyszał tylko od Hyacintha jedno zdanie:
- Nie mów nikomu o tym planie. Tym bardziej liderowi.
Sam Heath wyszedł na zewnątrz i rozkoszował się kojącym dla duszy deszczem.
Niedługo potem wrócili Santiago i Charlotte. Helikopter był zaparkowany w specjalnym, zamaskowanym pod postacią drobnego jeziora hangarze. Tylko ten teren był blisko bazy Four Fangs, czyli nieopodal ruin. Kiedyś przez to miejsce przeszła trąba powietrzna, dużą ilość piasku z jaskini ruin wyrzucając na zewnątrz, tak po kilka razy. Stąd teraz jest to pustynia, to wzniesienie po prawej na drodze 120, gdzie domyślnie trzeba skręcić w lewo.
W bazie Santiago rytualnie wręcz wyjął talię kart, po czym przetasował ją na każdy możliwy sposób. I rzekł:
- Jako, że Gilliam jest nieobecny, wybiorę kto idzie na następne łapanie. Wino - ja. Serca - Charlotte. Dzwonki - Josh. Trefl - Heath.
Wybrał dwie karty z początku talii i zręcznym ruchem wbił w komodę stojącą naprzeciw krzesła, na którym siedział.
- Cholera, 40. - Odwołał się do popularnej gry, zwanej "Tysiąc", gdzie dama oraz król pik dają 40 punktów, jeśli to meldunek. Te dwie karty trafił właśnie tymczasowy lider. Chwilę potem dociągnął jeszcze jedną i wbił w ziemię. Był to as trefl. - Heath, idziesz ze mną. Josh z Charlotte będą później.
Joshua tkwił w mocnym śnie, jak zwykle. Wiedział o tym doskonale Heath, że nawet donośne odgłosy radaru w centrum pomieszczenia nie obudzą tego chłopaka. Właśnie dlatego polecił mu się zdrzemnąć. Często to było zaletą dla wszystkich, bo jak on jest wyspany, to morale całej drużyny skacze do maximum dzięki jego euforii. Gorzej, jeśli trzeba go obudzić. Wtedy traci się cenne w tym zawodzie kolekcjonera pięć minut.

W czasie przerwy zjedli trochę. Właśnie w kuchni ukazywała się kolejna zaleta... Santiago. Z niczego potrafił zrobić przepiękne danie. Każdy przyrządzony przez niego posiłek dawał dużo energii, mało kalorii (aby mogli szybciej biegać) i było pożywne nie tylko dla ludzi, ale również dla pokemonów. Dla każdego, człowieka i pokemona, osobno przyrządzał posiłek. Wprawdzie napracować się musiał, ale nie on jeden. Często same pokemony przyrządzały sobie posiłek, albo go zwyczajnie szukały. Więc gdy odmawiały od początku, roboty było mniej dla kucharza. Problemem jest opowiedzieć co jedli. Do swoich potraw kucharz wymyśla takie nazwy, że nie łatwo je wszystkie spamiętać. Z pewnością ta potrawa miała w sobie jajka oraz grzyby.
Radar jeszcze się nie odezwał, tak samo jak i Gilliam nie był obecny. Heath miał złe przeczucie dotyczące lidera, ale już lepiej myślał o tym, jaki będzie następny pokemon. W tym momencie stworzenia jednak nie był najważniejsze, choć... nie miał innego wyjścia na chwilę obecną.

W tym samym czasie, w okolicach Mt. Pyre, sekretna część wulkanu przysłonięta ścianą...

- Najdroższy... Nie wiem jak ty to robisz. Masz tyle pięknych, potężnych pokemonów. Co chwila nowy trafia do waszego zbioru. Świetni przyjaciele, gotowi na każde twe polecenie...
- Sam tego nie wiem, skarbie. Chyba przypadkiem...
- Przypadkiem mówisz? Ja bym ten przypadek wykorzystała lepiej.
- Co ty... O czym ty mówisz?
- Oj, przekonasz się. Będziesz robił wszystko co będę sobie życzyła, nie będziesz się temu sprzeciwiał.
- Ale...
- Będziesz widział, jak wykorzystuję każdą część twojej władzy, ale nie będziesz mógł zareagować.
- ...Co do... Aaaaah! Nie! Nie mogę... się... oprzeć...
- Będziesz władał. Ja też. Razem będziemy. Szkoda, że to ja będę stawiać pionki w tej grze...

Baza Four Fangs, Route 120. Za legendarnymi ruinami.

Radar piszczy. Swój charakterystyczny dźwięk wydaje jednak inaczej niż zwykle.
- Cholera, droga 115. Czemu tak często jest cholernie daleko do tych pokemonów?! - Santiago z głosem godnym pirata przeklął pod nosem. - Bierz Dark Pidgeota, ja lecę na Shiny Charizardzie.
- Niech ci będzie. - Hyacinth z nutą pewności siebie odpowiedział towarzyszowi, po czym obydwaj zgodnie wydali komendę lotu w stronę drogi wskazanej przez urządzenie.
Na miejscu panoszył się całkiem potężny wróg. Dragonite Delta o typach Fire i Thunder. Jego Flamethrower oraz Thunderbolt, dwa bardzo dobre ataki z perfekcyjną celnością, wzbogacone jeszcze o bonus z uwagi na ten sam typ. Cholera.
- Kogo mamy ze sobą, prócz dwóch ptaków? Kogo wcześniej zapakowałeś? - pytał Heath, już trochę w gorszym nastroju.
- Dark Glaceon, Shiny Dugtrio, Dark Ampharos, Delta Weezing wodny i Chansey EX.
- Chansey EX mówisz... Wyrzuć go z balla, spraw, żeby uśmiechał się od ucha do ucha i użyj jako naszego pochłaniacza uderzeń po ewolucji. Myślę, że to dobry pomysł.
Santiago zbliżył się do ziemi, na powierzchnię skalną, po czym wypuścił z PokeBalla jedynego pokemona EX jakiego miał w tym momencie i powiedział:
- Słuchaj. Jesteś genialnym pokemonem, obdarzonym przez naturę naprawdę wspaniałymi zdolnościami. Przed tobą może być potężny przeciwnik, ale jeśli będziesz pewna siebie i pokażesz jak twardym oponentem jesteś, pokonasz go bez problemu. Jeśli teraz ewoluujesz, będziesz nie do zatrzymania!
Brak reakcji.
- Po tej walce zrobię tobie królewski obiad. Pamiętasz twój ulubiony przysmak?
Chansey EX zaczęła świecić się... i przeistoczyła się w Blissey.
- Teraz mając Blisseya EX - mówił Heath - możemy zrobić chodzący czołg. Softboiled i Seismic Toss to dwa kluczowe ataki. Kiedy ten smok trafi, pokemon powinien wyleczyć obrażenia w błyskawicznym tempie. Jeśli nie - atakować jak najszybciej. Weezinga rozstaw za Dragonitem, a Dugtrio niżej, żeby mógł łatwo pochłonąć elektryczny atak w stronę pokemona Delta, w zastępstwie ściąga również Ampharos. Glaceon niech pilnuje okolic. Do walki niestety się nie przyda. Rozstaw tylko pokemony, sam musisz być daleko. - Heath, przeczytawszy w przeszłości wiele książek, stał się strategiem Four Fangs. Najczęściej był wysyłany na misje razem z Joshuą, żeby i on wsiąknął strategiczne zdolności za młodu. I się udało, sam potrafi planować.
- Zrobi się - Z zapałem odrzekł Santiago, po czym odleciał w stronę pokemona. Ten rzucił pokemony, ale kiedy miał już odlatywać, Charizard dostał od smoka Thunderboltem. - Ch-cholera...
Hyacinth podleciał tak szybko jak mógł, chwycił partnera i usadowił na swoim Pidgeotcie, a jego pokemona przywrócił do wnętrza Balla. Po czym odleciał w stronę przeciwną. Gdy już był na miejscu...
- On się szykuje do Discharge! Ampharos, skocz przed Weezinga! Glaceon, uciekaj w stronę drzew!
Pokemony wykonały szybko polecenie Heatha. Teraz, jak już wszyscy żyją, pora na kontratak.
- Dugtrio, Earthquake. Ampharos, odbij się od przeciwnika i odskocz. Blissey, mocny Softboiled.
Podczas, gdy trwał Earthquake, zrobiła się noc. Skorzystał z tego jedyny przytomny w tym miejscu członek Four Fangs i rzucił Dusk Ballem. I znów, i jeszcze raz, i czwarty ball poleciał w stronę Dragonite'a. Łapał cały czas,, a pokemony inteligentnie broniły się same. Ostatni Dusk Ball... Też nie złapany. Ale jest jeszcze 10 Timer Balli. Trafił do balla na dobre już za... drugim. Uff.
Wszystkie biorące udział w tej walce pokemony zostały zawrócone. Heath odleciał, razem z nim Santiago, który już powoli zaczął się budzić.
- Masz go? - Zapytał od razu po odzyskaniu przytomności.
- Tak. Tutaj jest, przy pasku. Lecimy z powrotem do bazy.
Telefon komórkowy. Do Santiago zadzwonił Josh. Po chwili rozmowy:
- Masz. To do ciebie. Aha, Joshua prosił, żebyś na przyszłość zaopatrzył się we własny telefon. - Ta ironia. Heath nie cierpiał sprzętu elektronicznego. Nawet do radaru podchodził sceptycznie, ale jako, że nie przeszkadza naturze w rozwoju, nie sprzeciwiał się.
- Tak?
- Gilliam przyszedł, sprawdził pogodę i wyszedł. Nie powiedział ani słowa. Po wyjściu śledziłem go, Charlotte wyleciała poszukując pokemona koło elektrowni Mauville. Teraz słuchaj najdziwniejszego - Gilliam zadzwonił...
- Zadzwonił?! Przecież on nie ma komórki!
- Teraz ma. Nie wiem skąd. Ale słuchaj - kontynuował pełen emocji Joshua - Zadzwonił do kogoś i powiedział, że wszystko idzie zgodnie z planem i że niedługo już będzie nieżywy.
- Kto będzie nieżywy?! - Heath wyraźnie był zaniepokojony - Słyszałeś kto?!
- Nie. Nie używał nazwisk. Zastanawiam się o co chodzi.
- ...Interesujące. Wracaj teraz, póki możesz, do bazy. Tam się spotkamy.
- Dobrze. Rozłączam się.
Hyacinth oddał komórkę Santiago, który z kolei zastanawiał się o co chodzi.
- Zaraz... - głośno myślał Guaronni - Coś tu mi nie pasuje. Nie posądzam, że Josh kłamie, bo wiem, że nie... Ale coś jest nie tak z Gilliamem.
- Niby co? Szwindel?
- Nie... Z resztą, wracajmy na razie do bazy. Czuję, że tam się wydarzy coś dziwnego...

Baza Four Fangs...

Na miejscu byli wszyscy. Charlotte szybko uporała się z Dark Beautifly. Gorsze, że wszyscy byli cholernie cicho.
- Gilliam, sire... - Spytał Heath cicho - Gdzie jest Sara?
- Sara... ona...
Joshua i Charlotte odwrócili głowy, jakoby nie chcieli słuchać tego, co już słyszeli.
- Ona... zmarła. Miała zawał serca... Nie wiem jak to się stało...
Dla Santiago i Hyacintha mina szybko zrzedła. Nie wierzyli własnym uszom. Wprawdzie ten drugi nie był sparaliżowany i gdyby nie to, że wypadłby na kogoś bez serca przy całej reszcie, pytałby dalej o wszystko.
Teraz było jasne, że Joshua dysponuje fragmentem układanki, który usłyszał własnymi uszami. Heath natomiast wierzył, że Sara nie zginęła. Ona żyje cały czas. Tych dwóch rzeczy nie dało się sklecić na chwilę obecną.
--------------------
- Witaj. Wiedziałem, że cię tu spotkam. - Do siedzącego koło jagód Heatha przyszedł Santiago. - Informuję cię, że teraz oficjalnie Sara nie jest już na tym świecie, jednakże ci, którzy stoją za tym sabotażem nadal funkcjonują.
- Witaj przyjacielu. Mam nadzieję, że w Four Fangs wszyscy żyją i mi wybaczą...
- Ja już to zrobiłem. Nie miałeś wyjścia, przecież musiałeś walczyć.
- Ale... Walczyłem z kimś, z kim nie powinienem. Walczyłem z dobrą osobą, niewinną niczemu. Ta wiedźma oszukała mnie aż tak. Nie myślałem, że aż do tego dojdzie.
- Ja też... Ja też... - Santiago powoli odchodził, zostawiając nadal samego Heatha pod drzewem.
Po czym dalej wspominał...
--------------------
Poszli spać i wstali. Lepiej jest, gdy się wyśpi porządnie, a potem dopiero przystąpi do pracy.
- Dzisiaj - mówił z rana Gilliam - Charlotte idzie z Heathem, Santiago z Joshuą.
Od razu po tych słowach rozległ się dźwięk radaru. Okolice Mossdeep, w wodzie.
- Chodźmy - z czystą niechęcią rzekł Hyacinth stojący przy wyjściu.
Właścicielka helikoptera wzięła kluczyki i wyszli. Po drodze jej towarzysz zapytał się:
- Wyrzucisz mnie w Mt. Pyre? Chyba masz spadochron. Mam nadzieję, że nie sprawi tobie problemu łapanie tego pokemona w pojedynkę.
- Nie wiem po co tobie to, ale zgadzam się. Wcześniej sobie radziłam, teraz też dam radę.
Hangar otworzył się, a po otwarciu powoli podnosił się helipad z zaparkowanym białym Apachem.
- "Niby tyle razy widziałem tą maszynę, tyle razy się przydała... A jej nadal nie lubię widywać." - myślał Heath podczas wsiadania do helikoptera.
Odlecieli.

Nad Mt. Pyre, kilka minut po starcie.

- Spadochron masz nad sobą. Sterujesz sznurkami, które będą obok ciebie. Jeśli pociągniesz te z przodu, polecisz w przód. Z resztą jest tak samo. Powodzenia...
- Tylko potem mnie zabierz. Nie chcę wyglądać podejrzanie.
Krótkie, wypowiedziane chłodnym tonem instrukcje od Charlotte i wyleciał z helikoptera. Po drodze fascynował się otaczającą przyrodą, oglądał cieszące oczy lasy, oceany, przelatujące stara Starly i Pidgeyów... Oczywiście pilnował też, aby nie spadł gdzie popadnie. Szukał miejsca, które było niedostępne dla wchodzących na górę, ponieważ z książek wiedział - para kochających się ludzi wybiera miejsca prywatne. I znalazł - za ścianą, nie do obejścia dla ludzi. Prawdopodobnie jest wysuwana, chowana tylko jeśli wykupi się możliwość wstępu. Bingo. Spadł tam, gdzie chciał i tak jak chciał, szukając śladów ciała. Nie znalazł. Rozglądał się i znalazł coś interesującego. Ślady krwi były na boku zbocza. Na dole skały uformowały małą rampę, tak więc równie prawdopodobne wyjście to to, że ciało jest w wodzie albo w lesie.
Heath znalazł sposób, aby bezpiecznie dostać się na dół. Biegł w górę, do czasu, aż robiło się bardzo stromo, z uczepionym spadochronem, po czym zbiegł na dół i skoczył. Udało się - poleciał jak chciał. Ominął skalną skocznię i znalazł się u brzegu jeziora, gdzieś w lesie. Zdjął z siebie spadochron i rzucił gdzieś daleko. Po czym zdjął monokl z oka, odwiązał bandanę i położył je obok siebie. Pochyliwszy się nad wodą zanurzył głowę do wody, rozglądając się za śladami ciała. Znalazł je niemalże pod sobą.
- Więc niestety trzeba będzie się zanurzyć.
Mocny chwyt powietrza i zanurzenie. Udane, całe szczęście. Żadnych komplikacji. W jeziorze jedynymi widocznymi pokemonami były Tentacoole. Nie miał czego podziwiać, a powietrze, które mu zostało, było ograniczone. Chwycił więc Sarę i wyciągnął. Płynąc ku górze zastanawiał się co tu do cholery jest nie tak?
Wyciągnąwszy kobietę na brzeg zauważył, że... oddycha. Cały czas. W wodzie też spokojnie oddychała. Jakby spała. Zdziwił się też, że ma ubranie w całości i nie jest poplamione krwią. W jeziorze krew wyciekająca z ciała przyciągnęłaby zwłaszcza Sharpedo, które chwyciłyby sobie chętnie coś na ząb.
Na próby pobudki nie reagowała. Uznał więc, że to była silna śpiączka. Przeszukał więc kieszenie... I nie znalazł czegoś, co było markowym elementem całej jej osoby - telefonu komórkowego. Za to Gilliam nagle go miał. Heath więc uznał, że najpierw jego lider czymś przydusił Sarę tak, że ta straciła przytomność, potem wziął telefon i strącił z góry.
- "Wszystko pięknie, tylko... brak mi tu motywu..." - pomyślał.
Przeszukał nawet ubranie. Na plecach, pod bluzką, miała jeszcze koszulę... Teamu Rocket.
- Interesujące...
Gdy szukał więcej śladów, usłyszał nadlatujący helikopter, charakterystyczny dźwięk Apache.
Szybko przebiegł przez gęstwinę drzew, pomijając większe korzenie, przeskakując każdą przeszkodę... I dotarł w okolice Safari. Na górze czekała Charlotte z drabinką. Heath wspiął się tak szybko jak mógł na górę, wciągnął drabinę, po czym odlecieli.

Baza Four Fangs, godzina nieznana, wieczór.

Pozostała dwójka była nieobecna. Gilliam też gdzieś wyparował.
- Ciekawe gdzie on jest - pytała Charlotte samą siebie - I co robi...
- "Pewnie znów załatwia sprawy..." - Hyacinthowi wiele rzeczy chodziło po głowie. Wiedział, że kogoś chce wykończyć, ale nie wiedział dlaczego. Nie miał jednak czasu na myślenie. Radar kolejny raz dał o sobie znać...
- Okolice domku Berrymastera? Słabo reaguje, więc nic potężnego. Chodźmy...

Małe jezioro nieopodal domu Berrymastera, droga 123, kilka minut później

Bohaterowie przedzierzgnęli się przez las, oszczędzając paliwo helikoptera...
- Jeszcze trochę gałęzi, igieł i pułapek kłusowniczych i powycinam te drzewa... - klęła pod nosem zirytowana Charlotte.
I dotarli. Zgodnie z sygnałem radaru tutaj znajdował się obiekt zainteresowania Four Fangs.
Tenże obiekt chwilę później sam się pokazał.
- To już chyba dwudziesty Shiny Magikarp...
Do Balla wszedł bez walki. Kiedy zobaczył Dragonite Delta Fire/Thunder, wszedł od razu.
- Dobra, Charlotte. Misja zrobiona. Więc wracamy? - zapytał nieco zażenowany Heath.
- Raczej. Znowu te gałęzie...
I kiedy już byli między drzewami...
- Houndoom! Kiedy będzie próbowała ciebie atakować, odskakuj za wszelką cenę, a potem podpalaj!
Odwrócili się. W oddali jakiś chłopak w niebieskim stroju walczył z kobietą ubraną w czerń. On używał Houndooma, a ona posługiwała się Skarmorym.
- Podejdziemy bliżej? - zapytał Hyacinth - ciekawi mnie o co im chodzi.
- Czemu nie. Przecież Gilliam nie wie, że już łapiemy drugiego pokemona.
Zbliżyli się, nie wychodząc jednak z linii drzew, automatycznie razem z walką posuwając się w lewą stronę. Wzniesienia im nie przeszkadzały.
Chłopak ewidentnie miał na sobie strój Teamu Aqua. Włosy dziwnego koloru (odcień błękitnego) były przykryte niebieskim kapeluszem, tego samego koloru co nakrycie głowy miał również płaszcz, na którym symbol teamu Aqua znajdował się u boku ramion, obwiązany paskiem, z tyłu którego było miejsce na gazetę bądź inne rzeczy. Spodnie brązowo-szare, odbiegające kompletnie od reszty stroju, miały pod kolanem kolejny symbol Aqua. W ręku trzymał katanę.
Kobieta miała szare włosy i czarny strój Teamu Rocket.
- Heath, poznajesz tą babkę? Przecież to Karen, na sto procent, jest z Elite Four z Johto!
Ten poprawił monokl i przyjrzał się.
- Rzeczywiście... Popatrz jeszcze, tam po prawej też ktoś walczy.
Z daleka widzieli mężczyznę i nastolatkę. Mężczyzna w czerwono-czarnym stroju, a nastolatka... ubrana jak nastolatka. Przy pierwszej osobie stał Ampharos, przy drugiej Camerupt.
Jednak będąc bliżej pierwszej walki, nie chcieli już zmieniać pozycji.
Oglądali walkę dalej, przybliżając się coraz bardziej do Mt. Pyre. Karen szybko wspinała się po malutkich wzgórzach, to samo robił chłopak.
Hyacinth zastanawiał się... Jaki związek ma Karen z Sarą? Przecież to jeden team. Może... Kiedy Gilliam mówił o tym, że ktoś będzie nieżywy... to chodziło właśnie o tego chłopaka?
- "Tylko dlaczego, co mają sprawy Sary do Gilliama? Czemu Sara leży nieprzytomna przez tak długi czas? Pewnie jest na to wyjaśnienie, ale nie mogę zrozumieć co to spowodowało."
W końcu walczący zbliżyli się do brzegu jeziora wokół Mt. Pyre. Chłopak pokonał Karen. Szybko przybliżył się i, grożąc mieczem za nieposłuszeństwo, złapał za nadgarstki, pilnując nóg, po czym prowadził ją w stronę brzegu. Kiedy już ją umiejscowił tam, gdzie chciał, krzyknął głośno:
- THIS... IS... JUSTICE!
Kopnął potężnie w tułów, wyjął Swamperta, który dodatkowo podtapiał ją falami.
- Czemu właściwie - pytał z ciekawości Heath - Karen miała na sobie strój Rocket? I czemu walczyła z tym kimś?
- Nie mi to dane wiedzieć. - dostał chłodną odpowiedź od Charlotte - wracajmy. Ciemno się robi.
Po czym spokojnym krokiem odeszli w gęstwinę leśną, udając się w kierunku bazy.
--------------------
- Wydaje mi się, że przez długi czas po tym nie działo się nic... - Mówił do siebie Hyacinth skończywszy wspominanie.
Wolnym krokiem w stronę miejsca, gdzie znajdował się obecnie Guaronni, zmierzał Gilliam. Kiedy dotarł...
- Wybacz mi liderze to, co musiałem zrobić...
- Ja mam wybaczać? Tylko nie mam czego wybaczać. Wszystko to moja wina. To ja przecież pokochałem Sarę... Gdyby nie to...
- Serce nie sługa - przerwał mówiącemu Garcii - Ale sługa nie zabójca.
- Może masz rację... W takim razie nie musisz za to przepraszać. Możesz wrócić. Jestem pewien, że wszyscy zrozumieją...
- Dziękuję... Frequenne...

[Obrazek: fjpxk3.png]
Gallery
Hyacinth's Saga, druga moja pisana Saga w życiu.
Serre's Cardhouse
Mój have/want
Odpisz
 Cherish Balle podarowali: Dawcio
10.08.2010, 9:12 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.08.2010 9:47 przez Serre Champagne Quadro.)
Post: #2
RE: Hyacinth's Saga
Muzyka do części na piętrze szpitalnym

Second part of the backstory.

- ...Jednakże chcę chwilę spokoju. Jeśli nie masz nic przeciwko, chcę znaleźć w sobie błąd.
- Jak uważasz, nie przymuszam.
Gilliam chwycił za swoją bródkę, jakby myślał nad czymś. Jednak wydawało mu się, że wyczerpał temat. Żegnał się już więc z Heathem. Kiedy wychodził, dodał tylko:
- Wiedz, że zawsze możesz wrócić. Nikt cię nie wygoni, bo każdy z nas rozumie co czujesz przez to, co się stało.
Tak więc Hyacinth nadal siedział samotnie wśród roślinności.
--------------------
Od czasu walki chłopaka z Teamu Aqua przeciwko Karen z Teamu Rocket (Heath nadal zastanawiał się dlaczego Karen z Elite Four, z dumnej grupy ludzi najpotężniejszych z potężnych dołączyła do tej grupy zbrodniarzy) nie działo się za wiele. Przeważnie tylko łapane były kolejne pokemony. Gilliam, prócz nagłego wychodzenia wieczorami i rozmów telefonicznych, nie był dziwniejszy niż wcześniej. W ciągu pięciu, może sześciu miesięcy złapali około osiemdziesięciu-dziewięćdziesięciu pokemonów, łącznie więc ich liczba wynosiła ponad dwieście. Czwórka łapiących była usatysfakcjonowana, zwłaszcza Joshua, po tej okrągłej liczbie pokemonów, cieszył się jak na dziecko przystało. Niedługo będzie obchodził trzynaste urodziny.
- Dzisiaj jako pierwsi do miejsca, które wskaże radar, wychodzą Santiago i Heath.
Zazwyczaj po wydaniu tego polecenia wychodził gdzieś, lecz, o dziwo, tym razem został w bazie. Czarnowłosy zastanawiał się dlaczego nagle robi coś wbrew swojej codzienności. Był pewien, że ich lider chce wygonić ich z bazy.
Długo jednak nie mógł się zastanawiać, radar wskazał sygnał... Ale dźwięk wskazywał, że znajdują się tam dwa okazy. Miejsce jednak nie wróżyło nic dobrego - Evergrande Victory Road.
- Dwa sygnały, dwa pokemony, leci więc czwórka. Bierzcie tylko najlepsze pokemony jakie macie i - kiedy już wychodzili i nikt się nie rozglądał, Garcia uśmiechnął się mrocznie - uważajcie na siebie.

Wejście do Victory Road, od strony ligi znajdują się Santiago i Heath, przy drugim wejściu stoją Joshua i Charlotte.

- Zgodnie z sygnałem radaru trzeba sprawdzić sam środek. - Stwierdził przypominając całe poranne zajście w bazie Hyacinth - Mam wrażenie, że będą jakieś problemy.
- Myślisz? Wiem, żeś pesymista i myślisz o spisku, ale to nie oznacza, że tak musi być.
- A może i racja. Wybacz.
Skończywszy rozmowę weszli do wnętrza jaskini. Po drodze do jej centrum jednakże jeszcze rozmawiali:
- Wiem co może tobie chodzić po głowie - mówił nieco zmartwiony o przyjaciela Santiago - Ale podejrzewam, że nie jestem ani nie znam rozwiązania twojego problemu.
- Prawda to. Niestety nie możesz mi pomóc.
I tu przerwali. Przed sobą ujrzeli Dark Hariyamę i Crobat Delta Fire/Grass, z czego ten drugi walczył już z dwójką z Four Fangs.
Natychmiast w ruch poszły Balle z Dark Pidgeotem i Shiny Charizardem, poza tym jeszcze Delta Dragonite Fire/Thunder.
Dwójka dzikich pokemonów została otoczona przez 3 pokemony ze strony Josha i Charlotte i 3 wyrzucone przed chwilą. Zmasowany atak spowodował, że pokemony w centrum nie czuły się zbyt komfortowo, Crobat mógłby odlecieć gdyby nie fakt, że jest osłabiony po walkach z trenerami.
Złapały się w kilka sekund. Nie była to zbyt emocjonująca walka. Po niej jednak Heatha zaczęła nękać migrena. Dziwna migrena, bo poza bólem wzmacniało mu to instynkt.
- Chodźcie tu! - Wołał Santiago do reszty obecnych - Pomóżcie wnieść go do helikoptera!
Charlotte i Joshua szybko przybiegli i podnieśli Hyacintha. Shacky i McGravie pomagali mu chodzić, przerzucając ręce cierpiącego przez ramiona, a Paralline asekurował każdą stronę od pokemonów. Gdy już dotarli, Heath ostatkiem sił powiedział:
- Uważajcie... w bazie... coś jest innego...
Po czym zemdlał. Pilotka odpaliła swojego Apache i z tego nieszczęsnego Evergrande polecieli do bazy tak szybko jak to możliwe.

Baza Four Fangs, kilkanaście minut później...

Heath zdążył się ocknąć przed dolotem i nie czuł już bólu. Weszli i zobaczyli Gilliama, siedzącego ze smutnymi oczyma skierowanymi w stronę zdjęcia Sary. Rozweselił się jednak widząc wracającą załogę jego drużyny.
- Ech... Kiedy was nie było udało mi się zamontować nową klimatyzację. Tam, po waszej prawej, obok szafki. - Reszta rozejrzała się i, rzeczywiście, klimatyzator stał, podłączony i generujący świeże, przyjemne dla ciała powietrze. - Aha. Jest też nowy dywan. Lepsze to niż czuć piasek pod stopami.
Uderzyło go coś. Dywan konkretniej. To był tak znaczący ślad i jednocześnie wielki błąd ze strony Gilliama, jeżeli chciał kogoś "załatwić". Mimo wszystko nie pokazywał niczego po sobie. Lider mógł zrobić kolejny błąd w tym momencie, jeśli zapowie, że jutro wyjdzie. Tak myślał Heath.
- A, Josh. Jutro twoje urodziny, więc daję prezent teraz, jutro mnie nie będzie zapewne cały dzień. Więc proszę - podał Quick Balla do ręki dwunastolatkowi - wszystkiego najlepszego.
Hyacinth nie zważał teraz na to, że z Balla młodego chłopaka wyszedł Ninjask EX. Myślał co jest pod dywanem.
- "Jeśli wychodzi i wie, że wyczuwam spisek w nim, oznacza to, że po podniesieniu dywanu uruchomi się jakaś pułapka. Albo po prostu chce sprawdzić czy mu ufamy..."
Myślenie przerwał mu lider.
- Jest już ciemno, chyba dziewiętnasta. Idźcie spać i wstańcie rano, ciężki dzień jutro.
- "Jak każdy..."

Obudził się, ale nie chciał wstawać. Myślał nad tym, jak może dowiedzieć się co jest pod dywanem. Wiedział, że to jest przykrywka, ale wolał jej jak idiota nie odkrywać. Jeśli ktoś coś tam zamontował, to zamontował i zabezpieczenie. Dywan ten przykrywał całą bazę, co prawdopodobnie jest elementem maskującym podejrzenie.
Nie mogąc nic wykombinować wstał, ubrał się, zjadł posiłek, witając się z innymi, wyszczotkował zęby, dokładnie umył ręce...
- "Umywać ręce? Właśnie spostrzegłem, że to robi Gilliam, nie łapie żadnych pokemonów dając tą robotę dla nas. Coś tu ewidentnie jest nie tak."
To podsunęło mu pomysł. Bardzo ryzykowny, ale jeśli uda się...
- Liderze - spytał jak najbardziej pokornie Heath - Przepraszam, że śmiem przeszkadzać i pytać, lecz spędza mi to sen z powiek. Co lider robi, gdy nas nie ma?
Gilliam chwycił częścią ręki brodę, kierując wzrok w losową stronę, zamyślając się.
- To są - odpowiedział po chwili - Czynności, którymi mogę uzbierać fundusze na rozwój bazy. Jesteśmy już blisko wykupienia małego domku koło Mauville. Jeszcze tylko kilka miesięcy - mówił z uśmiechem dobroci, bardziej przypominającym jednak uśmiech na siłę - Dywan, na przykład, jest po to, by piasek nie dostawał się do niepożądanych miejsc, na przykład do klimatyzatora.
- Dziękuję - odparł nieco zrezygnowany Hyacinth - To wszystko co chciałem wiedzieć.
- Jeśli są jeszcze jakieś pytania z twojej strony, zawsze możesz je zadać. Postaram się rozwiać twoje wątpliwości.
Garcia przypominał Heathowi ojca. Dysponował podobną wiedzą, miał podobny sposób bycia... Członków Four Fangs traktował jak własne dzieci. Kiedy dowiedział się w jaki sposób rozmawiał przez telefon Sary... Podłamał się, ale nie dawał po sobie tego poznać. Jako, że zawsze był spokojny, teraz też nic się nie zmieniło. Dlatego wiedział, że ktoś inny steruje liderem, prawdopodobnie Sara. Nie wiedział tylko jak to możliwe, więc nie miał pomysłu jak to udowodnić. Musiał tkwić dalej pomiędzy młotem a kowadłem.
Odezwał się radar. Miejsce... Lasy między Fortree i Lilycove.
- Idą Heath i Joshua... Tylko weź tego Scythera. Przyda ci się, biorąc pod uwagę to, że drzewa tam rosną gęsto. - powiedział Gilliam. Po czym ruszyli.

Przed lasem, strona Fortree...

Weszli. Przed nimi szedł Scyther, który przecinał drzewa, tworząc drogę. Gdy tak szli, Heath poczuł, że coś jest nie tak.
- Nie wiemy gdzie tak naprawdę jesteśmy, ani gdzie jest ten pokemon. Sądzę, że rozdzielenie się coś nam da.
- Zgadzam się - odrzekł Josh - ale najpierw... - Podał towarzyszowi 4 Poke-balle. Wewnątrz znajdowały się cztery Mightyeny. - Widziałem, że nie wziąłeś żadnego pokemona jak wychodziłeś. Chyba ci się przyda. To są pokemony, z którymi podróżowałem dwa lata temu, jako jedenastolatek. Oddasz je potem oczywiście. - Ten dziecięcy, szczery uśmiech. Jak można odmówić?
- Dzięki... Przydadzą się. A ty co masz? - Mimo wszystko Heath zamartwiał się o przyjaciela.
- Delta Dragonite i Ninjask EX. Poradzę sobie. Poza tym... Ja mogę mijać te drzewa, ty musisz je ścinać. - Miał rację. Był zwinny, dałby radę. Z takimi pokemonami nie zginie ewidentnie. Nic więc już nie stało na przeszkodzie, by podzielili się.
Pożegnali się i poszli w swoje strony.

- Scyther, tnij. Tak szybko jak możesz.
Heath usiłował robić sobie drogę, biegnąc przed siebie. Wiedział, że ten las będzie już mniej gęsty. I tak właśnie się stało. Mógł spokojnie wycofać Scythera i iść dalej. Niewiele jednak przeszedł - Natrafił na Dark Scythera. Po bliższym przyjrzeniu się zauważył, że czwórka pokemonów walczy z tym Scytherem. Były to Espeon, Glaceon, Piplup i Swampert.
- Pewnie dzikie. - stwierdził, wypuszczając Mightyeny, które dał mu Joshua. Usiłował odgonić czwórkę atakujących, gdyż nie chciał wykończyć kompletnie Scythera. Sam stał gdzieś za drzewem...
- Jak mam przeszkodę, to ją zwalczę. Swampert, Earthquake. Możesz ryknąć gratis. CAŁA RESZTA SKAKAĆ ALBO WZLECIEĆ.
Ktoś wydawał komendy czwórce pokemonów walczących z Mightyenami i Scytherem. Widząc uciekające hieny Heath szybko je złapał, po czym wyszedł by zobaczyć kto tak zawzięcie walczy.
Jego uszy, które poznały ten głos, nie myliły go. To ten sam chłopak, którego walkę kiedyś widział, tym razem jednak miał połówkę maski na twarzy i zamiast niebieskiego stroju strój czarny, skórzany. Nie był ewidentnie w najlepszym stanie, podpierał się mieczem ze zmęczenia.
- Kim do cholery jesteś - powiedział chwytając miecz oburącz - i czemu przeszkadzasz moim pokemonom?
- Heath "Hyacinth" Guaronni. Jestem jednym z członków grupy Four Fangs wyłapującej wyróżniające się pokemony, przepraszam za problemy. Wykryliśmy tego Scythera, który, jak sam widzisz, podczas ruchu zostawia czarne fale po sobie. Poza tym, emanuje z niego moc ciemności. Mniemam, iż ta czwórka jakże ładnych pokemonów jest twoja?
- Tak, tak. - mówił jakby nie wierząc - Więc niech pan łapie tego Scythera. Ja mam dużo czasu na złapanie swojego, więc - proszę.
- Dziękuję młodzieńcze - chcąc okazać kulturę Heath ukłonił się, po czym Quick Ballem złapał Scythera za pierwszym razem - Przepraszam za napaść na twoje pokemony. Myślałem, że są one dzikie... .jednakże chcę jakoś wynagrodzić teraźniejszy ich stan zdrowia. - Rzucił Balla ze Scytherem w stronę chłopaka.
- Ty go serio oddajesz? Nie potrzebny ci? - Zdziwiony i trochę szczęśliwy z powodu prezentu odpowiedział błękitnowłosy.
- Mam ponad 210 różnych pokemonów. Z czego kilka gatunków mam w większej ilości niż jeden, między innymi tego osobnika.
- Dobrze, rozumiem. Dziękuję więc i życzę powodzenia w dalszym łapaniu...
- Dziękuję i życzę równie wielkiego powodzenia z moim Scytherem.
Po czym rozeszli się. Heath wypuścił Mightyenę i polecił, by znalazła Josha.

Droga 120, na wprost od wyjścia z Fortree...

- Więc wracamy do bazy, z tego, co rozumiem.
- Tak, Heath - mówił nieco zmęczony Joshua - ale oddaj najpierw te Mightyeny.
Wyjął z paska cztery Balle i podał je chłopakowi. Po czym poczuł mocny ból. Kolejna migrena.
- Josh... S-słuchaj... Uważaj... w bazie... niebezpieczeństwo...
- Nic ci nie jest?! Heath!
- P-pomóż mi t-tylko... wstać...
Chłopak przewiesił rękę Hyacintha przez swoje ramię i uważając, aby się nikt o nic nie potknął, szli tak powoli. Wyglądało to trochę jak scena powolnej śmierci bohatera, jednak na zgon się nie zapowiadało. Szybko bowiem Heath przestał odczuwać ten potężny ból. To było jednak ostrzeżenie od instynktu. Kolejne.
- Pilnuj się w bazie. Ten dywan, jestem pewien, że pod nim jest jakaś pułapka. Gilliam nie jest tą samą osobą, co kiedyś. Usiłuję domyślić się co się stało, ale nie mogę znaleźć logicznego wyjaśnienia. Jestem prawie pewien, że to ma związek z Sarą; ona żyje, ale jest nieprzytomna.
- Żyje?! - Zdziwił się Joshua - przecież lider mówił, że ona zginęła tuż obok niego.
- Po pierwsze - nie wiem jakim trzeba być człowiekiem, żeby nic nie zrobić z ginącą osobą. Po drugie - jej ciało znalazłem w wodzie. Po trzecie - jak wyjaśnisz, że Gilliam ma jej telefon?
- Eee... Jesteśmy już blisko bazy.
Zaiste, Hyacinth się rozgadał. Po głosach domyślił się, że wszyscy byli wewnątrz.
- Więc wchodźmy i pilnujmy się.

Baza Four Fangs...

Kiedy tylko weszliśmy, od progu z wielkim uśmiechem przywitał nas Gilliam:
- Witajcie! Ciemno trochę jest już, większość pokemonów śpi. Pójdźcie w ich ślady, odpocznijcie trochę, ponieważ jutro będzie zbiórka.
Heathowi serce zabiło mocniej. To był ten moment. Doskonale zdawał sobie sprawę, że ten ktoś, kto siedzi w tylnej, środkowej części namiotu, będący ich liderem knuje coś. Chce użyć zbiórki, gdzie zawsze stajemy w wyznaczonych miejscach, do zrobienia czegoś z nami.
- "Pod dywanem może być tylko i wyłącznie pułapka. Ale jaka... I jak jej uniknąć?"
Wiedział, że wstanie idealnie na zbiórkę. Zawsze była o tej samej godzinie - Dziewiątej rano. Wstawał ok. 8:45, z rana jadł, itd.
Tylko jutro nie będzie jadł spokojnie, tak jak dziś spokojnie nie będzie spał. Mimo to położył się na łóżku, zamknął oczy... Jego ostatnią myślą było:
- "...Uważajcie towarzysze."

W środku nocy Heath obudził się i czuł, że nie może kontrolować własnego ciała. Ktoś siedział w jego umyśle, jednak wszyscy spali. Jedyne, co mógł zrobić, to widzieć co ktoś chce zrobić z jego ciałem. W egipskich ciemnościach opuścił bazę.
- "Kim jesteś i dlaczego mną sterujesz?!"
Bez reakcji. Ciało nadal maszerowało. Kierunek był znany - biegł w stronę Lilycove... Lilycove?! Przecież baza Team Aqua, co wiedział z wielokrotnych wizyt w tym mieście, jest właśnie w tym mieście! A w Team Aqua znajdował się piętnastolatek, z którym spotkał się tego dnia!
- "Odpowiedz mi, dlaczego kontrolujesz mój umysł i ktoś ty?"
- "...Sara."
Teraz już miał niemal stuprocentową pewność co dzieje się z jego liderem. Podczas któregoś spotkania Gilliama z nią, Sara wkradła się do jego umysłu, po czym wzięła telefon, zrzuciła ciało, sama zbiegając z góry prawdopodobnie i zeskakując.
- "Lepiej nie myśl. Przeszkadzasz mi."
Heath właśnie zauważył, że spogląda z jakiegoś pięciometrowego robota, zwanego potocznie Mechem. Maszyna ta ruszyła się, wbijając swoją pięść w oznakowaną bazę Aqua, po czym poszła w stronę safari, tam zapadając się jakoś pod ziemię. Sara w ciele Hyacintha wyciągnęła kluczyki i poszła w stronę bazy Four Fangs.
- "Pamiętaj - jeszcze ciebie użyję..."
Po czym Heath raptownie zemdlał prosto na łóżko.

Następnego dnia wstał przerażony. Jedyna dobra rzecz w całej sprawie to to, że jego lider nie zmienił się ani trochę, tylko to Sara zapanowała nad jego umysłem. Zdawał sobie sprawę, że Sara może raz jeszcze zawładnąć jego umysłem. Mimo wszystko podszedł do stołu udając w miarę pogodnego, choć nie mógł być pogodny przy strapionej minie Josha. Po zjedzonym posiłku i skończonej higienie codziennej, do uszu dotarł głos, wtedy silny emocjonalnie jak młot pneumatyczny:
- Ekhem - chrząknął donośnie Gilliam, po czym dodał, czekając na resztę - Zapraszam na miejsca.
Gdy wszyscy się zebrali, rozpoczął przemowę.
- Jak zapewne wiecie, właśnie mija rocznica naszej działalności. W ciągu tego roku zebraliśmy ponad 210 pokemonów, między innymi Blissey EX, Dragonite Delta i wiele innych. - Heath zauważył, że Gilliam trzyma lewą rękę za sobą, jakby coś się z nią stało. - Chcę was przede wszystkim pochwalić, za wytrwałość, wyrozumiałość, cierpliwość i pełne zrozumienie celu, dla którego nasza drużyna została stworzona - Four Fangs. Jednak przejdźmy do nagród za te dokonania.
Santiago - Załatwiłem tobie dodatkową pracę w Devon Corporation. Nie musisz tam lecieć - masz Laptopa, pierwsze pudełko po twojej prawej.
Joshua - Wiem, jak bardzo chcesz być najmłodszym i najszybszym ninja istniejącym na tym świecie. Kupiłem specjalny strój i zestaw Shurikenów, abyś mógł potrenować swe umiejętności, to jest drugie pudełko.
Heath - tutaj Hyacinth poczuł, że coś się stanie, ale na chwilę obecną nie miał się czego bać. - Uwielbiasz przyrodę i książki, fascynujesz się naturą. Z tego powodu dostaniesz torebkę nasion, z której po odpowiedniej pielęgnacji wykiełkują piękne krzewy, urozmaicone różnymi jagodami oraz porady do ich hodowli, wraz z inną literaturą, wszystko w trzecim pudełku.
Charlotte - Prezent dla ciebie nie znajduje się w pudełku, lecz w oceanie, stoi zaparkowane nieopodal Lilycove. To łódź podwodna z kierowcą, gotowym wykonać każde twoje polecenie.
I jeszcze jedno... - Ruszył lewą ręką, zamykając Josha, Santiago i Charlotte w jakichś kapsułach. - ...Mam was.
Joshua próbował odskoczyć, ale jedyne, co wyszło na zewnątrz kapsuły, to cztery Balle.
A Heath stał nienaruszony. Wiedział, że pod dywanem coś się znajduje, ale jak on tam zmieścił kapsuły, to nie domyśli się nigdy.
- Co ty do cholery robisz?! Przecież oni zginą tam bez powietrza!
Lider, a raczej Ms. Corstrine uśmiechnęła się złowrogo.
- Na górze jest wentylator, powietrza będzie w nieskończoność. Chcesz wiedzieć dlaczego to robię?
- Powiedzmy... Lecz najpierw... ujawnij się Saro.
Cała reszta obecnych była zdziwiona tym, co usłyszała. W chwili zdziwienia Hyacinth zauważał kolejne rzeczy dotyczące kapsuł. Były one dźwiękochłonne od strony wnętrza i stworzone zostały ze szkła pancernego.
- Tak. To ja. Moja dusza siedzi wewnątrz tego ciała, a Gilliam, tak jak ty tej nocy, patrzy na wszystko, co się dzieje wokół mnie...
Heath stał jak sparaliżowany, słuchając kolejnych zdań ze strony Sary... głos lidera w tym miejscu sprawiał jednakże, że odnosił wrażenie straty najważniejszej osoby.
- Wczoraj w nocy zrobiłam sprawdzian na tobie... Nadałeś się idealnie... Stałeś się kolejnym moim pionkiem w tej grze... Nie masz innego wyjścia, jak tylko zrobić to, co ci rozkażę...
Uczuwał migreny tak mocniej jak dzień wcześniej, ale nie mógł zgiąć kolan.
Cała trójka uwięziona próbowała uwolnić się, a on stał jak pajac.
- Wystarczy. - w końcu przemógł się i rzekł - Dosyć twojej ekspansji, wypuść ich.
- Ahhahahahah... Zrobię to, ale jeszcze nie teraz. Najpierw...
Gilliam rzucił Heathowi pilota do kapsuł i kluczyki do Mecha, w czasie lotu dusza Sary przeniosła się z powrotem na Hyacintha. Lider stracił przytomność, jak traci ją każda osoba, z której wyjdzie dusza Corstrine, na jakiś czas. W momencie złapania kontrolek Charlotte zniszczyła kapsułę diamentowym wiertłem ukrytym w obcasie, zaś w chwili, gdy ciało Heatha poczęło akceptować nową władczyni, kobieta z Four Fangs przedziurawiła pomieszczenia z Joshem i Santiago wewnątrz.
- Uważajcie na Heatha! Tutaj jedyny efekt przeniesienia duszy z powrotem do dobrego ciała jest Heart Swap! Lecę do Sinnoh po Manaphy'ego!
Chwyciła kluczyki do helikoptera, po czym przedziurawiła stalowe poszycie namiotu i wyskoczyła przez stworzoną dziurę, biegnąc w stronę helikoptera.
- "Jako, że nie umiesz używać miecza" - Heath usłyszał głos Sary gdzieś w myślach - "To ja użyję go za ciebie."
Chwilę później ciało wyciągnęło miecz, blokując atakujących Santiago i Josha, po czym odepchnęło agresorów, jako, że ten nożyk był szeroki. Szybkim ruchem wziął Poke-balle Josha, które leżały na ziemi, a miecz schował. W tym momencie ktoś złapał mocno Heatha za ramiona. Był to ten sam chłopak, którego spotkał Hyacinth wczoraj, z tą różnicą, że lewitował i miał zamknięte oczy.
- Serdecznie panów przepraszam - powiedział sarkastycznym tonem - ale tego tutaj biorę ze sobą na kilkanaście minut. Mam nadzieję, że wróci w stanie nienaruszonym, dziękuję, do widzenia.
Po czym wyleciał z nim z namiotu.

Heath czuł każdy ból, każde uderzenie, widział wszystko, jak normalnie, lecz nie mógł ani mówić, ani się ruszyć. Wszystko robiła Sara. Pytała...
- Dlaczego jestem ci potrzebny? Po co?
Ale nie odpowiadał.
- Przecież nic nie zrobiłem!
Przy tym kłamstwie ciało dostało w twarz, aż dotarli do kwatery Teamu Aqua.
Tam słychać było wiele ciężkich do zidentyfikowania okrzyków lidera i przestraszone odpowiedzi prawdopodobnego złodzieja, aż...
- Możemy zrobić wymianę. Ten tutaj - Hyacinth wskazał chłopaka - za twoją maszynkę.
Lider przytaknął bez wahania, jakby mając jakiś plan zapasowy. Kluczyki do Mecha poleciały w stronę... na plakietce było napisane "4xI", ale to pewnie jakiś pseudonim.
Od razu po dotarciu kluczy do ręki, robot pojawił się nagle tuż obok bazy, co było dziwne... ale nikt nie zwracał na to uwagi. Lider biegł za chłopakiem, wykrzykując kolejne, niezrozumiałe teksty, aż z irytacji w stronę lidera wyleciały cztery Mightyeny. Chłopak jakoś rzucił dwa swoje pokemony, tak samo jak i ów 4xI. Po szybkim pokonaniu hien pokemony atakowały Heatha, ale ten zazwyczaj obracał się, przez co obrywał więziony przez kontrolowane przez Sarę ciało osobnik. Raz jednak zrobił takie kółko, że atak uderzył Heatha, przez co członek Aqua wyswobodził się i próbował... odlecieć?
- Nie tak prędko... Mam moc blokowania twojej mizernej mocy. - Odpowiedział Hyacinth poprzez panią Corstrine.
- Serio? To blokuj moją drugą moc - chłopak ten szybko skoczył i kopnął członka Four Fangs w twarz na tyle mocno, że ten odleciał na jakieś dwa metry. Heath czuł ten ból w pełni, niemniej jednak odczuwała go również Sara.
- Hah... hahahahah... - podnoszący się "Heath" mamrotał - Zablokowałem ci moc samym dotykiem... Tą zdolność zna tylko całe Four Fangs... Łapanie pokemonów rzadkich to przykrywka... Hahahahah. Sir, przegrywasz.
- "Saro... dlaczego chcesz zniszczyć moją dobrą reputację i mnie, psychicznie?"
- "Ja to już mówiłam. Jesteś tylko pionkiem w mej grze, więc zamknij się."
- Humph - burknął Aquas uśmiechając się pod nosem - Zrozum człowieku, że nie dysponuję jedynym Gravity Genem... Mam więcej zabawek, o których nie masz pojęcia! - Na raz wyciągnął miecz i gitarę - Może pobawimy się fizycznie? Widziałem, że flet masz... Z mieczem to samo.
Ciało przystało na warunki, wyciągając miecz.
Heatha zaskoczyło jak sprawnie Sara włada mieczem. Kiedy on używał go tylko w niewielu sytuacjach, takich jak nieunikniona walka. Teraz starał się korzystać z tego co czuje i widzi, żeby móc lepiej walczyć.
Był szturchany przez gitarę i bronił się przed atakami miecza, aż...
Stuknięcie ostrzy mieczy. Trzymali je przy sobie jakiś czas, chcąc zrobić unik ciało biegło naprzód, to samo zrobił chłopak. Następnie pociągnęło miecz w swoją stronę próbując wbić go w ramię, lecz przeciwnik zręcznie odskoczył i skaleczył "Hyacintha". Ten zaczął się śmiać.
- Tylko tyle potrafisz? Może w końcu pora wyciągnąć asa z rękawa.
Po czym wyciągnął flet, zagrał znaną umysłowi Sary melodię nie zatykając nawet dziurek, przywołując tym samym dwa sześciometrowe, gigantyczne robale obok siebie.
- O butelka... - rzekł chłopak na widok ślepych bestii.
Pstryknięciem tylko Heath spowodował, że bestie wyprężyły się i zaczęły atakować członka Aqua.
Ten zaciekle bronił się przed atakami. Na niewiele jednak się zdały, musiał oddalić się od nich.
- Dobra. Skoro bawisz się stworzeniami, to pora wyrównać stawkę. - Rzekł praktycznie niewzruszony, pomijając drobną wściekłość.
Pojawił się Raichu, Espeon, Swampert, Crobat, Breloom, Houndoom, kolejny Raichu, Zapdos... i wiele innych. Potem doszły Horsea i Trapinch.
- Wszyscy - walcie w te dwa wielkie Weedle. Zapdos i Spearow - wzlećcie i uderzajcie czym możecie w tego po lewej, Crobat w tego po prawej. - Heath usłyszał w tym głosie wiarę w siebie. I nie przesłyszał się. Chłopak naprawdę wierzył w to, co robi.
Sara była zmuszona do kolejnej walki mieczami, a Hyacinth, nie chcąc na to patrzeć, zamyślił się, jakby unikając myślenia o tym co widzi. Chciał jej przeszkodzić za wszelką cenę.
- "Zastanawia mnie skąd w takim wieku chłopak umie tak świetnie walczyć mieczem, dodatkowo katanę obsługiwał jedną ręką, a swoją gitarę, zapewne do praktykowania gry na niej, wykorzystywał jako kolejną broń. Dziwi też fakt, skąd wynalazł tyle pokemonów..."
- "Czy ty się w końcu zamkniesz?!"
- "Nie. Walcz sobie. Rób co chcesz. Ja i Four Fangs będziemy żyć ze świadomością, że to nie moja wina."
- "A czyja? Na pewno nie moja, że twój umysł daje mi prosty sposób załatwienia spraw."
- "Nie ja sam sobie umysł nastawiałem..."
Z myślenia wyciągnął go ból spowodowany uderzeniem w drzewo z dość mocnym impetem.
- Dwa. Jeszcze jedna taka akcja i kończę grę fair play.
Heath z ciekawości oglądał co się dzieje. Sytuacja jednak nie wyglądała najlepiej.
Obydwoje byli potwornie zmęczeni. Popełniali błędy z wyczerpania, czasem naprawdę idiotyczne, jak np. odsłonięcie serca chłopaka do ataku, czy odkrycie szyi u Hyacintha. To jednak członek Aqua wykorzystał, wbijając miecz w gardło.
Dusza członka Four Fangs czuła wyraźny ból, potężny tak, że chciałoby się krzyknąć. Sara jednak dalej robiła to, co zwykle - Mało tego, że żyła; miała się dobrze.
- Trzy. Jak już mówiłem, koniec zabawy - Heath, klęcząc wręcz syczał - Fuse Synth!
Wzleciał do góry, jakby ktoś ciągnął go na linach i... połączył się z robalami.
- I co teraz zrobisz?! - krzyknął głosem potwora, chwytając gitarę i niszcząc ją w rękach chłopaka.
Ten pochylił głowę. Gniew był ewidentnie widoczny. Nie dało się tego nie zauważyć.
- Na tym świecie moje kawałki życia tkwią w różnych miejscach. - Mówił na tyle głośno, żeby Heath mógł usłyszeć. - W matce, ponieważ to z nią żyłem kilka pierwszych lat, to dzięki niej tu jestem... W Raichu, moim najlepszym przyjacielu z dzieciństwa, z którym zżyłem się cholernie... Z Teamem Aqua, mimo posiadania zadziwiającej ilości leniwców pospolitych, to świetna drużyna... Z moimi pokemonami, ciężko trenującymi... Z mieczem, moim najlepszym do obrony tuż obok nieużywanych już od roku pistoletów... I z tym, co zniszczyłeś chwilę temu... Z moją gitarą. - Tu podniósł głowę - A co jakbym tak wymordował całe te twoje Four Fangs, wypuszczając Aqua, by zgwałcili i zabili damską jego część, a męską wykastrowali?! Co jakbym wziął twój flet, miecz, dał do obsługi matce, która przecięłaby cię na śmierć?! Co gdybym ciebie całego dał do dyspozycji mojemu Raichu, który załatwiłby ciebie jednym butelka piorunem?!
- Nic. Mnie się nie da zabić. Mój umysł jest w każdym stworzeniu, jakie jestem w stanie wyprodukować. Zrobić to mogę i bez fletu, ale na chwilę obecną mi to niepotrzebne. Four Fangs? Kpisz chyba. Żaden z nas nie interesuje się inną osobą. ŻADEN powtarzam.
Heath chciał zapłakać. Sam takiego czegoś nigdy by nie powiedział.
- "Dlaczego kłamiesz?! Dlaczego nie możesz choć raz walczyć uczciwie?!"
- "Bo mnie nie interesujesz."
- Co nie oznacza, że możesz bezkarnie niszczyć część mojego życia! - W tym momencie chłopak jakimś cudem wzleciał tak, jak i Hyacinth chwilę temu. - Pomszczę go, choćby był to tylko przedmiot! Możesz być rozmiarów dobrze wytrenowanego Tyranitara, ale gówno mnie to obchodzi! Nie zamierzam spieprzać!
Członek Four Fangs znał ten lot. Członek Aqua miał zamknięte oczy. Z umysłu Sary przeczytał, że ta technika zwie się... Gravity Gen.
Heath tkwił w szoku po tym, jak jego ciało połączyło się z potworami.
- "Jak to możliwe? Saro, skąd to znasz?"
- "Jak już mówiłam... Zamknij się."
Wiedział, że to udawanie, że to na nic. Próbował więc przeszkadzać dalej widząc, że ewidentnie gorzej walczy jej się w tej formie.
- "Odpowiedz mi na pytanie. Wtedy może coś osiągniesz."
- "Jesteś cholernie upierdliwy. Nie wiem po co ci to, skoro nie wyjdziesz stąd żywy."
- "Jak nie? Myślisz, że Four Fangs nie będzie próbowało mnie z tego wyciągnąć? Mylisz się."
- "Nic nie będzie miało do tego, jeśli zabiję cię własnymi rękoma. Prawdopodobnie dlatego, że będzie już za późno. Mogę zabić się w każdej chwili, a razem ze mną zginiesz i ty. Ale jeszcze mi się przydasz, jako że ty jedyny prócz tego idioty Gilliama możesz mieć dwie dusze w jednym ciele."
Sara i Heath, jako, że siedzieli w jednym ciele, byli potwornie zmęczeni. Odczucie bólu występowało w dokładnie każdym miejscu. "Ręce", niedługo później cios w oko, drugie oko i plecy.
Monstrum pokonane. Ale nie to było najważniejsze. Nim padło, wyrzuciło chłopaka gdzieś daleko z potężną siłą. Gdy leciał, nie dysponował Gravity Genem, więc nie mógł zamortyzować upadku. Prawdopodobnie nie żyje.
Gdy już Sara była na ziemi, wróciła do postaci Heatha i pomaszerowała do bazy...

Na miejscu czekała na nią pułapka. Przed Hyacinthem znajdował się Manaphy, za nim Charlotte i Santiago trzymający ciało Sary.
- Heart Swap! - krzyknęła właścicielka legendarnego pokemona, celując w zamianę duszy Sary na nic.
I, na szczęście, udało się. Heath jedynie zemdlał... Sara jednak uciekła.
--------------------
Z drzew wyskoczył Joshua, zdyszany próbą nowego kostiumu.
- O... - powiedział wyraźnie zasmucony Hyacinth - Witaj...
- Nie wiem po co ci ta smutna mina, przecież wszystko jest dobrze, wszystko skończyło się tak, jak powinno.
- Nie. Nie wszystko. Do naprawienia zostałem jeszcze ja.
- Jak to? - zdziwił się Josh.
- Zauważyłeś, że Gilliam, od czasu, kiedy powiedział o rzekomej śmierci Sary, nie ma cienia? Tak samo jak i ja. To jest jedyny znak, że ktoś inny mieszkał przez jakiś czas w moim ciele. To znak, że jestem podatny na takie włamania...
- Co się stało to się nie odstanie. Trzeba żyć!
- Tak, ale najpierw trzeba zapobiec temu, co się stało przez to, że jestem słaby.
Chłopak podszedł i podał rękę.
- Więc nie chowaj się w cieniach, bo w samotności będziesz jeszcze słabszy.
Heath po tym stwierdzeniu miał łzy w oczach. Joshua przypomniał mu chłopaka, z którym walczył.
- O, jest jeszcze coś, o co chciałem spytać.
- Tak, Heath?
- Jak to się stało, że Santiago znalazł ciało? I skąd ten Manaphy?
- Cóż, Charlotte leciała aż do Sinnoh, żeby go zdobyć. A ciało znaleźliśmy wspólnymi siłami. Najpierw rozmawiałem z Charlotte, kiedy ona była w drodze powrotnej, ustalając z tego, co robiłeś i mówiłeś, gdzie może być ciało, po czym Santiago po nie poszedł wiedząc, że ja go nie dam rady unieść.
- I jeszcze jedno. Gdzie znaleźliście Sarę?
- Gdzieś koło Slateport, przypadkiem. Próbowała się zamaskować w tłumie, ale jakoś ją wypatrzyłem. Gdyby nie to, pewnie by uciekła. - Chwalił się, co było właściwie normalną reakcją.
- Dobra, postanowiłem. Wrócę do was, ale...
- Ale co? - Chłopak się niecierpliwił.
- Ale najpierw muszę coś jeszcze zrobić, żeby nie czuć się winny za to, co zrobiłem... Idź do bazy i powiedz, że gdzieś za godzinę będę.
- Zrobi się.
Po czym Heath wstał i, mimo deszczu, poszedł bez żadnego nakrycia. Z kieszeni wyjął parasol, który dał Joshowi i zniknął bez śladu.
Nie wiedział co ma zrobić z rękoma podczas marszu. Pozwalał więc, by wiatr i deszcz nimi kierowały.
W myślach cały czas znajdowały się dwie osoby. Ten jeden chłopak... i jego własny lider.
Do tego pierwszego zmierzał teraz. Z drugim porozmawia później...
Nie mógł patrzeć na Mt. Pyre. Nie mógł patrzeć na Safari. Nie mógł patrzeć na zniszczony płot przed nim. Ogółem - nie mógł patrzeć na scenę walki.
Szedł więc z przymkniętymi oczyma. Wiedział, że i tak nikt tędy nie będzie przechodził.
- Heath - usłyszał kobiecy głos - gdzie idziesz?
Odwrócił się. Za sobą ujrzał Charlotte. Ona najdłużej przemogła się do tego.
- Idę przeprosić. Chyba w dobrą stronę, bo do Lilycove.
Wyraźnie stała w niedobrym humorze. Czymś poruszona, jakby.
- Nie wiem co zamierzasz robić. Ty nie masz za co przepraszać. Przecież nic nie zrobiłeś. Myślę, że zrozumie jak opowiesz mu całą historię.
- Może. Spróbuję.
Przed Lilycove zaczął padać grad.
- Czujesz to, Charlotte? To oznacza - stwierdził Heath - że będę pod gradobiciem. Nawet w pomieszczeniu.
- ...Pytań. Więc rób co stosowne... Tylko nie zniszcz kompletnie swojej psychiki...
Po czym odeszła, zostawiając Hyacintha u bram Lilycove.

Pukanie u drzwi lidera Teamu Aqua, 4xI.
- Proszę wejść.
U progu pojawił się Heath. Wywołało to dość mocną konsternację złości i irytacji u właściciela kwatery. Bez słów chwytał już za nóż myśliwski.
- Przepraszam, że tu przychodzę... Ale chcę się poddać.
Nagle stanął... Jednak ciągle sapał ze wściekłości na widok Hyacintha.
- Mam tylko jedną prośbę. Wysłuchajcie, proszę, co mam do powiedzenia. Wiem, że traktujecie mnie teraz jak wroga... Ale możecie mnie nawet zakuć w kajdany, to samo zrobić z nogami. Nie mam złych zamiarów.
Pierwszy raz lider się odezwał.
- ...Słucham.
- Nie, nie to miałem na myśli. Usłyszeć to musicie obydwaj. Pan i... ten chłopak. Nie wiem jak mu nawet na imię.
- Konkushi... Hagamine. Prawie nie żyje. Jeśli naprawdę nie masz złych zamiarów, to prawdopodobnie na jego widok mimowolnie opadniesz na kolana jak tylko go zobaczysz...
- Dobrze. - Odpowiedział Heath. Naprawdę źle się czuł przez to, co Sara wyprawiała z nim. - Muszę coś wyjaśnić.
- Idź przede mną. Mam cię na oku.

Piętro szpitalne, tymczasowa kwatera Hydromancera Teamu Aqua, Konkushi'ego "Brassraina" Hagamine.

Konkushi siedział na łóżku z nogami przyciągniętymi do siebie. Jedyną częścią ciała, jaką mógł poruszać, były ręce. W ręku trzymał pilnik i wycinał rękojeść swojego miecza. Jego głowa i klatka piersiowa były w całości oklejone gipsem i obwiązane bandażami. Jedyną formą komunikacji było pisanie na syntezatorze mowy. Cudem było, że widział i słyszał.... i żył.
Heath bał się wejść do środka. Patrząc na to, jaką krzywdę wyrządziła mu Sara...
- Wejdź proszę. Nie interesuje mnie czy masz złe zamiary, po prostu wejdź i powiedz co masz do powiedzenia. - Powiedział elektroniczny głos z małych głośniczków obok głowy chłopaka.
Hyacinth wszedł, ale po pierwszym kroku uklęknął i zapłakał żałośnie. 4xI zamknął drzwi, po czym ominął go i usiadł na krześle obok łóżka.
- Na początku... - próbował powstrzymywać łzy, ale nie wychodziło mu - ...Chciałem przeprosić. Wprawdzie... wprawdzie w małej części to jest moja wina, ale wrażenie jest, jakby była moja w pełni...
Obydwoje milczeli. Heath kontynuował.
- Zwłaszcza ty, Konkushi, powinieneś usłyszeć tą historię...
Four Fangs naprawdę postało, by łapać wyjątkowe pokemony. Jednego jednak dnia nasz lider zakochał się w kobiecie o imieniu Sara Corstrine. Spotykali się w takich miejscach, gdzie nikt z nas nie miał dostępu. Raz jednak... Gilliam, bo tak nazywa się stwórca Four Fangs, powiedział nam, że Sara miała zawał serca. Spotkali się wtedy na Mount Pyre. Poszedłem tam i sprawdziłem - Sara była w śpiączce, jakby nie miała duszy... Później okazało się, że dusza Sary przez długi czas była w ciele naszego lidera. To on dał mi tego Scythera... Nie miałem pojęcia, że miał cokolwiek wewnątrz... Kiedy zaś przyleciałeś po mnie... Dusza Sary była wewnątrz mnie... Przeszukując dokładniej natrafiłem na dziwny ślad... Ta kobieta była z Team Rocket.
Konkushi przypadkowo kliknął na klawiaturze wykrzyknik. Dał tym samym znak, że obudziło to w nim coś.
- Kontynuując... Sara miała zdolność przerzucania swojej duszy na inne ciało. Te ciało potem było pod jej kontrolą... Tak było z Gilliamem przez ten czas... I tak było, kiedy chwyciłeś mnie z pytaniem o Mecha... Całe Four Fangs to potwierdzi. To dobrzy ludzie...
Chłopak na łóżku zapłakał.
- Przecież - mówił 4xI - żaden człowiek nie ma takich zdolności! To nie jest możliwe!
- Uspokój się Mill - chwilę po jego wypowiedzi zabrzmiała elektroniczna maszyna - Ja wiem co się mogło stać. Prawdopodobnie jakiś Admin czy ostry fanatyk Teamu Rocket znalazł maszynę, którą sklonowano Karen i Agathę.
- Karen była klonem? Widziałem kiedyś, chyba pół roku temu - wspominał Heath, nadal jednak ze smutnym spojrzeniem - jak walczyłeś z nią. Byłem wtedy między drzewami, mieliśmy złapać tam, na tej drodze, kolejnego pokemona.
- Tak - rzekł syntezator mowy - wiem to z opowieści Karen. Ale... Wiem, że nie po to przyszedłeś. Ja... - Tutaj przerwał, jakby ręce odmawiały mu posłuszeństwa - Wierzę ci. I wybaczam.
Heath płakał klęcząc na ziemi. Nie wiedział co miał powiedzieć. Jednak ktoś inny już wiedział.
- Brass - powiedział lider Aqua - Zwariowałeś?! Ta historia nie trzyma się kupy.
- Dlatego właśnie mu wierzę. Moja historia przecież też niczego się nie trzyma...
Konkushi położył ostrze i pistolet z odciętą rękojeścią na biurku.
- Mill. Weź tą rękojeść od miecza i to, co odłożyłem przed chwilą, zanieś do techników i powiedz, żeby połączyli ten miecz i pistolet tak, żeby obydwie te bronie działały. Nie chcę Gunblade, chcę pistolet i miecz w jednym. Na pewno coś wykombinują.
4xI wziął wszystko i wyszedł z pokoju.
- Zgaduję, że ty chcesz wyjść już, tak? Pomogę ci, żebyś nie musiał czuć wrogości Aquasów. - Wyjął Balla z Zapdosem z szuflady i wypuścił pokemona za oknem. - Usiądź na parapet, on cię bezpiecznie usadowi na ziemi.
- Tylko.. jeszcze jedno. Jeśli jest coś, co będę mógł dla ciebie zrobić... to twoje życzenie będzie dla mnie rozkazem... - Rzekł Heath, z mieszaną twarzą. Cieszył się, że wierzą mu, ale smucił, że chłopak musi być w takim stanie.
- Właściwie jest jedna taka rzecz... Otwórz szufladę, wyjmij z niej Balle z Trapinchem i Horsea, po czym weź tego pustego z miejscem na Zapdosa... I trenuj je, bo ja już nie mogę.
- Dobrze. - Powiedział niezbyt szczęśliwy już Hyacinth... - Do widzenia...
Po czym usiadł we wskazanym miejscu, a legendarny ptak postawił go na ziemi kilka pięter niżej.

[Obrazek: fjpxk3.png]
Gallery
Hyacinth's Saga, druga moja pisana Saga w życiu.
Serre's Cardhouse
Mój have/want
Odpisz
 Cherish Balle podarowali: Dawcio
19.08.2010, 8:14 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.01.2011 8:09 przez Serre Champagne Quadro.)
Post: #3
RE: Hyacinth's Saga
Brand new life.

Heath stał, jakby sparaliżowany, nie wierząc temu, co się działo przed chwilą. Czuł się jak po nauczce od losu. Nie potrafił zrobić kroku w przód. Mimowolnie padł na kolana i płakał dalej.
- "Dlaczego los zgotował, mi i jemu, coś takiego...? Dlaczego Team Rocket tak się na chłopaka uwziął, że używają nawet kontroli czyjegoś umysłu, żeby go zabić? Dlaczego..."
- Ten Brass... On i jego niezłomne i ciepłe serce...
Odwrócił głowę w stronę, z której usłyszał głos. Ujrzał 4xI.
- W-witaj...
- Ja tobie nie wierzyłem - mówił lider Aqua, nie zważając na jego powitanie - jednakże uwierzył tobie Konkushi. Skoro on uwierzył, nie mam podstaw by nie wierzyć trafnemu i młodemu umysłowi.
- ... - Hyacinth milczał, słuchając, co do powiedzenia ma Mill.
- Zdziwiło mnie jak spostrzegłem, że pracuje. Każdy ruch ręką powodował u niego zazwyczaj potworny ból. Po upadku do wody życie jego było utrzymywane przez Gravity Gen, którym dysponował. To była wtedy jedyna jego energia, zdolność ta zmieniona została w moc, która na sedce działała jak na śpiącego kawa, nie wspominając o chwilowej renenercji tego narządu i o stałym uzupełnianiu krwi z kosmosu wręcz.
- Panie 4xI... A przez ten czas nie zastanawiał się pan skąd u niego taka zdolność? - zapytał Heath wstając i chowając Zapdosa do Balla.
- Nie miałem czasu.
- Ja mam pewną teorię... Sądzę, że ktoś przy nim kiedyś majstrował laboratoryjnie, prawdopodobnie Rocket.
- Tylko po co?
- Strzelam, że chcieli go zabić. Jako, że im się nie udało, a efektem ubocznym była ta zdolność, zostawili go... Z uwagi na to, że nie mieli już czasu i okazji.
- To ma trochę sensu... Ale dlaczego zabić? - Nagle posmutniał i wkurzył się.
- Nie mam pojęcia...
Grad skończył się, zza chmur słońce oświetliło drogę przed odchodzącym Hyacinthem. Mill zapytał o jeszcze jedną rzecz:
- ...Dlaczego nie masz cienia?
Członek Four Fangs stanął i odwrócił głowę w stronę pytającego:
- To ślad po obecności Sary we mnie.
Po czym wolnym krokiem odszedł w stronę wyjścia z miasta.

Podczas spaceru w kierunku ruin, gdzie miała być baza Four Fangs zastanawiał się co teraz powinien zrobić.
- "Wiem jedno... Nie opuszczę przyjaciół. Sumienie jednak wie też swoje mówiąc, że nie mogę zostawić tego chłopaka. O ile powrót do Four Fangs nie będzie trudny, to nie wiem co potrafię uczynić, żeby pomóc i ucieszyć Konkushi'ego, żeby zrehabilitować się... Nie mogę też pozwolić, żeby Team Rocket robiło co im się żywnie podoba..."
Stanął przed wzgórzem łamiącym zasady matki natury, gdyż pod nim była trawa, a nad nim znajdowała się już pustynia. Heath czuł piasek pod stopami. Rozpędził się i wbiegł na samą górę. Wpadł na pomysł.
- "Może będzie możliwość poprosić ich o pomoc? Nie mogę się przecież rozdwoić..."
Gdy tylko o tym pomyślał, pobiegł w stronę bazy. Wprawdzie zbyt szczęśliwy nie był na tą myśl, ale nie miał innego wyjścia... Albo miał. Nie mógł przecież spowalniać całej drużyny.
Wszedł więc z niewesołą miną do środka stalowego namiotu...

Trochę się zmieniło. Dziura po lewej była zasłonięta szafką przeniesioną z przeciwnej strony namiotu. Resztki po kapsułach były wyciągnięte, zostawiając jednak dziury w dywanie, które z kolei zasłoniły stół i krzesła.
Od progu Hyacintha powitali wszyscy z nienajgorszą euforią, budząc nostalgię i łzy wzruszenia. Później jednak te łzy wzruszenia sprawiły, że przypomniał mu się Konkushi. Na myśl o nim przybysz padł na kolana nie mogąc ukryć łez. Po raz kolejny...
- Coś się stało...? - zapytał Gilliam, wiedząc, że niedługo dostanie nieszczęśliwą odpowiedź.
- Konkushi, bo tak mu na imię... Jest cały w gipsie, prócz rąk. Jednak i te sprawiają przy jakimkolwiek ruchu ból nie do zniesienia... Nikt nie wie jak to możliwe, że jeszcze żyje... Upadek z pięciu i pół metra i uderzenie w taflę wody... Nie może mówić, pisze na syntezatorze mowy, żeby się z każdym porozumieć...
Reakcją było milczenie, oznaczające współczucie.
- Liderze - mówił dalej Heath - Mógłbym na jakiś czas wziąć czas wolny, by się opiekować tym chłopakiem...? Zasługuje na to po tym, co zrobiła mu Sara... jednak z mojej ręki...
- Oczywiście... Będziesz mógł nawet brać innych do pomocy.
Wszyscy w tym momencie podali mu rękę. Santiago dodatkowo jeszcze powiedział coś, co przypomniało Hyacinthowi, że wszyscy oni są jedną rodziną.
- Rodzeństwo w twym domu zawsze pomoże. Pamiętaj.
- Dziękuję... Raz jeszcze.

Następnego dnia...

Na początku Heath myślał, że takie trenowanie pokemonów to nic trudnego. I miał rację. To nigdy nie jest niczym trudnym...
...Jednak wyzwaniem dla niego stało się pogodzenie misji Four Fangs z dobrowolną pomocą Brassrainowi. Pomyślał o zorganizowaniu dnia, każdego z osobna, tak by rozdzielał po równo obydwa te zadania... Ale do dobrego wypełniania swojego zadania jako członka nieoficjalnego stowarzyszenia wyspecjalizowanego w łapaniu pokemonów innych niż wszystkie brakowało mu jeszcze jednej rzeczy. Niestety, nie wiedział gdzie jej może szukać.
Chodziło o urządzenie przekazujące sygnał radaru bezprzewodowo do każdego z drużyny. Dzięki czemu mogliby załatwiać swoje własne sprawy, przy okazji pilnując pokemonów. Praca byłaby jakieś sto razy przyjemniejsza. W tym celu Hyacinth poprosił lidera o rozmowę w sprawie swojego pomysłu.
Kiedy tylko opowiedział o całym pomyśle na rozwój i zapytał czy to możliwe, dostał odpowiedź.:
- Od początku zastanawiałem się nad tym. Niestety nie mogłem go zrealizować przez... wiadome wydarzenie. Ale, na szczęście, projekt jest na ukończeniu. Lada dzień będzie gotowy. Jedyne co zostało do zrobienia to coś, dzięki czemu będzie można przyczepić to do ubrania, zapiąć na ręku czy coś. Wydaje póki co charakterystyczny dźwięk, kiedy radar coś znajdzie i pokazuje na ekranie lokalizację napisaną grubymi, pikselowymi literami.
- Przydałoby się. Czy można tą maszynę... skopiować? Będzie mi potrzebna, inaczej nie dam rady wypełnić dwóch rzeczy na raz. - odrzekł poprawiając monokl Heath.
- Doskonale cię rozumiem i zawsze doceniałem za twoją determinację... jednakże - przerwał widocznie z ciężkim sercem - trochę musisz poczekać. Do jutra powinienem skończyć. Póki co nie musisz dziś wypełniać swojej części. W zamian za to osoba, która pójdzie sama, weźmie więcej pokemonów ze sobą.
- Dziękuję za tą chwilę czasu i pozwolenie... Tak więc muszę poinformować, że dzisiaj wrócę do bazy dopiero na nocleg. - odpowiedział na wydechu Guaronni; poszedł pożegnać się z przyjaciółmi, a następnie wyszedł z bazy.

Gdy dotarł zauważył spacerującego po szpitalnym piętrze 4xI. Powitał go tylko smutnym skinięciem głowy, prawdę mówiąc bał się go jak człowiek śmierci... Może trochę mniej, ale nieznacznie. Przypomniał mu się moment, kiedy po wejściu do kwatery lidera Aqua ten od razu wyciągnął nóż i był gotów w jednej chwili znaleźć się tuż obok sprawcy mocnego uszczerbku na zdrowiu fizycznym chłopaka.
Grzecznie zapukał, po czym przycisnął mocniej klamkę od drzwi. Odpowiedziała mu cisza, oczy jego ujrzały Hydromancera z pędzlem w ręku, malował maskę.
- Witaj. - Heath tym razem nie okazywał potężnego smutku, jaki w nim drzemał. Kiedy tylko patrzył na stan spoczywającego na łóżku chłopaka, dostawał gęsiej skórki i zastanawiał się jak będzie wyglądać po kilku miesiącach, kiedy już zdejmą ten gips.
- Hej. - Przerwał malowanie, odkładając na szafkę obok łóżka kawałek plastiku z dziurą na oczy i usta oraz wypukłością na nos oraz przedmiot malarski, jakby chcąc z nim porozmawiać. - Wiesz, muszę pokazać ci kogoś. Wyjmij Balla z sercem na nim.
Zdziwienie Hyacintha było niemałe, gdy z kuli wyszedł Spearow.
- Przepraszam, iż śmiem zapytać... ale czemu siedzi on w Pokeballu ozdobionym symbolem miłości?
Konkushi zatrzymał ręce, dając im odpocząć po pracy, po czym napisał:
- Bo go kocham. Gdyby nie ten piękny ptak pewnie bym nie żył.
- Jak on mógł uratować twoje życie?
- Znalazł mnie jako pierwszy. Szybko zawołał Zapdosa i Crobata, we trójkę przeciągnęli leżące na wodzie moje ciało w kierunku lądu, po czym pozostała dwójka poleciała w kierunku Milla, a on mnie obudził.
Członek Four Fangs zauważył, że łączy ich wspólna cecha - traktowali pokemony tak, że te potrafiły się odwdzięczyć. Uśmiechnął się wzruszony, głaskając po pierzu ptaka siedzącego aktualnie na ramieniu Brassraina, niczym na dorodnej, białej brzozie. Jednak spostrzegł w tej wypowiedzi również coś nienaturalnego.
- Skąd wiesz, że tak było? Powiedział ci?
Leżący na łóżku z pewnością z uśmiechem na ustach kiwnąłby głową. Nie mógł niestety, więc z głośników dobiegła jedynie bezuczuciowa odpowiedź.
- Można tak powiedzieć. Raichu, ten tutaj - chodziło mu o siedzącego pod sufitem towarzysza, na szafie po jego lewej - zna telepatię. Jednakże jedyną osobą, z którą może skontaktować się, jestem ja. Przydatna zdolność... Była...
Heath, widząc, że Aquas wspomina czasy szczęścia, chcąc uniknąć ewentualnych łez zmienił szybko temat.
- Co do tej maski... pozwolisz, że skończę ją malować? Tu i teraz?
- Możesz spróbować. Pewnie będę musiał to poprawić, ale patrząc na ilość czasu pozostałego do wyleczenia i na to, że mam pełno tych masek w szufladzie...
Hyacinth wyrzucił Balla z Shiny Smearglem.
- Wziąłem z bazy, bo i tak by się nie przydał im taki pokemon. Mają wiele potężniejszych do łapania. Smeargle, dokończ malowanie.
Stworzenie chwyciło za swój ogon i delikatnie wzięło się do pracy. W czasie gdy to się stało... Do pokoju weszła kobieta. Na oko wiek około czterdziestu lat. Podobnie jak Heath dzień wcześniej padła na kolana i płakała, jednak otrząsnęła się dużo szybciej i się przytuliła do niego.
- Synku... Co ci się stało... Kto ci to zrobił...?
Brassrain bez chwili zastanowienia odpowiedział, uspokajając tym samym niespokojnego widocznie pana Guaronni.
- To Team Rocket. Znowu...
Łzy matki spadały bezpośrednio na gips na klatce piersiowej. Mimo wszystko, wszyscy siedzieli w milczeniu przez krótszą chwilę.
Gdy matka nieco się uspokoiła, zauważyła nieznajomego siedzącego po drugiej stronie łóżka.
- A pan? Kim pan jest? - mówiła zapłakanym głosem - I co pan tu robi?
- Heath "Hyacinth" Guaronni... - odrzekł smutny cicho - można rzec, że po części też winowajca, bo to moje ręce pozostawiły go w takim fizycznym stanie zdrowia.
Gdy kobieta chciała potraktować rzekomego winowajcę siarczystą porcją sumiennych słów, uspokoił ją leżący na łóżku Brassrain:
- Może i jego ręce, ale nie jego umysł, który te kończyny kontrolował. Mówiłem przecież, że sprawcą jest Team Rocket, nie kłamałbym.
Matka ze łzami w oczach wróciła do swojej łagodnej osobowości.
- Synku... czegoś ci potrzeba? Mogę coś dla ciebie zrobić?
Po zastanowieniu się syntezator mowy wyskrzeczał:
- Wolę rozmawiać w cztery oczy niż w więcej niż cztery, wybacz... Najpierw chcę skończyć to, co zacząłem.
Siedząca przy łóżku kobieta cicho opuściła pokój. Heath zauważył, że za drzwiami pilnował wszystkich 4xI.
- Wracając... - szybko zagadał gość - Czy chciałbyś poznać resztę Four Fangs? Oczywiście nie wszystkich od razu, ale jednego po drugim...
- A mogę się zapytać - odpowiedziały elektronicznie głośniki - kto znajduje się tam?
Hyacinth uśmiechnął się, gdy usłyszał zainteresowanie. Nie mógł go jednak poznać po głosie. Wtedy zauważył, że gips i syntezator mowy miały swoje drugie funkcje. Zaprawa na ciele, lecz przede wszystkim na twarzy, maskowała nastrój i emocje, podobnie jak elektronika, dzięki której się porozumiewał, ale także wyraz twarzy, całkowicie niwelując komunikację niewerbalną z jego strony. Pokerowa twarz w najczystszej postaci... Mimo wszystko, zaczął opowiadać:
- Lider nasz zwie się Gilliam Garcia Frequenne. Jest to człowiek o istnie boskim charakterze. Mówię tak, ponieważ w jego słowach, przynajmniej w moim odczuciu, słychać tylko dobroduszność, poszanowanie, dobroć... Jest dla mnie jak ojciec, najlepszy jakiego mógłbym mieć. Poza tym, świetnie orientuje się w świecie Pokemonów. Jako pierwszy do drużyny dołączył Santiago Shacky...
Brassrain przerwał, przypomniawszy sobie coś.
- Chwila. Znam skądś te imię. On kiedyś był w Team Aqua?
- Mówił, że tak... Że najpierw był piratem, na jednym ze statków na oceanie nauczył się walki wręcz i toporem, potem był w Aqua... Teraz jednak nie widziałem u niego żadnej broni... Mniejsza o to. Santiago to hazardzista i businessman. Szczerze mówiąc nie widziałem jeszcze człowieka grającego w gry karciane o Pokemony. Zawsze nosi walizkę z kopią każdego istniejącego dokumentu. Ma ich pełno zapisanych na swoich płytach. Zapewnia nam praktycznie wszystko, co da się kupić czy ustalić. Poza tym, świetny przyjaciel, często wspomagający radą. Następnie... Joshua Paralline. - W tym momencie Konkushi zareagował na nazwisko, jednak nieznacznie. Heath tego nie spostrzegł. - Młody, bo 13-letni ninja, wypełniony po brzegi emocjami. Niewiele mogę dodać... Na koniec zostało wspomnieć o Charlotte McGravie, córka Berrymastera z Hoenn.
- Współczuję jej. - przerwał Hagamine - W walce mojej z klonem Karen zniszczony został przecież domek jej ojca.
- Tak, zauważyłem, ale jej nie mówiłem. Poza tym, teraz mieszka w innym miejscu, bliżej natury. Ale wracając.. Charlotte stanowi centralny filar istnienia Four Fangs. Wspomaga nas chyba nieskończonymi funduszami. Udaje twardą kobietę, niezłomną... Jednakże jak stanie się coś poważnego, zazwyczaj pokazuje nieco mniej emocji niż Josh... To wszyscy.
Po namyśleniu się członek Aqua leżący na łóżku rzekł do Heatha:
- Mam prośbę. Nie przyprowadzaj tu na razie Josha... Nie chcę, żeby mnie widział w tak drastycznym stanie.
- Dobrze. Więc kogo chciałbyś zobaczyć?
- Nie wiem. Ty wybieraj... Można spytać, czy ta maska jest już gotowa?
Guaronni spojrzał na Smeargle. Zauważył, że ten skończył chwilę temu.
- Tak. Proszę, oto ona. - Była złotego koloru, z niebieskimi wzorami wokół oczu i na policzkach. Na czole widoczny był symbol Teamu Aqua, a na brodzie białym kolorem trzy faliste linie, symbol morskich fal. Wokół ust można było spostrzec czarną, cienką linię, ledwie jednak widoczną.
- Dziękuję, jest ładna, ale pozwól, że przymierzę ją później, kiedy już nie będzie gipsu...
- Oczywiście. Ja tymczasem już wyjdę, bo - znając życie - twoja matka nie lubi czekać.
- Dobrze, zrób jak uważasz. Do widzenia.
Heath na koniec spotkania ukłonił się. Po wyjściu kobieta zmierzyła go zimnym wzrokiem, który czuł na sobie członek Four Fangs, jednak musiał to przetrzymać. Wyszedł z bazy i skierował się w stronę siedziby własnej drużyny.
- "Smutnym jest, że w tak młodym wieku już musi cierpieć. Ale, cóż. Los nie usłucha ludzi..."
W tym momencie zerwał się silny wiatr. Jakaś gazeta wzleciała i natrafiła na przeszkodę, w postaci ręki Hyacintha. Tam się też zatrzymała. Mężczyzna wziął ją do ręki, sprawdzając datę. 23 sierpnia 2010... Czyli dzisiejsza. Zaczął więc czytać.
Na pierwszej stronie obszerny artykuł... "Team Rocket opanował Johto Elite Four!"
Szybko zwinął gazetę i pobiegł w stronę swojej kwatery jak najszybciej mógł.
Filiżanka stoi na stole. Wewnątrz ciemna niczym przeszłość pewnego młodego człowieka znajdującego się w łóżku kawa. Doprawiona śmietanką i dziesięcioma łyżkami cukru.
Filiżanka biała, z porcelany. Jej wzór na boku do złudzenia przypominał legendarnego smoka, przesiadującego w Sky Pillar. Z naczynia tego damskie usta, urozmaicone działaniem szminki, zasięgnęły łyka ciemności z dodatkiem słodkości.
Ciemność miała nadejść. W postaci ludzkiej. Nie do tej osoby, acz do innej czwórki. Elitarnej, dokładnie mówiąc.
"Lance, Will i Bruno zaginęli po napaści Rocketów. Karen, zgodnie z relacją naocznego świadka, została porwana przez samą drużynę. Czy to Giovanni atakuje, czy jego następca?"

Charlotte rozkoszowała się kawą. Była sama w bazie. Josh i Santiago wyruszyli odpowiednio na Mirage Island i Sootopolis. Gilliam chodził tu i tam, aby sprawdzić przenośny radar.
Radar obecny w bazie dawał chwilę wytchnienia kobiecie. Nie spała 2 dni przez wydarzenia, które niedawno się działy. Pamięta je lepiej niż taśma w magnetofonie w idealnym stanie.
Patrzyła ślepo w ścianę. Heath, przyjaciel jej, przez jakiś czas był opanowany przez demona. Widział to wszystko, co "demon" uczynił, czuł wszystko. Współczuła mu z głębi serca i gdyby mogła, zastąpiłaby go, jeśli to zapewniłoby jego bezpieczeństwo. Siła przyjaźni. Ów przyjaciel najlepiej ją rozumiał, dlatego długi czas milczał.
Sama czuła się na tym świecie jak mało znaczna pchła, jak spleśniały chleb. Ukrywała to cały czas, pokazując matczyny uśmiech Joshowi, a światu swoją wartość... po części wyimaginowaną.
Odgarnęła włosy, w tym samym czasie na zewnątrz strzeliła błyskawica.
- Normalne... - mówiła do siebie - bądź pogodo zła na to, że ja tu jestem, nie kto inny...
Niedługo potem stuk butów. Cały czas zbliżał się... Łatwo go było poznać.
- Hyacinth... Wróciłeś. - Powitała go neutralnie i pusto siedząca w kącie kobieta.
On milczał, usiadł na krześle, gazetę upuścił na ziemię. Następnie przewrócił na odpowiednią stronę, podniósł i wyrwał stronę. Na koniec wstał z krzesła i z urwaną stroną podszedł do jedynej obecnej prócz niego osoby, nadal jednak nie użył ani jednego słowa.
Sapał z wycieńczenia. Deszcz dodatkowo miał swój wpływ na to wyczerpanie.
Charlotte chwyciła smutnie kawałek gazety. Gdy przeczytała nagłówek upuściła filiżankę na ciepły dywan.
- To niemożliwe... A on... ten chłopak już wie? - Zakłopotana chwyciła za leżącą nieopodal ścierkę i poczęła pospiesznie trzeć plamę.
- Znalazłem tą gazetę przez przypadek, ale jest dzisiejszej daty... Znalazłem po drodze...
Piorun w trakcie wypowiadania tych słów stworzył pustkę w oczach kobiety. Heath przymknął oczy. Wyczuł podświadomie obecność jeszcze jednej osoby bądź stworzenia. Mimo to kontynuował:
- ...Jakby specjalnie ktoś chciał, żebym ją zobaczył... - Odwrócił głowę. Tam stał pokemon Brassraina - Raichu. Najwierniejszy przyjaciel chłopaka. - Ty ją rzuciłeś?
Elektryczna mysz, przyczyna strzału pioruna, powoli wstąpiła do wnętrza namiotu. Słysząc pytanie przytaknęła.
- ...Dziękuję. - Hyacinth mówił coraz ciszej. - Chcesz, żebym jakoś pomógł w tej sprawie?
Zaprzeczył. Nie ufał on sam jeszcze członkowi Four Fangs bądź nie chciał podejmować decyzji w ciągu chwili.
- Słyszałem, że masz kontakt z nim... Powiedz mu o tym po prostu. To poważniejsza sprawa.
Pokemon przymknął oczy, jakby kontaktował się ze swym "trenerem". Robił to krótko, z długimi przerwami, wszystko z uwagi na uraz mózgu. W telepatii to nie przeszkadzało, ale zdecydowanie osoba na piętrze szpitalnym przez takie kontakty cierpiała. Raichu więc, krótko mówiąc, musiał czasem większość wiadomości zatrzymywać dla siebie i przekazywać najważniejsze.
Charlotte wstała i pogłaskała pokemona. Nie miało to większego celu, potrzebowała coś zrobić, czekała na coś.
- Słuchaj skarbie - mówiła w stronę obecnego mężczyzny - idź razem z nim. Wiem, że pada i jest chyba ósma... Ale sądzę, że powinniście tą sprawę przedyskutować jak najszybciej. O mnie się nie martw - w tym momencie zrobiła stanowczy wyraz twarzy - może nie jestem w nastroju do radości, ale trzeźwo myślę...
Guaronni podszedł do swojej biblioteki i rozejrzał się. Niedługo potem chwycił za czarną książkę z czerwonym R na okładce. "Dzieje Team Rocket" autorstwa jednego z bardziej utalentowanych gruntów, ale nie zostało podane jego nazwisko. Księgę tą wziął i wyszedł z nią pod pachą, a tuż obok niego elektryczny przyjaciel Brassraina.
Kobieta z tyłu cicho rzekła tylko:
- ...Uważajcie na siebie...
Podczas biegu Heath zawahał się. Brassrain jest w ciężkim stanie. Na tyle ciężkim, że jego regeneracja potrwa około trzy kwartały. Wiadomość dotycząca przejęcia przez Team Rocket tak mocnych ludzi, jak Elite Four w Johto jest automatycznym wstrząsem dla każdego, kto kiedykolwiek musiał przeciwstawić się tej grupie.
Kiedyś, podczas wolnej chwili, razem z Charlotte przejrzał tą książkę. Było to w czasach, kiedy jeszcze Sara nie była znana nikomu, albo i nie istniała.
Grubą jak pełny słownik języka obcego księgę otworzył na spisie treści. Dzięki temu znalazł stronę, w której mowa była o sposobie rządzenia:
"Prowadził władzę podobną do rządów Hitlera, Stalina bądź Mussoliniego, tylko był w skutkach jeszcze bardziej drastyczny. Gdy w jego "narodzie" znalazł się zdrajca, skazywał go na śmierć - przywiązywano taką osobę do koła, a następnie Giovanni stawał z pistoletem w ręku i oddawał strzał w serce i głowę. Tak jak komunistyczny władca, miał maskę dobrego ojca, radosnego i uśmiechniętego, ale pod nią skrywał miliony drastycznych planów. Wywoził ludzi z miast, w których miał siedzibę, co na przykład jest powodem tego, że w Mahogany osób jest jak na lekarstwo, albo tego, że Kanto nie składa się z jednego tylko miasta. Zdarzało się też, że całe TR wchodziło do domów, zabierało wszystko, co wartościowe, gwałciło każdą przedstawicielkę płci pięknej, niezależnie od wieku, a następnie zostawiali w takim stanie rodziny.
- "W porównaniu do starszych czasów to, co Team Rocket robi teraz, można uznać za grzebanie w piaskownicy. Kiedyś ich główny cel to terroryzowanie wszystkich wokół. Teraz robią tylko przewagę psychologiczną, ale i tak nie wielką - każdy wie, że Elita trenerów jest na zawsze Elitą - są to niesamowici twardziele..." - wolne przemyślenia sprawiły, że jakoś specjalnie nie martwił się o tą piątkę osób, bardziej o reakcję tego jednego członka Aqua leżącego w łóżku.
Dopiero teraz zauważył, że jest przy bazie. Przeszły go dreszcze, bał się reakcji, chociaż to nie jego wina, że stało się tak, a nie inaczej. Mimo to chwycił za gałkę uformowaną na kształt kropli wody i pociągnął. Następnie zjechał windą umieszczoną od razu za drzwiami wejściowymi o piętro niżej. Po wyjściu jego oczom ukazał się główny hol. Przeszedł on próbę czasu jakimś cudem, drewno jest miejscami dziurawe.
Ale kogo to interesowało w tym momencie? Nikogo.
Teraz najważniejsze było zebrać się w grupę i zacząć myśleć. Jak wygrać wojnę jednostronnie tylko psychiczną? To było pytanie przewodnie.
Przeszedł nieco zaludnione korytarze i dotarł do schodów prowadzących na wyższe piętro. Ustawione były spiralnie, zbudowane - naturalnie, z drewna. Nie byle jakiego! Ósmy czy dziewiąty lider Aqua zbudował je z najtwardszego drewna. Użył do tego własnych rąk. Teraz wprawdzie są tak zniszczone, że Heath poprawił monokl i poprosił obecnego obok Raichu, aby ten kogoś poprosił o zrzucenie liny. Nie chciał naruszyć ich w miarę dobrego stanu.

Gdy wspiął się na odpowiednie piętro, napotkał jednoosobowy komitet powitalny - 4xI.
- Wydaje mi się, że dziś już tutaj byłeś. - spojrzał wzrokiem jakby zaciekle dążącym do rozwiązania czegoś w rodzaju tajemnicy - Więc... co tu robisz, jeśli można się spytać?
Gość wyjął gazetę i pokazał pierwszą stronę dla lidera Aqua, po czym obserwował powoli rysujący się wyraz przygnębienia na jego twarzy.
- Dobra. Chodź. Widzę, że trzeba przeprowadzić nagłą naradę. - rzekł, po czym podążył znanym już Hyacinthowi korytarzem.
Gdy dotarli pod drzwi pokoju Brassraina, zapukali i weszli do środka spokojnie, żeby nie wzbudzać u niego niepokoju.
- O, Heath - rozległ się donośny głos maszyny znad łóżka - czemu wróciłeś?
- Złe wieści mnie sprowadzają. Spójrz sam. - Heath chwycił gazetę trzymaną przez Milla i podał ją leżącemu na łóżku chłopakowi.
- Hm... Bezrobocie spada. To chyba dobrze, nie?
- Erm, nie chodziło o tył gazety. - powiedział 4xI z dziwnym wzrokiem - Popatrz na pierwszą stronę.
Członek Aqua obrócił jakoś gazetę w dłoniach i spojrzał na nagłówek. Spojrzał również na obrazek, przeczytał cały artykuł.
- Aha - syntezator mowy zaskrzeczał bez emocji - wiedziałem o tym.
Zdziwienie ogarnęło całą resztę obecnych. Konkushi tylko dodał:
- No co? Laptop mam. Chyba mogę czytać wiadomości przez internet.
- Racja - zgodnie rzekli lider Aqua i członek Four Fangs, po czym ze wstydu ukryli twarz w dłoniach.
Brassrain ich jako tako pocieszył:
- Ale, generalnie, dobrze, że przyszliście. Musimy o tym porozmawiać.
Stojący jeszcze Heath i Mill odpowiednio przy łóżku i przy drzwiach chwycili za krzesła nieopodal łóżka i usiedli, rozpoczynając dyskusję dotyczącą działań związanych z przejętym Elite Four.

- Na początek, kto byłby chętny walczyć? Prócz nas muszą być jeszcze ludzie, z którymi dalibyśmy radę ich pokonać - mówił chłopak na łóżku - Nie wiem, Magma? Ktoś z naszych? Ktoś z tego miasta? Tyle wiem, że prawie na pewno zgodzi się Juan i Clair. Agathy nie ma wśród nas już, a Karen siedzi jako zakładnik.
- Prawdopodobnie - dodał Hyacinth - całe Four Fangs przyjdzie walczyć. To już 9 osób.
- Tylko odejmij mnie - odpowiedział Brassrain - w takim stanie nie powalczę.
- Zapomniałem, racja. Więc może...
Rozmowę przerwał nagły szum zza okna.
- Co to jest? - nasłuchiwał zdziwiony lider Aqua, po czym podszedł do okna. Jego oczom ukazał się helikopter Elite Four z barwami Johto - O cholera...
"Nic nie dzieje się przypadkiem, ani bez przyczyny. Zajdź komuś za skórę - przy słabej woli zemści się."
- Heath, bierz to łóżko i spieprzajcie stąd! Z trzeciego piętra jest ukryte wyjście, pierwsze drzwi w lewo - rozkazał Mill, po czym wyjął handguna tkwiącego gdzieś pod płaszczem i zaczął strzelać w ekipę helikoptera - Jeśli zginie ich pilot, to rozjebie nam ze dwa piętra, więc streszczajcie się!
"Wbrew naszej woli dzieje się wiele rzeczy, z czego duża większość zdarza się tylko po to, by uprzykrzyć nam życie."
Członek Four Fangs chwycił za barierki i począł kierować łożem szpitalnym przez drzwi i stopnie.
- Trzymaj się Konkushi... Trzymaj się... - zjeżdżając po stopniach, cedził przez zęby mężczyzna z opaską. Kolejne stopnie sprawiały coraz większą trudność.
A przed jego myślami przewinął się kolejny tekst:
"Najważniejsze jest, by stawić czoło wszystkiemu w około i mieć przynajmniej trzy plany awaryjne."
Pojęcia nie miał co one znaczą ani czemu służą, ale biegł, trzymając z całych sił białe łóżko. I dotarł na 3 piętro.
Tuż nad nim - jakby wybuch.
- Mill, cholera... Przeżyj to...
I drugi. Tym razem coś mocniejszego - nad głową już nie miał sufitu, lecz gołe niebo, a latająca maszyna dzieliła jedyne na niebieskiej przestrzeni chmury. Słońce biło mocnym blaskiem, ale nie przeszkodziło w zauważeniu nogi lidera Aqua wystającej z kokpitu.
Z obserwacji pobudził go Brassrain, wręczając mu kartkę, jako że teraz był odpięty od rzeczy, które zapewniałyby mu mowę:
"Może i ta baza wygląda na starą jak świat, ale nieopodal jest hangar. Biorąc pod uwagę, że 4xI ma tam swój własny śmigłowiec i przysłużył się niegdyś taktycznie dla kraju... Da radę. Jedź dalej."
Heath więc ruszył "wózek" z miejsca i skręcił w drzwi, o których mówił walczący teraz Mill. Za nimi znajdowała się winda, która wyglądała na nowoczesną, podobną do tych w wieżowcach. Gdy wprowadził do środka łoże, oparł się o ścianę i zjechał po niej ze zmęczenia. Złapał się następnie za głowę, jakby chcąc opanować siebie i sytuację. Po chwili szturchnął go Konkushi, rękojeścią swojej GunKatany. Oddał mu również kartkę:
"Jak tylko zjedziemy, wypchnij moje łóżko i wracaj tam pilnować 4xI. Ja wiem, że da radę, ale potrzebuje asekuracji."
Jak było zapisane, tak zrobił.

Na górze odkrył, że helikopter już nie lata. Dla bezpieczeństwa jednak trzymał rękę przy jego szerokim mieczu, gotowy do ataku.
Kopnął w drzwi. Pusto... Za pusto i za cicho. Skręcił w lewo. Z każdych drzwi mogli natychmiast wyskoczyć i go strzelić, wiedział o tym.
- Aaaaaaaargh! - nagle ryk przeszedł w powietrzu. Nie był to znany Hyacinthowi głos. Dobiegał z prawej strony, tuż obok.
Od razu gdy wszedł, rozległ się huk strzału znajomego handguna. Natychmiastowo Mill podniósł na niego broń:
- Co ty tu butelka robisz?! Miałeś Brassraina pilnować!
- Człowieku, czy ty myślisz, że jestem jakiś bezduszny, żeby nie reagować na ścięcie dwóch pięter? Chodź szybko. Pewnie wszystkich wybiłeś.
- Czekaj - cicho rzekł lider Aqua - popatrz na ciała.
Spojrzał. Było ich trzech. Nie byli w stroju Executivów. Albo to zmyłka, albo maszyną sterowali... Grunci.
- Dziwne, nie? Zamiast wysłać najbrudniejszych ludzi do tej roboty, rzucają takie słabe oddziały? Mniejsza o to teraz jednak, chodźmy po Brassraina.
Przebiegli korytarz wzdłuż i zjechali windą z powrotem. Po wyjściu poczuli unoszący się w powietrzu zapach krwi.
- Mam nadzieję, że to nie... - mówił Heath, ale nie dokończył. Zaniemówił, widząc zakrwawionego zakapturzonego wyższego członka Rocketów.
W oddali znajdował się siedzący na łóżku Konkushi. Dym wylatywał jeszcze z lufy GunKatany, którą trzymał wyciągniętą przed siebie w rękach.
- Ej, ej, ej... Spokojnie. To tylko my - cichym głosem mówił 4xI.
Chłopak spuścił broń i w ciszy siedział na łóżku, odcięty zupełnie od rzeczywistości. Skończyły mu się kartki.

- Mill... Zdajesz oczywiście sobie sprawę, że teraz musicie stąd wiać? To nie jest bezpieczne miejsce... - mówił nieco zmartwiony członek Four Fangs.
- Owszem, jest. Tylko przez to, że byłem w pokoju szpitalnym, nie miałem jak sięgnąć po włącznik zapory.
- A masz jakiś alternatywny plan może?
- Mamy aż trzy helikoptery. Pamiętasz? 8 osób, które mogą walczyć. Ja, ty, Juan, Clair oraz twoja dodatkowa czwórka. Wszyscy tu się zmieszczą. Biorąc pod uwagę, że ja i jedna z twoich osób potrafimy tym sterować, potrzebna nam jeszcze jedna osoba i jakaś opieka nad nim - knuł powoli coraz ciekawszy plan 4xI - Może mi teraz nie wierzysz, ale wiem gdzie mogę znaleźć kogoś, kto mógłby nas podwieźć...
- Kto?
- Dowiesz się... Za dwie godziny.

Nieopodal stał helikopter Elite Four, jeszcze silnik nie ostudził się po tej drobnej akcji. Pierwszy wsiadł lider Aqua, sprawdzając działanie urządzeń wewnątrz.
- Wskakuj Heath - odrzekł po chwili - Jedyne, co się spieprzyło, to kompas. Będziemy lecieć na ślepo. Stąd dwie godziny.
- Chwileczkę... - zastanawiał się Heath - Skąd właściwie wiedziałeś, że dolecimy w dwie godziny?
Mill przechylił dumnie głowę z uśmiechem na twarzy:
- Odziedziczyłem po poprzednim liderze fotograficzną pamięć. Widziałeś raz moją kwaterę - zauważyłeś obrazy wokół? Kiedyś rozpisywałem swoją pamięć na kartach A1 i dawałem malarzom, aby skonstruowali malunki co do najdrobniejszego detala.
- Hm... A ty przypadkiem nie byłeś kiedyś w Magma?
Duma 4xI znikła tak szybko, jak się pojawiła.
- ...Lećmy już.
Ruszyli z miejsca. Hyacinth zdjął monokl i pozwolił oku odpocząć. Przysnął sam ze zmęczenia.

- ...Ej. ... Ej, pobudka. Wiem, że nie masz siły, ale chociaż się obudź.
Nad nim "wisiał" lider Aqua i tajemnicza postać w kapturze. Mill wyglądał jakby jego handgun wypalił w jego własnej kieszeni. Osoba obok niego przypominała mnicha, stał cicho, z rękoma złożonymi niczym do modlitwy. Tym się różnił od "sagów" (tak zwano tutaj zakonników), że na sobie miał czarno-czerwony ubiór. Nieco wysoki.
Heath widząc nową personę odchylił głowę do tyłu z miną przypominającą mieszankę nuty zdziwienia i tony skupienia.
- Witam. Kim jesteś, jeśli można zapytać?
"Ktoś" podniósł rękę i zdjął zręcznym ruchem kaptur, pokazując swoją twarz. Czarna, dobrze ogolona na kształt znaków na Groudonie broda, lekkie zmarszczki przy oczach, wychudzone policzki. Oczy jasnoniebieskie. Włosy ciemne, krótko ścięte. Po czym krótko, z głosem pełnym spokoju przedstawił się:
- Etamitlu, aka' Jerzy, były lider Magma.
Hyacinth natychmiast wstał, prostując kark.
- Przepraszam najmocniej, że o imię zapytałem... w takiej pozycji. Heath. Heath Guaronni... - głowa pełna była pytań, jedno jednak musiał zadać - dlaczego były lider?
- Eh, długa dosyć historia. Powiedzmy, że wpuszczam trochę świeżości na tron lidera... I jestem na emeryturze.
Przywódca Aqua założył ręce na kark i ze znudzeniem rzekł cicho:
- Ja wiem, że ciekawi ciebie jego historia, Heath, ale przystopuj. Nie pora i czas, żeby pieprzyć o dawnych latach - po czym zwrócił się do przedstawiciela Magma - Gdzie jest Lancer?
- Zaraz.. Lance? - zdziwił się członek Four Fangs - Czyżbym przesłyszał się?
- Tak, przesłyszałeś się - powiedział 4xI z nutą irytacji - Lancer jest teraz liderem...
- ...opieprzającym się - przerwał Jerzy - Dlatego ja tu jestem, a nie on. Poza tym, mam dużo wolnego czasu.
Po czym przerwało im milczenie. Usłyszeli w powietrzu wir łopat helikoptera.
- ...Niech to. Dwa razy jednego dnia. Zająć miejsca - lider Aqua wskoczył na miejsce pilota - zanim jeszcze tą bazę rozwalą...
- Ale skąd wiedzieli? - zapytał Heath siadając z tyłu - Śledzą nas? Kiedy mogliby podpiąć podsłuch?
Skupiony na prowadzeniu Mill zaczął zastanawiać się nad odpowiedzią, w końcu jednak stwierdził:
- Nie podpięli. Dali nam jeden wielki podsłuch. Ten oto samolot.
- ...To mamy problem. Ale wiem co mogę zrobić. - Hyacinth wyjął balle z Zapdosem i dwoma własnymi Ludicolo. - Trzymajcie się i lećcie gdzieś, byle w bezpieczne miejsce. Ja lecę w inne miejsce - po czym wyskoczył, wyrzucając pod siebie dwie kule i trzecią w górę - Ludicolo, Rain Dance. Obydwoje. Zapdos, lecimy do Lilycove. Przewodzisz.
Zaczął padać deszcz. Shiny i Dark Ludicolo były w połowie zanurzone w wodzie, zaś członek Four Fangs stał na ich grzebieniach, które znajdowały się na szczytach głów pokemonów.
W głowie odbijały mu się słowa, które niedawno słyszał.
"Najważniejsze jest, by stawić czoło wszystkiemu w około i mieć przynajmniej trzy plany awaryjne."
- Kto mi to mógł powiedzieć? Kto mi szeptał wtedy, kiedy byłem sam?

Jerzy wołał coś jeszcze w stronę członka Four Fangs, ale zagłuszał go wirnik łopat dwóch helikopterów. Nie posiadając więc pojęcia o tym, gdzie poleci lider Aqua z Ex-leaderem Magma na pokładzie, płynął bardzo szybko w stronę podniszczonej bazy Aqua.
Dwójka Ludicolo, oprócz różnicy między ich rodzajami, była względem siebie identyczna. Ich zdolności sprawiały, że deszcz czynił je demonami szybkości, które mogą leczyć się po otrzymanym uderzeniu. Są to do teraz ulubione pokemony Hyacintha. Nie tylko dlatego, że były jego pierwszymi - właśnie przez uniwersalność i pomoc w nagłych sytuacjach, jak ta. Silne to stworzenia. We dwójkę mogłyby spokojnie udźwignąć pokój Milla z pełnym wyposażeniem.
Heath skoczył, obracając się tyłem do celu, aby zobaczyć jak wygląda sytuacja. Helikopter z dwójką ludzi był nadal na polu, próbując odwrócić uwagę Rocketów. Przeprowadzał chore manewry i często o milimetry mijał pojazd drugi. Co do niego, strzelał on torpedami na oko wielkości ćwierci łodzi podwodnej. Wpierw celował we wrogów w powietrzu, ale teraz obrócił się w miejscu i mierzył w płynącego. Przybliżył się znacznie, z prędkością ponad dwa razy większą od tej, z jaką płynęły pokemony i oddał strzał. Pocisk minął go, tworząc dosyć potężną falę tuż przed nim.
- Szybko, bliźniacy, w prawo! - żwawo pobudził do działania członek Four Fangs, zaś stworzenia skręciły w wyznaczonym kierunku i płynęły dalej.
Niedługo po ataku ten sam człowiek odwrócił głowę - ujrzał ląd. Ale z tyłu działa przeciwnika zaczęły strzelać karabinami maszynowymi. Pociski mknęły i trafiały w taflę morza, zabijając wszelkie stworzenie pływające tuż pod powierzchnią. Po poprawie celności, Heath wydał komendę płynięcia zygzakiem.
- "Do bazy muszę dotrzeć w jednym kawałku... Ale..."
Nagły skręt niemal strącił go do wody. Skończyłoby się to dla niego natychmiastową śmiercią. Na szczęście jednak nadal twardo stoi.
Ląd był już blisko, dwie minuty drogi. Postanowił więc schować na jakiś czas Zapdosa, który zmęczył się długim lotem i unikaniem kul.

Tymczasem 4xI oraz Jerzy byli za lecącym helikopterem Rocketów. Ten pierwszy skorzystał z chwili wolnego czasu oraz braku amunicji po akcji z wyburzeniem piętra szpitalnego i opowiedział skąd się nagle wziął Hyacinth.
- Przyznaję, trochę dziwne - zastanawiał się Jerzy - Przecież nawet Azkela ciało nie jest takie łatwe do przejęcia. Chociaż, jakby się dało mu jakąś osiemnastkę...
- Może i masz rację. Ale, widzisz... Chyba wiem co to powoduje. Choć teoria sama w sobie jest na tyle chora, że ciężko mi w nią uwierzyć.
- Mianowicie, Mill?
- To jest jedno gigantyczne stowarzyszenie - mówił lider Aqua pilotując pojazd - które zajmuje się łapaniem EXów, Delt i jeszcze innych bajeranckich pokemonów, nie? A co jeśli oni weszli w ten stopień całkowitego zjednoczenia trenera i podwładnego? Przypomnij sobie co negatywnego ma w sobie taki pokemon.
Jerzy zamyślił się, głaszcząc brodę. Po chwili ciszy odpowiedział:
- Rozumiem. Chcesz przez to powiedzieć, że on ma skrócone życie?
- Niestety tak. Takie nienaturalnie skrócone życie jest przyczyną słabości fizycznej i psychicznej. Z tego, co wiem, to przed tymi dwoma akcjami w Aqua on jeszcze nie umiał posługiwać się tym mieczem. Jak myślisz, dlaczego?
- Już miałeś swój czas na pytania - przerwał były przywódca Magma - teraz moja kolej. Czemu tylko efekty uboczne dostaje taka zjednoczona z Pokemonami osoba?
- W przyrodzie nic nie ginie. Najlepiej powinieneś to wiedzieć. Co oznacza, że pokemony, z którymi jest w kontakcie, tracą wszystkie negatywne cechy. W zamian za to osłabia się Heath. I Gilliam ma to samo. Też ledwie żyje, przez ciągły kontakt z własnym Dragonitem.
Spojrzeli teraz przed siebie. Widzieli bazę Aqua. 4xI myślał o tym, jak zniszczyć ten wrogi helikopter, ale prócz kamikadze nie mógł sobie niczego wyobrazić.
- Mam plan - rzekł Jerzy - otwórz boczne drzwi.
Pilot wykonał polecenie. Z ręki Etamitlu wyleciała Ampharos, która złapała się kurczliwie płozy wrogiej maszyny.
- Gigavolt, maleńka. Zniszcz im system.
Po tym ataku owca natychmiast wróciła do Balla, a sam Ex-leader schował się do środka maszyny.
Wehikuł z Rocketami na pokładzie zaczął dymić i gwałtownie opadać w dół.

- Uff... Dziękuję wam za transport... Odpocznijcie.
Heath schował swoją parę do balli i pobiegł w stronę bazy Aqua. Na chwilę jednak stanął.
- Ciemno coś się zrobiło...
Następnie spojrzał w górę... i ujrzał spadający wprost na niego dymiący helikopter. Szybko więc biegł jak oszalały w stronę bazy. Mocny wybuch uderzenia maszyny o ziemię wybił w niej wszystkie okna.
- I tak oto populacja biednego miasta Lilycove właśnie spada do poziomu ujemnego...
Hyacinth poznał ten głos. Był to Konkushi. Leżał tuż przed nim, nadal na łóżku.
- Skąd się tu wziąłeś? I jak mówisz? - pytał pozytywnie zaskoczony pan z monoklem - No i jak się czujesz?
- Nie ma nas dwóch w Aqua. Jest pełno ludzi. Cobalt wiedział gdzie jestem, więc przyszedł i wyjechał ze mną na świeże powietrze. Mówię... właśnie, jak? Nie wiem. On znalazł to urządzenie - pokazał prawą ręką na swoją szyję - przekształca myśli na głos. Nie jakiejś maszyny - głos osoby, która myśli. A czuję się dosyć przeciętnie. Trochę boli mnie głowa od uderzenia.
- Dobrze, że tylko tyle... Musimy pogadać... jak tylko Jerzy i 4xI wyjdą z drugiego helikoptera - dodał Heath.

[Obrazek: fjpxk3.png]
Gallery
Hyacinth's Saga, druga moja pisana Saga w życiu.
Serre's Cardhouse
Mój have/want
Odpisz
 Cherish Balle podarowali: torkoal, Conquest
4.11.2010, 20:34
Post: #4
RE: Hyacinth's Saga
tl;dr
[Obrazek: badum.png]

Odpisz
 Cherish Balle podarowali: Serre Champagne Quadro, Legends
29.01.2011, 8:13 (Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.07.2011 16:53 przez Serre Champagne Quadro.)
Post: #5
RE: Hyacinth's Saga
Temperature rising.

Było południe. Wiedząc doskonale, że Rocketsi są w chaosie po stracie drugiego helikoptera, Heath, Jerzy oraz 4xI pospiesznie zabrali łóżko z Brassrainem do schronu.
O samym pomieszczeniu - znajdowało się dwa piętra pod bazą Aqua i było odporne na wybuchy, wykonane z kevlaru i kilku ważnych składników, które nigdy nie opuszczą głowy lidera Aqua. Nie można było wykryć osób siedzących w środku na żaden sposób. Nie było jednak odcięte od reszty bazy - w środku znajdowały się głośniki.
- Co więc chcecie powiedzieć? - spytał nieruchomy Konkushi.
- Mamy trzy helikoptery - zaczął Hyacinth powoli - To znaczy miejsce dla 12 osób. Do walki piszą się Mill, ja, Jerzy, pozostałe osoby z Four Fangs... Czyli 7 osób. Dodajmy prawdopodobieństwo, że dołączy Clair i Juan, to już 9.
- Dodajcie jeszcze kogoś - rzekł Hydromancer - Przyszła do mnie, jak wszyscy nie-wiadomo-gdzie wybyli. Mówiła, że nie może pozwolić, aby zginęła z rąk Rocketów jej starsza siostra.
Jerzego uderzyło wyraźnie ostatnie słowo. Przypomniał sobie dzień walki z własnym człowiekiem.
- Shilla, prawda? Przecież to było czyste zło.
- Trafna uwaga, Ex-leaderze Magma. BYŁO. Teraz jest osobą zajmującą się ludzką robotą. Na dodatek, umie walczyć. Dlaczego by nie?
- Nie będzie lecieć więc ze mną w jednym samolocie, rozumiemy się?
Wszyscy jednocześnie przytaknęli i wzięli tą uwagę do wiadomości.
- Więc, gdzie znajdziemy te dwie brakujące osoby?
- To kwestia na potem. - zabrał głos Hyacinth - Trzeba zawieźć Brassa w jakieś bezpieczne miejsce.
- Hm... Heath... mogę na chwilę wyprosić wszystkich prócz ciebie? - zapytał leżący na łóżku - Mam kilka pytań...
Mill oraz Jerzy wyszli szybko ze schronu.
- Słucham? Co cię trapi?
- Na początek... - zaczął Brassrain - Co planujesz zrobić?
- Charlotte ma łódź podwodną, uzbrojoną w pełni. Mogłaby ciebie ukryć gdzieś pod wodą. Co ja mówię... kogokolwiek ukryć.
- Pomysł dobry, oprócz tego, że nie będzie z wami łączności. Tutaj zaś jest jeden sposób.
Członek Four Fangs przypomniał sobie pomarańczowo-żółtą, elektryczną mysz, która zaciągnęła go niedawno tutaj, do Brassa.
- Masz na myśli Raichu? Chcesz, by dostarczał wiadomości pisane?
- Właśnie o tym mówię... - siedział skupiony Konkushi - Lepiej więc byłoby, żebym tu został, nieprawdaż? Jeśli będę musiał dostać się do Indigo Plateau osobiście, to użyczę łodzi Aqua...
- Rozumiem... jest jeszcze coś, o co chciałbyś spytać?
Światło słabo świeciło w oczach Hydromancera Aqua, ale nie gasł jego umysł. Choć sam siedział jakby spał, nieprzytomny...
- Możesz pokazać swoje Ludicolo?
Hyacinth więc wyrzucił obok siebie balle z dwoma pokemonami.
- Dark oraz Shiny Ludicolo, pokażcie co potraficie poza walką.
Zaczęły tańczyć. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że wykonywany przez nich taniec to polka.
- Dark i Shiny Ludicolo? - spytał, nadal wpatrując się w taniec, leżący na łóżku - Dlaczego nie możesz ich nazwać?
- Cóż... - odpowiedział Heath - ponad dwieście pokemonów, które znajdują się pod naszym skrzydłem, kiedyś zostaną oddane trenerom z całego świata. Nawet nieznany nam region Unova zaczyna zgłaszać swoje zamówienie. Chcemy oddać je w takim stanie, by nie musieli uczyć ich dodatkowo nowych imion. Poza tym... to kwestia pamięci. Często potrzebne są nam różne z tych pokemonów. Zapamiętanie nazw ich wszystkich to dosyć duży problem. Nawet, jakbyśmy przydzielili po kilkanaście pokemonów na osobę, to pochłonięci walką nie dalibyśmy rady. W taki sposób utrwalamy znajomość pokedexu...
Wtem przeszkodziła im skrzecząca maszyna w rogu pomieszczenia:
- Khh.. khh... Brassrain i... khh... 4xI proszeni do kwatery... khh... lidera - mówił głos kobiecy, trochę kaszlący, a trochę zniekształcony przez zakłócenia.
- Czyj to głos? Nie brzmi dla mnie ani trochę znajomo... - zamyślał się wezwany do pomieszczenia - mógłbyś mnie tam zawieźć? Na naszym parterze, blisko wejścia.
Oznaczało to piętro minus pierwsze, pierwsze drzwi na lewo.

Wyjechali windą na odpowiednią kondygnację bazy. Na tym zwykle ruchliwym korytarzu panowała cisza, mimo godzin szczytu. Czuć było uczucie niepokoju i zdziwienie ogarniające całą bazę. Jacyś grunci siedzieli pod ścianą, patrząc strachliwie na pomieszczenie, w którym znajdowała się osoba, która wołała obecnego lidera jako podwładnego.
Pod drzwiami stali Jerzy oraz 4xI.
- Ktoś się włamał! - rzekł Leader Aqua - Kto by chciał zająć to przeklęte stanowisko?
- A ja mam wrażenie... - mówił cicho jedyna obecna osoba z Magma - że znam ten głos...
Weszli, otwierając delikatnie piskliwe metalowe wrota, nie wiedząc czego spodziewać się wewnątrz.

Po wejściu ujrzeli niewysoką osóbkę przywdzianą w strój liderski Aqua. Ewidentnie kobieta. Włosy uwiązane miała na jeden długi warkocz do tyłu. Uszy jakby... elfie. Rękawy były dla niej o kilka centymetrów za długie, co w efekcie wyglądało podobnie do ubioru gimnazjalistów. Ręce leżały na stole, jakby nie wiedziały co robić. Na twarzy widniał nieukrywany uśmiech.
- Cho Vioi... - cicho mruknął Jerzy, wciąż dziwiąc się obecnością tej postaci.
- Cho Vioi nie żyje - mówiła kobietka podpierając głowę na dłoni - Na imię mi Ethlinn.
Teraz na twarzy miał drobny uśmiech również 4xI.
- Hej, siostra - żywo rzucił po chwili - Właściwie co ty tu robisz w tych ciuchach? Jak ostatnio pamiętam to mówili na ciebie Vice Leader, ale Magma.
- Widzisz Mill... To długa historia - westchnęła postać za biurkiem - Tuż po tym, jak rozwalone zostało piętro szpitalne, pod twoją nieobecność zwołany został sejm, na mocy którego wybrano mnie na lidera... niejednogłośnie - dodała spoglądając na Konkushiego.
Na nim też spoczął cały wzrok tu zgromadzonych. Brassrain więc rzekł:
- Nie taka długa historia... Mam swoje powody, dlaczego robię tak, a nie inaczej. Dlatego się wstrzymałem. Może kiedyś ktoś to ze mnie wyciągnie...
- A kto to taki - zwraca się już nieco z przekąsem nowa liderka - pcha twoje łóżko?
Członek Four Fangs grzecznie ukłonił się i przedstawił:
- Heath Guaronni, szanowna pani... Mówią mi Hyacinth po części przez zamiłowanie do roślinności. Służę pewnej grupie wyłapującej...
- ...niszczycieli roślinności - przerwał Brass dodając za niego koniec zdania - Poza tym, jest moim przyjacielem.
Zaciekawiona i podejrzliwie spoglądająca na Hydromancera Aqua Ethlinn rzuciła tylko ironiczne: Interesujące. Następnie nakazała wyjście Heathowi i Jerzemu wyjść na chwilę, gdyż chce zamienić słowo z Brassrainem oraz Millem.

Rezultatem tej dyskusji był awans Brassraina z ładnie brzmiącego Hydromancera do wyrywającej laski rangi Executiva i degradacja Milla do Ex-leadera, co skończyło się dla tej dwójki reakcją obojętną. Była sprawa wyższa, ale 4xI widząc sposób rozmowy awansowanego, nie zdradzał jej szczegółów obecnemu liderowi.
Wyszli na zewnątrz. Usiedli wszyscy pod jednym drzewem i każdy myślał co zrobić.

Przez dziewięć dni jednak nie działo się nic. Nikomu nie przychodziło do głowy co teraz mogą zrobić ani kogo dodać do ekipy, która ma polecieć i odbić Elitarną Czwórkę Johto. Na szczęście to się miało zmienić.
Dziewiątego dnia stało się kilka dziwnych rzeczy. Z nieznanych przyczyn zniknęła z powierzchni ziemi liderka Aqua. Nigdzie jej nie było widać. W Magma również. Dlatego liderem został nie kto inny, jak Brassrain, choć sam się temu sprzeciwiał. Prócz stołka przywódcy dostał również pomysł, że można by zacząć się przygotowywać do lotów oraz inny, którego szczegółów nie chciał zdradzić.
- Już teraz chcesz zapinać ostatnie guziki? Nie mamy całej ekipy - pytał 4xI.
- I? Póki nie mamy co robić, możemy zrobić to - od razu stwierdził Brass - Aha... I Heath - zwrócił się w stronę członka Four Fangs - możesz zabrać nas do swojej bazy? Tam powinienem pójść najpierw.
- Oczywiście - rzekł z uśmiechem - tak też uczynię.
Opuścili więc bazę, zostawiając ją na jakiś czas w rękach Szajnego.

Droga 121, często niegdyś odwiedzana przez młodego chłopaka, zmieniła się przez te lata. Drzewa rozrosły się na naprawdę imponujące wysokości, a ich korony dobrze zaczęły służyć jako oznacznik drogi. Największe z nich zostało nazwane Delibella. Przed nim na chwilę przystanęli. Nie wiedzieć czemu - może jego ogrom wzbudził taki szacunek i podziw, że stanęli.
- Tego wam zazdroszczę, Aquasi - lekko zazdrośnie rzekł towarzyszący im Ex-leader Magma - w otoczeniu flory i fauny... A my mamy wokół jednego miasta ironicznie ocean, a wokół drugiego teren górzysty...
Brass podziwiał i obserwował otoczenie, kiedy Heath męczył się z łóżkiem. Wjechali bowiem na obszar pełen barierek. Skręcanie w wąskie przejścia były torturą, ale zasłużył sobie na to. Albo i nie. Nie wiadomo. Mill i Jerzy pomagali w przepychaniu łóżka przez kolejne przejścia.
Wtem - schody przed nimi. I trzy osoby wniosły je na górę. Potem droga była już prosta. Wtedy już tylko podziwiali zieleń.
Niebo? Czyste. Niebieskie. Słońce zza drzew oświetlało drogę.
W międzyczasie Hyacinth poinformował Gilliama, że przyjdą trzy osoby.

Trzeba przyznać, że kamuflaż całej bazy już na drodze 120 był interesujący. Po dwukrotnym wejściu na schody widzieli tylko jakieś skały. Sześć jednakowych kamieni układających się na kształt sześciokąta foremnego otaczające jedną wielką jaskinię. Pierwsze skojarzenie było takie, że ta największa to baza. Okazało się jednak, że prawdziwą bazą jest jeden z mniejszych, trochę za "górą".
- Mała ta baza z zewnątrz - stwierdziła cała trójka jednogłośnie. Heath śmiał się tylko:
- Ależ nie, przyjaciele... Jest o wiele większa.
Weszli. Zjazd w dół był specjalnie przygotowany na łóżko szpitalne. Wewnątrz zobaczyli dużą przestrzeń. Było na tyle wysoko, że stanąć mógłby spokojnie koszykarz, a i luzu by zostało. Obszar zajmowany to ok. 70 metrów kwadratowych. Korytarz wyglądał niezwykle uroczyście, tak samo jak i ludzie tam obecni. Każdy czekał tuż przed wyjściem, ubrany odświętnie, niczym na święta. Reakcja obecnych (całej pozostałej czwórki) była bardzo spontaniczna. Radość, wzruszenie może po części i poczucie, że widzi się osobę poszkodowaną raz któryś przez Team Rocket. Tak naprawdę, pierwszą osobą, do której podjechać chciał Konkushi był... Joshua. Reszta nie ukrywała zdziwienia, a coraz mniej spodziewane rzeczy zaczęły się dziać.
- Witaj, kuzynie - powiedział ciepło do Josha Brass - Co tam u ciebie?
Skąd wiedział? Podczas rozmów z matką nadrobił trochę i poznał całą rodzinę. Często ich odwiedzał do czasu wypadku. W dzieciństwie nie miał się jak z nim zobaczyć, przez wiadome wydarzenia.
Santiago też ciepło przywitał się z jednym z gości - 4xI. Za jego czasów, jeszcze przed wstąpieniem Brassraina do Aqua, ten człowiek pracował wpierw u piratów. Raz zaszkodzili Aqua, więc przeciw nim została wysłana flota, która prawie całkowicie zniszczyła statek, a ludzie mieli wybór - dołączyć albo uciec. Opuszczona łódź stojąca gdzieś po drodze z Dewford do Slateport to pamiątka. Kto ją tam zaprowadził - nie wiadomo. Teraz to obiekt legend i zainteresowań. Po pokonaniu piratów przez Aqua, Shacky szukając sobie miejsca dołączył do Aqua, gdzie stał się Operatorem i zrezygnował. Jednak wspomnienia zostały.
- Witam liderze - rzekł oficjalnie Santiago, po czym przerwał mu Mill:
- Już nie liderze. Lider jest tam, w łóżku. Ja już tylko Ex-leaderuję.
Zdziwiony kolejny raz były Aquas spojrzał najpierw na Konkushi'ego, potem na 4xI, po czym stwierdził:
- Serio? W takim wieku? Musi rzeczywiście coś w sobie mieć. Przecież w historii chyba nikt nie był liderem w tak młodym wieku.
- Był, był, niedawno... - cicho mruknął Ex-leader Aqua - ale dziś zrezygnował. Więc obecny lider jest jeszcze... nie aż tak doświadczony.
Wtem głos zabrał Gilliam:
- Chciałbym teraz porozmawiać z Heathem i Konkushim, jeśli można. Resztę prosiłbym o chwilowe opuszczenie bazy.
Wszyscy na jakiś czas pozabierali to, co miało im się przydać i wyszli.

Na zewnątrz już Santiago wyciągnął swoją ukochaną talię kart i rzucił wyzwanie rewanżowe dla 4xI.
- Mamy niezałatwione sprawy, prawda? Obiecuję ci teraz wyższą stawkę. Nie wiem jaką jeszcze, nie pamiętam co mam ze sobą, wyjdzie w praniu.
- Stoi - z uśmiechem wyrażającym pewność siebie odpowiedział Mill - Chciałem to kiedyś dokończyć. Poker?
- Poker - jakby odszczeknął równie pewny człowiek Four Fangs.
Podczas gdy Josh przysiadł przy karcianej bitwie, Charlotte przysiadła gdzieś na uboczu, czemu przyjrzał się obecny Magmas.
Charlotte nie wyglądała na szczęśliwą. Skulona, jakby dokuczało ją zimno, wyraz twarzy z kolei kazał myśleć, że dokucza jej los.
- Witaj... - cicho rzekł Jerzy do siedzącej czterdziestolatki - coś się stało?
McGravie, wiedząc, że nie jest sama, odwróciła głowę. Na obliczu zabłysnął smutny uśmiech. Prawie przez łzy.
- Nic specjalnego... Po prostu rozmyślam.
Członek Magma wiedział, że nie da rady rozmawiać o jej problemach. Jednak przypomniała mu się walka pod domkiem Berry Mastera. Heath w wolnej chwili opowiedział całej ekipie o swojej drużynie, dzięki czemu wiedział, że ta kobieta jest córką słynnego znawcy jagód. Logiką połączył więc oba te zajścia.
- Czy wiesz może... jak płynie życie twemu ojcu?
Członkini Four Fangs nagle odwróciła się i spojrzała na twarz. Wtedy przypomniało się jej to wydarzenie - spalony dom, walka z Karen oraz nieznaną jej dziewczyną, ten chłopak w niebieskim stroju... Wszystko. Na tyle dobitnie, że zabrakło jej słów. Dopiero po chwili odganiając myśli zdołała odpowiedzieć:
- Widziałam tą walkę... Chyba jest w Fortree... Dobrze zna Winonę.
- To może... odwiedźmy go? Pewnie będzie mu miło.
- Dobry pomysł... - mówiła nadal cicho, głosem bardzo... dziwnym - Jak mniemam, i ty masz do niego sprawę?
- Nie. To mój stary... znajomy. Chcę go przeprosić za to, co zrobiłem za panowania w Magma i jakoś nie miałem okazji...
Kobieta wstała i powoli zmierzała w kierunku bazy.

Five-Card Poker dział się przed namiotem. Akcja z minuty na minutę ciekawsza.
4xI miał przednią rękę. 2 razy trójka, raz Full House na 5 rozdań. W kolejnym rozdaniu dostał parę, która jakimś cudem zamieniła się w pełną czwórkę. Asów, konkretniej.
Po stronie byłego pirata było kiepsko. Najczęściej te nieszczęścia w ręku tkwiły mu w parach. Siedział patrząc coraz biedniej na wynik. Ewidentnie wygrywał Mill.
- Panie ex-liderze Aqua, słyszałem, że za pana kadencji niewiele się działo. Czy to może było to, co pochłaniało wtedy pana uwagę? - spytał Josh w trakcie ósmej rundy.
Były władca, arogancko już patrząc na całą akcję, rzucił:
- Pewnie. Grywałem wtedy z najlepszymi i wiele się nauczy...
W tym momencie z rąk Santiago wychodzi pełen kolor. Każda z pięciu kart była treflem.
- ...łem.
Od tej chwili sytuacja obróciła się diametralnie. Genialną rękę zaczął dostawać były członek Aqua. W 13 rundzie, pamiętnej i pechowej dla 4xI, Shacky z nieukrywaną radością pokazuje pokera w ręku. Pozostałym graczom opadła ze zdziwienia szczęka.
- Remis. Możemy grać od nowa, albo nagła śmierć i podwajamy stawkę. - rzekł z uśmiechem na ustach Santiago - Aha. Żadnych sztuczek. Tasuje i rozdaje Josh.
- Naprawdę mogę? Dzięki!
Kiedy chłopak przetasowywał talię, Mill zastanawiał się nad decyzją. Jednak odparł niechętnie:
- Nagła. Sądząc po czasie naszej gry, niewiele go już zostało...
I ostatnia ręka. Na start Ex-leader Aqua miał dwie dziewiątki, jakiegoś Asa, czwórkę i sześć. Więc nie zapowiadało się dla niego dobrze. Pirat miał dwie dziesiątki i również same śmieci.
- Trzy - równolegle zamówili grający.
I tak dla Milla doszły... Dziewiątka i dwa Króle. Jego uśmiech mówił sam za siebie.
- Showdown.
Na stół ze strony Four Fangs poleciała kareta.
- Więc... co mam oddać? - mruknął już obojętny 4xI.
- Zobaczymy potem. Na razie pogadajmy jak ludzie...

Jerzy oraz Charlotte znajdowali się we wnętrzu latającej maszyny. Mężczyzna podziwiał techniczne dzieło sztuki. Po dokładniejszych oględzinach stwierdził:
- Taki sam jak mój. Tylko twoja wersja ma kontrolki w takim układzie, że nigdy bym się nie połapał gdzie co się znajduje...
- Lećmy - znów cicho i bez entuzjazmu odpowiedziała na to czterdziestolatka.
Wzbili się w przestworza i ruszyli. Dystans niewielki niby, ale ta maszyna nie była dawno ruszana. Warto więc było ją odkurzyć. Ponadto można ominąć trenerów.
Podczas lotu kobieta jednak zaczęła płakać.
- Ja... jestem nieuleczalnie chora. Lekarz mówił, że żyć będę do czterdziestki... Tymczasem mam 42 lata. Więc... zginąć mogę w każdej chwili. Nawet teraz... w środku lotu...

Z góry widok na kawałek Hoenn był zawsze magiczny. Doceniał to każdy Pokemon, który potrafił latać. Połowa z nich oczywiście jest ograniczona do poleceń trenera, ale druga żyje dziko. To one mają w pamięci, w oczach ten piękny obraz. Trzepot ich skrzydeł sprawia, że czują się żywe. Tak żywe, jak i przyroda nad którą wędrują. Zieleń tak wszechobecna i głęboka, jak błękit czystego nieba. Spacerujące grupki Nincad i Parasów wyglądały jak mrówki. Wodospad przyciągał do siebie swoją tajemniczością, lekko przysłonięty drzewami. Jednak to miasta dodają kolorów. Brązowe Fortree wprawdzie nieźle maskuje się pośród pni, jednak Mauville czy Lilycove widać idealnie.
Ten widok podziwiali właśnie Charlotte oraz Jerzy. Kobieta włączyła autopilota, więc mogła swobodnie mówić, bez obaw o bezpieczeństwo czy rozproszenie uwagi. Fotel jej odjechał nieco do tyłu i przekręcił w lewo. Naprzeciw niej znajdował się ekspres do kawy.
- Życzysz sobie może filiżanki? Kawa, herbata... Cokolwiek - spytała serdecznie pasażera
- Herbatę ziołową, dziękuję.
W chwilę później obydwa naczynia były już pełne. Czysta, czarna jak noc kawa i herbaciany wywar. Panna McGravie wróciła na miejsce pilota.
- Z reguły nie myślę o tej chorobie. Żyję, jakby nie było już jutra, daję z siebie jak najwięcej... Pamiętam, że dołączyłam do Four Fangs z kilku powodów... Żeby nie czuć się samotna, niepotrzebna i aby na jakiś czas zapomnieć o limicie życia. Poza tym, chciałam poczuć się choć odrobinę pewniejsza...
- Generalnie... - zamyślił się Ex-leader Magma - z tej samej przyczyny jestem teraz w Magma... chyba.
- Oczywiście mam jeszcze ojca, ale ten dał mi wolną rękę i mówił, że poradzi sam. Uwierzyłam mu i zaczęłam żyć na własny koszt, jego odwiedzając od czasu do czasu. Ma żonę, więc to chyba dobrze. Żyje powoli. Jedyny jego niefart losu to te zniszczenie domu pod jego nieobecność...
- No tak...
Wylądowali gdzieś koło miasta. Było to tuż obok wyciętej niegdyś przez Joshuę i Heatha drogi przez las.

Tymczasem kilka kilometrów dalej pod skalną jaskinią znajdowali się Gilliam, Hyacinth oraz Brass.
- Panie Gilliam - zwracał się dosyć poważnym tonem chłopak - sytuacja, jak widać, jest poważna. Team Rocket na pewno zdaje już sobie sprawę, że może kontrolować te pokemony kiedy chce. Jednak ich głównym celem jestem ja. Dlatego właśnie proszę dokładnie się zastanowić... Pomagając mi narażacie siebie, swoją opinię, kolekcję... życia również.
Lider Four Fangs przysiadł na drewnianym krzesełku. Skoro o meblach mowa, Konkushi'emu spodobała się baza. Była bardzo przytulna, jak na jaskinię pod ziemią. Bardzo przypominała mieszkanie w bloku. Jednakże prócz umeblowania oglądał również główną atrakcję - Pokemony. Jak na ulubieńca rzadkich poków przystało, przyglądał się im jak zaczarowany. Widząc EXy i Delty w tak dużej ilości naraz nie był w stanie nic powiedzieć. Jednak otrząsnął się z tych myśli.
- Nadal utrzymuję swoje stanowisko - stwierdził Garcia - I nie zamierzam zostawić ani Ciebie ani twojej drużyny w potrzebie. Poza tym, Rocket może mieć też lekarstwo na nasz problem. Przecież technologię wchodzenia w czyjeś ciało musieli na czymś testować. Albo na kimś... Heath?
- Tak? - starannie i grzecznie ukłonił się wezwany - W czym mogę pomóc?
- Odnajdź książkę dotyczącą Giovanni'ego. To za jego czasów już powstawały testy.
- Robi się.
Odszedł powoli w stronę biblioteczki stojącej w rogu jaskini.
- Chwila - przerwał Brassrain - Czy i ja mógłbym do niej się przybliżyć?
- Pewnie. Przejrzyj to, co zażyczysz - z serdecznym uśmiechem powiedział Gilliam - Trochę z nich jest zakurzonych, ale to chyba nie problem.
Sięgnął po książkę zatytułowaną "Eksperymenty XXI wieku" autorstwa wielkich głów regionów: Lance oraz Stevena. Przejechał delikatnie palcem po spisie treści, szukając nazwisk Cyrusa oraz Giovanniego, którzy genetycznie bawili się biednymi stworzeniami najbardziej. Zwłaszcza ich następcy zaczęli niezwykle bawić się ludźmi, używając technologii z czarnego rynku, które bądź co bądź działały jak powinny.
- O, słuchajcie... "Apollo, kiedy jeszcze był 16-letnim chłopakiem, wynalazł maszynę do symulacji ataków. Dostał za to nagrodę w wysokości stu tysięcy dolarów. Tą samą maszynę sprzedał szybko na czarnym rynku, a sam zatrudnił się u Giovanniego. Z miejsca dostał awans o dwie pozycje. Zaprogramował maszynę na atak "Heart Swap", po czym usiadł sam wewnątrz, a broń nakierował na Rattatę. Uczucie kontrolowania szczura opisywał jako niezwykłe. To samo uczynił z nim później Giovanni w podeszłym wieku. Nigdy jednak nie opuścił nowego, nieznanego nikomu ciała. Wiadomo było, że duszę zmienić z powrotem można w ten sam sposób, co ją wprowadzić."
Brass po części z zapartym tchem czytał tekst. Słuchali wszyscy, bowiem nie pamiętali dokładnie treści księgi.
Nagle usłyszeli kroki przy wejściu:
- Przepraszam, że przeszkadzam, Garcia - rzekł zadyszany Santiago - ale chyba jest problem. Chodźcie na zewnątrz.

Droga powrotna helikoptera to przypomnienie przez byłego lidera Magma jak się steruje taką maszyną.
- Hm... Żwawa. Zwinniejsza od mojej... Nie przywykłem jeszcze do ustawień, ale prowadzi się całkiem ładnie.
Kobieta nadal niechętnie odzywała się. Jerzy więc pobudził ją na nowo do dyskusji.
- Cieszę się, że mogłem spłacić dług BerryMasterowi... Dzięki za lot.
- Nie ma sprawy... - wymruczała cicho kobieta, mieszając kolejną filiżankę kawy.
W pewnym momencie Jerzy odczuł coś mocnego. Włączył szybko autopilota. Chwycił za ramię, jakby zaczęło go mocno piec.
- Co Ci się stało? - Charlotte zdziwiona szybko wstała, pilnując miejsca bólu z apteczką. Obejrzała dokładnie ubranie w tej okolicy - pojawiła się tam plama krwi.
Nagle w kabinie zrobiło się jaśniej i o wiele cieplej. Słońce zaczęło mocniej świecić.
- ...On... Groudon... obudził się...

W tym samym czasie, baza Teamu Magma w Sootopolis...
Lancer przeglądał informacje w prasie. Liczył na odruch przeciwników. Albo zwykłych ludzi. Klął pod nosem wyczekując na "event", czy jakąkolwiek inną oznakę życia. Miał pewien problem - całą aktywność. Jedyne osoby, które cokolwiek robiły, to lider, ex-leader i wice-leader wchodzący tylko na czas jakichś poważniejszych wydarzeń.
Był gotowy zrobić jednoosobową burzę mózgów, ale zza szyby liderskiej wystawał nowy, gorszy problem. Był nim kolos o wielkości dziesięciu metrów, posiadający moc kontroli słońca.
Oczywiście nie od razu domyślił się, o co chodzi.
- Kto butelka znowu bawi się prądem?! - rzekł przez mikrofon do drużyny. Potem jednak odwrócił się i ujrzał... Groudona. - Ups.
Wybiegł jak oparzony z kwatery, po czym skręcił szybko w stronę labiryntu krętych korytarzy. Mimo tego zaskoczenia i odczucia niebezpieczeństwa, zachował zimną krew i kierował się w znane mu jedynie miejsce. W pewnym momencie zatrzymał się, stylowo stuknął nogą w ścianę, z której o sześć rzędów cegieł wyżej wyłoniła się szufladka, w środku której znajdowały się klucze. Chwycił je i biegł dalej. Tylko pan ziemi niestety nie był kompletnie po jego stronie - w biegu przeszkadzały mu ciągłe trzęsienia ziemi. Pędził mimo to.
Zadzwonił telefon. To oddział z Lavaridge.
- Liderze... khhh... wulkan topi... khh... wybucha... khhhhhhhhh... potrzebne wspa...
Rozłączyli się. Lidera Magma dopiero teraz ogarnęły prawdziwe nerwy. Mimo to wciąż pędził przed siebie.
W końcu dotarł na miejsce - sejf. Wpisał 17-znakowy kod, otworzył drzwi i przed sobą zobaczył... pustkę.
Teraz sam chwycił za komórkę i zadzwonił do Jerzego. Nerwowo trzymał ją w ręku, która z kolei trzęsła się bardziej niż trzęsienie ziemi Groudona.
- Jerzy?! Widzisz to?!
- Widzę właśnie. To tragicznie.
- Pierdolić to, Groudon to najmniejszy problem! Jeśli nie masz tam gdzieś przy sobie Blue Orba, to jesteśmy w dupie.
- Skradziony?! No to jeszcze gorzej. - przez komórkę słychać było nie tylko kompletne nerwy Jerzego, ale również wir łopat helikoptera.
- Słyszę, że jesteś w powietrzu. Na jakiej wysokości?
- Na wysokości łba tej bestii.
- Leć tu szybko. Po drodze weź od Brassa wszystko, co może zdjąć nasze dzieło zniszczenia. I nie dzwoń do mnie.
- Zrozumiałem.
Po rozmowie lider wrócił korytarzami do wyjścia. Wykonał następne połączenie.
- Mill?! Bierz helikopter i pędź na Sky Pillar albo jakoś zbudź Kyogre. Masz dwa wyjścia, lepiej bierz to pierwsze.
- A co się stało?! Na cholerę mam tam lecieć? Rayquaza zrobi ze mnie wykałaczkę.
- A nasz Groudi ze mnie. Pogadaj z Rayem. Psychików nie wżera na śniadanie.
Tuż przed nim Groudon machnął swoją łapą. Dzięki temu baza ma teraz wentylację wielkości korytarza holu głównego i o 4 kwatery mniej.
- Lan?! LAAAAAN! Co to butelka było?!
- Kairyu.
Rozłączył się. Na niego czekał już kolejny telefon, z nieznanego numeru. Lan przerażony trzymał słuchawkę galaretowatą ręką.
- I jak? Podoba się twoja własna broń? A może mamy dołączyć do tego drugą połowę?
- Nie spytam się coście narobili, bo widzę na własne oczy - lider udawał, że ma sytuację pod kontrolą - Spytam skąd u was taka brutalność?! To, że Konkushi was rozjebał nie oznacza, że macie mścić się na całym Hoenn.
- Ten gówniarz to plan poboczny. Rocket to jedyny team, który ma rację bytu. Starczy?
- Och, jak mi przykro... Wasz chory do reszty plan skończy się za... kilka chwil.
Po czym rozłączył się. Wyjął kartę SIM, a telefon rzucił do dziury po łapie. Następnie na szybko obmyślił swój plan działania. Wybiegł z kwatery i wskoczył na motorówkę. Wyrzucił z Poke-balla Scizora.
- Wskakuj do wody. Teraz tak napędzaj tą łódkę skrzydłami, żebyśmy płynęli szybciej.
Sam lider też odpalił silnik. Wypłynął nim z miasta.

Jerzy w tym czasie znajdował się ok. 80 km od miejsca zdarzenia. Zleciał w miejsce, gdzie znajdowali się członkowie Four Fangs. Nawet nie było szczęśliwego przywitania. Od razu konkrety:
- Brass, widzisz co się dzieje?! Ktoś zbudził naszego kolosa bez naszej wiedzy. A to zawsze oznacza...
- ...problemy - dokończył młody lider Aqua - Czego ode mnie potrzebujesz? Wiesz, że w tym stanie nie mogę lecieć.
- Czegokolwiek, co może go pokonać. I kogokolwiek, kto ogarnie twoją własność - w tym momencie zwrócił się w stronę Hyacintha i Gilliama - jednak nie może to być żaden z was. Jesteście idealną lalką dla technologii Rocketów.
- Ja polecę - z grupy wystąpił Joshua. Konkushi protestował, rzecz jasna, ale wiedział, że to najlepsze, co może zrobić całe Four Fangs. Naprawdę mocne ręce muszą pozostać w razie ataku od tyłu.
- Zgoda. Bierz fragment kolekcji na kolosa. Lecimy za trzy minuty. Mill już poleciał, czyż nie?
- Pewnie - potwierdził Gilliam.
- Jedna uwaga... Brassem musi zajmować się Charlotte. W sytuacji kryzysowej - Santiago. Niestety, Heath, wiem, co mu grozi jeśli ciebie coś ogarnie...
- Rozumiem.

[Obrazek: fjpxk3.png]
Gallery
Hyacinth's Saga, druga moja pisana Saga w życiu.
Serre's Cardhouse
Mój have/want
Odpisz
 Cherish Balle podarowali: Conquest
10.07.2011, 16:54
Post: #6
RE: Hyacinth's Saga
Part V: In the name of memory/Miracle fight

Baza nagle opustoszała. Zamiast łapać Pokemony jak zwykle, muszą pilnować lidera Aqua, ukrytego za gipsem.
W oczach znajdujących się wewnątrz osób, całe pomieszczenie było... poszarzałe. Przez atak Team Rocket, przejęcie lidera aż na pół roku i obawy o młodego członka drużyny, cała czwórka widziała wszystko w czerni i bieli. Brass jedyny tutaj mógł mieć jakieś powiewy optymizmu. I ten powiew mógł jako jedyny wykorzystać, by wdmuchać go w resztę.
Charlotte z nad wyraz pustym obliczem przewiozła obecnego chłopaka pod bibliotekę.
- Słuchajcie... Nie mam pojęcia co się dzieje. Czarnulków już nie powinno tutaj być, jakkolwiek rasistowsko to zabrzmi. Zostali wybici doszczętnie. Ale i my ponieśliśmy mocne straty. Prawdopodobnie Agatha macha nam z góry i trzyma kciuki za nasz plan odbicia Elite Four...
Wszystkich strzeliło w głowę ostatnie zdanie.
- Nie żyje? - spytał zdziwiony Gilliam.
- Poległa w walce. Dosłownie... W ostatniej walce - mówił Brassrain. Nawet jego urządzenie do odczytywania na głos myśli przekazywało wszystkie emocje.
Wszyscy jednak siedzieli z pustym wzrokiem. Dlatego postanowił głosić mowę dalej:
- Niegdyś, kiedy potrzebne było mi ukrycie, nawet sam poświęciłem kawałek swojej twarzy. Piecze do dziś. Sam chyba Heath widziałeś maskę. Ale mniejsza o nią... Panie Gilliam, macie tu może... szyberdach? Jakkolwiek to zabrzmi.
- Tak. Można w każdej chwili odsłonić tą skałę z góry. Tuż pod nią jest okno, jak sam widzisz... Rozumiem, że chciałbyś zobaczyć kawałek nieba.
- Nie inaczej. Nie ja jeden z resztą - w tym momencie okno zaczęło wpuszczać światło do wewnątrz - To dla was zależy na takim kawałku nieba. Na szczęściu, na powrotu do starych czasów... Na końcu problemów. Doczekacie się takiego dnia, obiecuję to wam. Ale jest pewnie coś jeszcze. Możecie powiedzieć mi... O jakiej fizycznej rzeczy marzycie?
Wpierw, oczywiście, pozwolono mówić liderowi.
- Szczerze mówiąc... Moim dziecięcym marzeniem był kapelusz. Taki... z wąskim rondem, czarny...
- Nie wiem o czym marzę teraz - mówił Santiago - może jest to model statku. Takie wspomnienie dawnych dni. Albo tarcza do darta.
Heath poprawił monokl delikatnie, po czym rzekł:
- Widzisz, jak nasza bliska okolica uboga jest w ziemię uprawną? Mamy tylko pustynie... Chciałbym mieć fizyczną możliwość zasadzenia tutaj lasu.
Charlotte posmutniała.
- ...Fizyczna rzecz? Niestety, nie marzyłam o niczym takim. Chciałam tylko... mieć w życiu prawdziwą miłość.
Lider Aqua wpierw nie wyglądał na wybitnie szczęśliwego. Nie mógł spytać swojego brata o to, o czym marzy. Potem jednak wytworzył jakimś magicznym sposobem uśmiech na swojej twarzy, nikomu nie widoczny.
- Wszyscy siedzicie na ławce... A zajrzeliście pod nią chociaż?
Tak zrobili. Leżały tam trzy pudełka. Pod każdym z nich jedno, prócz Charlotte.
- Wy tam zajrzyjcie. Charlotte, jeśli mogłabyś, pojedź ze mną na zewnątrz.
Ona zaś wywiozła go z bazy. Tam zaczęli rozmawiać.
- Miłości w postaci międzyludzkiej nie mam jak Tobie zapewnić. Ale... Czy tak naprawdę to jest to, czego poszukujesz?
- Chciałabym... wiedzieć, że jest osoba, dla której znaczę więcej, niż zwykli ludzie... Jednak szukam również obiektu, który potrzebuje tejże miłości. Potrzebuje troski, zainteresowania się nim... Dlatego cieszę się, że to ja jestem póki co najbliżej Ciebie.
- Twój ojciec. To dla niego znaczysz najwięcej. To on cię wychowywał, to on uczył ciebie, był z tobą, najdłużej ciebie zna. Pocieszał ciebie... Robił wszystko, co było w jego mocy. Ale... Jest istota, która potrzebuje twojej pomocy. Spójrz w swoją lewą stronę - znajdowało się tam duże, otwarte pudełko na podeście. Nie widać było jednak jego zawartości - weź je.
Kobieta podeszła spokojnie w jego stronę. Coś się ruszało wewnątrz. Gdy była już tuż obok... w środku ujrzała kocię. Malutkiego kotka. Nie był to Pokemon, było to najzwyczajniejsze zwierzę.
- Jeśli chcesz gdzieś ulokować swoje troski i starania o lepsze życie, to właśnie on go potrzebuje. Opiekuj się nim godnie. Teraz... Wracajmy.
Charlotte to zdarzenie uznała za cud. Wzruszyła się do łez. Ale nie był to jedyny cud.
Wewnątrz wszyscy rozpakowali swoje prezenty. Na głowie lidera Four Fangs gościł nowy, szyty ręcznie, wykonany na zamówienie kapelusz. Santiago otrzymał obydwie ze swoich wymarzonych rzeczy. Heath zaś w rękach trzymał kluczyki.
- Na co one, Konkushi?
- Wyjdź na zewnątrz. Zobaczysz...
I wyszedł. Rozejrzał się... i trochę przed bazą ujrzał wielką szklarnię. Otworzył drzwi... Za nimi miał cały las. Pełno w nim było zwierząt, a nawet dzikich Pokemonów. Znajdowały się tu również rzadko bądź w ogóle nie spotykane gatunki roślin. Wrócił uradowany do pozostałych:
- Jak ty to zrobiłeś?! - wszyscy zgodnie spytali.
- To... jest właśnie magia. Być może to prezent od Agathy? Nie wiem - uśmiechnął się ponownie - nadal ze sobą współpracujemy, widać. Ale nie o to chodzi, jak ja to zrobiłem. Chodzi o to co zrobiłem. Jesteście szczęśliwi. A to jest... jedynie mała część tego szczęścia. Większa was czeka, gdy wygramy z naszym największym problemem.

Tymczasem Lancer... zmagał się ze swoim największym sprzymierzeńcem.

[Obrazek: fjpxk3.png]
Gallery
Hyacinth's Saga, druga moja pisana Saga w życiu.
Serre's Cardhouse
Mój have/want
Odpisz
 Cherish Balle podarowali: Conquest


Skocz do:


Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości