Pokemon Valhalla Forum

Pełna wersja: ,,Droga do Jedności"
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Stron: 1 2
Czyli fick, którego umieściłem na moim blogu, jednak nie zdobył on większego zainteresowania, więc postanowiłem umieścić go na łamach Valhalli. Nie jest to jednak taki zwykły fick, gdyż jest on oparty na zapisie z gry Leaf Green( tak wiem, ile można czytać opowiadań rozgrywających się w Kanto, ale po prostu ta wersja jest mi najbliższa), lecz postanowiłem sobie narzucić tryb rozgrywki Nuzlocke, coby opowiadanie było ciekawsze. O to moje zasady:

1. Na każdej trasie mogę złapać TYLKO pierwszego spotkanego Poka. Jeśli okaże się, że danego osobnika lub kogoś z jego rodziny ewolucyjnej już mam, trudno - szansa przepadła.
2. Każdy Pok musi mieć nadaną ksywkę.
3. Pokemon, który zemdleje musi być odłożony do boxu.
4. Nie mogę leczyć stworków w trakcie walki.
5. Pokemony eventowe(takie jak Eevee) nie zaliczają się do danego miejsca/trasy.
6. Mogę grać dopóki wszystkie moje Poki(także ,,rezerwa" z boxów) nie padną.

Oczywiście w samym tekście wszystko to będzie bardziej, hmmm, powiedzmy naturalne. Jak na razie mam napisane 7 rozdziałów, które opublikuję w najbliższym czasie. Mam nadzieję, że fick, mimo iż jego akcja rozgrywa się w Kanto, będzie ciepło przyjęty. Wszelkie słowa oceny i krytyki mile widziane. A tymczasem zachęcam do przeczytania pierwszego rozdziału Wink

Pokemon
Droga Do Jedności

Rozdział 1
Od dziecka łączyła mnie szczególna więź z Pokemonami. Zresztą, nie ma się co dziwić. Mama uwielbiała opiekować się rannymi stworkami, które spotykała w trakcie codziennych zajęć. Nie było Poka, którym by się nie zaopiekowała w razie potrzeby. Jak możecie się domyślić, nasz dom w Viridian City pełen był dzikich stworzeń, które spokojnie regenerowały siły w cieple domowego ogniska. Wielu pacjentów mamy pragnęło zostać z nami i pomagać jej w zajęciach, jednak ta zawsze odsyłała ich na łono natury. Jako dziecko nie rozumiałem podejścia matki do jej podopiecznych. Jednego dnia spytałem, dlaczego nie pozwala zostać Pokemonom chętnym do pomocy. Wówczas mama spojrzała mi w oczy i wypowiadała zdanie, które nie dawało mi spać po nocach. ,,Gdy je spotkałam, potrzebowały mnie. Ale może przyjść chwila, w której ktoś będzie potrzebował ich.” Później, w blasku księżyca, głowiłem się nad znaczeniem tych słów. ,,Przecież my też możemy ich kiedyś potrzebować’’, dochodziłem do wniosku i wciąż ni w ząb nie mogłem pojąć matczynej logiki. Pewnego dnia jednak doznałem oświecenia. Miałem wtedy jakieś jedenaście lat i, wspólnie oglądaliśmy transmisję mistrzostw Ligii Pokemon z regionu Sinnoh. Jeden z trenerów używał Magmortara. Magmortara, który miał jedną rękę w ranach, zupełnie jakby ktoś ją ciął. Szybko skojarzyłem fakty. Kilka lat wcześniej mama znalazła pokeball, w którym schowany był Magmar z dokładnie tak samo pokiereszowaną kończyną. Leczenie zajęło jej kilka tygodni, ale w końcu Pokemon wyzdrowiał i mógł wrócić do trenera, któremu mama osobiście oddała kapsułę, po tym jak dowiedziała się, kim jest i dlaczego podrzucił nam swojego stworka. Warto też wspomnieć, że owy Magmar bardzo chciał z nami zostać, jednak matula nie pozwoliła na to i uparła się, aby wrócił do swojego właściciela. Osłupiały spojrzałem na rodzicielkę, a ta uśmiechnęła życzliwie i spytała:

- Widzisz? Mówiłam, że przeznaczeniem naszych pacjentów nie jest trwanie przy moim boku, teraz rozumiesz?

- Tak – odpowiedziałem poważnie i wróciliśmy do oglądania zawodów.

Tego wieczoru doznałem jeszcze większych wrażeń. Naszemu faworytowi walka szła ciężko. Jego przeciwnikiem był Hariyama – typ walczący, więc teoretycznie Magmortar, jako Pokemon ognisty, powinien raz dwa się z nim rozprawić. Mimo to dawny pacjent mamy miał spore trudności z powaleniem rywala na ziemię. Ba, zdarzyło się tak, że Magmortar był na skraju wyczerpania, po Lodowych Pięściach Hariyamy, i tylko czas oddzielał go od przegranej. Jednak nagle ognistego Poka i jego trenera pochłonęła czerwona aura, która utrzymała się przez kilka chwil. Kiedy poświata zniknęła Magmortar wydawał się być w pełni sił, a jego oczy...Miały dokładnie taki sam wyraz jak oczy trenera, zupełnie jakby jego duch połączył się z duchem Pokemona. Jakby na dowód moich myśli, obydwaj zaczęli wykonywać diabelnie zsynchronizowane ruchy, co zdezorientowało przeciwników. Ta krótka chwila przechyliła szalę zwycięstwa o sto osiemdziesiąt stopni i Magmortar w pięknym stylu rozgromił Hariyamę, używając przy tym całej swojej ognistej mocy. Oboje oglądaliśmy transmisję z wypiekami na twarzy, a gdy walczący Pokemon padł wydaliśmy z siebie okrzyki radości.

Później, wciąż podekscytowany obejrzaną walką, spytałem mamy, co się stało na arenie.

- Magmortar i jego trener stali się jednością – odpowiedziała mi. – Czymś, do czego powinni dążyć wszyscy partnerzy.

- Ja też? – patrzyłem na mamę z największą uwagą.

- Tak – skinęła głową. – Ty też, kiedy wreszcie staniesz się trenerem.

Zawsze z uśmiechem wspominam tamten dzień, nie inaczej było i dziś...Przecież nawet się nie przedstawiłem! Wybaczcie, już naprawiam swój błąd. Na imię mi Adam i dziś w końcu wyruszam w drogę po regionie Kanto, aby wypełnić jeden cel: zostać nowym championem swojej krainy. Wiem, mało oryginalna ambicja, jednak o czym może marzyć przyszły trener Pokemonów? Wystarczy, że już wyglądem odróżniam się od reszty znajomych. W mojej szafie istnieją tylko czarne ubrania, poza tym...Nie każdy piętnastolatek chodzi z mieczem przypiętym do pasa, prawda? Przejrzałem się w lustrze. Brązowe włosy nie były zbyt ułożone, ale za to grzywka nieźle przysłaniała czoło. Czarna kurta i spodnie zdawały się leżeć dobrze, a pochwa od miecza, w kolorze stali, lśniła blaskiem. Na oczy, zwykle niebieskie, nałożyłem soczewki, dzięki czemu miały teraz piwny kolor. Odszedłem od lustra, wziąłem z łóżka fioletowy plecak i, nałożywszy go na plecy, zszedłem na dół. A tam już czekała na mnie mama, moje całkowite przeciwieństwo. Matula była blondynką z życzliwym uśmie-chem, zawsze ubierająca się na jasno. Tylko kolor oczu nas łączył, ten morski błękit, który chowałem za soczewkami.

- Nareszcie się doczekałeś – po jej policzku płynęła pojedyncza łza, jednak mama nic z nią nie zrobiła.

- Tak – skinąłem głową i uśmiechnąłem się. – Nareszcie opuszczam ,, Dom Rehabilitacyjny Drayanów”.

Z czasem nasza ,,klinika” dla dzikich Pokemonów stała się dość popularnym sanatorium. Po przygo-dzie z Magmarem, mama postanowiła przyjmować także stworki trenerów, jednak rzadko to robiła, co nie przeszkadzało ludziom nachodzić jej i prosić o pomoc.

- Chyba muszę w końcu zawiesić tę tabliczkę nad drzwiami, skoro i tak każdy używa tej na-zwy...Mam coś dla ciebie.

- Co takiego? – ciekawość aż mnie pożerała, prezenty od mamy zawsze były cenne.

Kobieta udała się do kuchni, a ja poszedłem za nią. Na blacie zauważyłem srebrny łańcuszek, któremu za zapinkę robiła kropla wody. Kiedy matula chwyciła wisiorek, od razu zrozumiałem i uśmiechnąłem się, najwdzięczniej jak tylko umiałem. Znała mnie jak nikt, dobrze wiedziała, kto będzie moim pierwszym partnerem.

- Odwróć się – poprosiła, a ja to zrobiłem i poczułem jak zapina mi łańcuszek na szyi. - Gotowe.

Stanąłem przodem do matki i bez słów mocno ją przytuliłem. Uznałem to za lepszy sposób podziękowań, żadne werbalne wyrazy wdzięczności nie byłyby wyrazić tyle, ile ten jeden gest.

- Przypnij do niego pokeball i pamiętaj, że Pokemony wymagają miłości i troski.

- Nie zapomnę o tym – obiecałem. – Przecież od tylu lat pomagam ci z rannymi stworkami. Nauczy-łem się więcej, niż mogłabyś sobie wyobrazić.

- Idź już – powiedziała i jeszcze raz mnie przytuliła. – Zadzwoń czasem.

- Zadzwo...O cholera! –krzyknąłem, przypomniawszy sobie o tym, że nie wziąłem Pokegeara z pokoju. Szybko naprawiłem swój błąd i wróciłem do mamy. – Będę dzwonił.

- Niby dojrzały, a jednak taki...Ruszaj już – pożegnała mnie z uśmiechem.

- Do zobaczenia – odpowiedziałem i wyszedłem z domu.

Miasto Viridian nie było jakieś szczególnie wielkie. Mieliśmy jeden sklep i jedno Centrum Pokemon, a sama miejscowość liczyła niewiele ponad dwa tysiące mieszkańców. W moim mieście znajdowała się również sala gimnastyczna, jednak zamknięta od wielu lat. Nigdy nie można było trafić na jej lidera. Prawdę powiedziawszy ciekawiło mnie, czy jeszcze ktokolwiek pamięta osobę odpowiedzialną za tzw. ,,gym”.

Udałem się do sali i chwilę popatrzyłem na budynek biały budynek z brązowym dachem i dwoma oknami. Przed wejściem stały dwa pomniki Rhydonów, wyrzeźbione z kamienia. Pokemony spoglądały podejrzliwie na każdą osobę stojącą przed nimi.

- Gdzie jesteś, liderze? – spytałem, lecz odpowiedziała mi tylko pustka. Postałem jeszcze trochę przed budynkiem, nie wiem sam, dlaczego. Po prostu coś mnie tu trzymało, jakaś dziwna do wytłumaczenia więź.

- Adam? – usłyszałem i obejrzałem się. Przede mną stał niski staruszek w niebieskiej koszuli i brązowych spodniach. Na głowie nosił beret w kolorze swoich spodni, a rękę opierał na misternie wykonanej lasce.

- Witam, panie Roll – skinąłem głową z szacunkiem. – Miło pana widzieć.

- Ciebie również, młodzieńcze – staruszek uśmiechnął się. – Nie zobaczymy się przez długi czas, prawda? Wreszcie wyruszasz w podróż.

- Tak – potwierdziłem. – Skończył mi się etat w domu mojej mamy, ha ha ha.

- Wychowała cię na wspaniałego młodzieńca, pamiętasz jak samemu opiekowałeś się moim Pidgey-em? Zajmowałeś się nim, jakby to był twój własny Pokemon.

- Pamiętam. Gdyby nie mama, to nie spałbym kilka dni z rzędu. Ile ona wtedy się na mnie na-krzyczała.

- Ale koniec końców wszystko skończyło się dobrze – dopowiedział pan Roll. – A ja nijak się tobie nie odwdzięczyłem...

- Nie ma za co – odpowiedziałem od razu. – Pomóc innym, ludzka rzecz. Naprawdę nie ma o czym mówić.

- Jak zawsze skromny – mimowolnie uśmiechnąłem się, słysząc tę pochwałę. Staruszek sięgnął do kieszeni kurtki i wyjął z niej małą perłę, mieniącą się różnymi kolorami: różowym, fioletowym, niebieskim, zielonym i żółtym. Na jej powierzchni widniał czarny kontur, przypominający zniekształconą łzę, pokreskowaną w środku.

- Co to? – spytałem zaciekawiony.

- Dowiesz się w swoim czasie. Powodzenia, Adam.

- Dziękuję, panie Roll – skinąłem głową i uścisnąłem dłoń staruszka. – Jeszcze pana odwiedzę.

Schowałem pamiątkę do plecaka i udałem się na południe, ku miasteczku Pallet, aby w końcu rozpocząć swoją podróż naprawdę. Miejscowość ta była cichym miejscem, którego mieszkańcy żyli w zgodzie z naturą. Z mamą zawsze udawaliśmy się tutaj na festyny z okazji pierwszych dni pór roku.

Wreszcie dotarłem do celu mojej drogi – laboratorium profesora Oak. Śmiało otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. To, co zobaczyłem kompletnie mnie zamurowało. Cały budynek wypełniony był wszelakimi sprzętami badawczymi, a gdzieniegdzie udało mi się nawet dojrzeć Pokemony takie jak Rattata czy Mankey. Rozglądając się na wszystkie strony, dotarłem wreszcie do pokoju profesora. Tu już zapukałem do drzwi. Kiedy usłyszałem pozwolenie, otworzyłem je i wszedłem do pomieszczenia, w którym czekał już na mnie naukowiec...Z tylko jednym pokeballem?

- A gdzie są...- wydukałem niepewnie.

- Lily i Jason? – dokończył profesor. – Już wczoraj wyruszyli w drogę.

Spojrzałem z niedowierzaniem na mężczyznę. Professor Oak był człowiekiem w średnim wieku, a jego stojące brązowe włosy, gdzieniegdzie pokrywała siwizna. Ubierał się w biały kitel, fioletową koszulę i brązowe spodnie, a na jego twarzy zawsze gościł uśmiech. Tak było i tym razem – spoglądał na mnie, uśmiechając się życzliwie.

- Jak to? – zdołałem po dłuższej chwili wyrzucić z siebie pytanie. – Przecież mieliśmy...

- Musieli wyruszyć wcześniej – poinformował mnie Oak. – Ale na pewno jeszcze nie raz się spotkacie. Nie martw się, ich wybór padł na Bulbasaura i Charmandera.

- Co? – spytałem odruchowo i spojrzałem na stół, gdzie leżał samotny pokeball. – To znaczy, że...

- Squirtle należy do ciebie – profesor skinął głową, podszedł do mnie i wręczył mi pięć kul oraz czer-woną książeczkę, która przypominała przewodnik. – To też ci się przyda.

- Tak – powiedziałem, po czym schowałem pokedex do plecaka, a pokeballe przypiąłem do pasa. – Profesorze, czy mogę...

- Nie krępuj się – usłyszałem odpowiedź, więc szybko podniosłem kapsułę ze stołu i otworzyłem ją.

Pokój rozjaśniło jasne światło, a następnie moim oczom ukazał się malutki żółw – mój nowy partner.

- Jest cudowny – skomentowałem i wziąłem Squirtle’a w ramiona,a ten uśmiechnął się do mnie i spojrzał mi w oczy z równie wielką sympatią, jaką ja go darzyłem.

- Cudowna – poprawił mnie profesor. – To ona.

- Zannah - powiedziałem do Pokemona, zwracając uwagę na informację od Oaka. – Od dziś będziesz znana jako Zannah.

Schowałem Squritle’a do pokeballa, którego potem przypiąłem do łańcuszka od mamy i ukłoniłem się z szacunkiem przed naukowcem.

- Dziękuję, profesorze, nie wiem co powiedzieć...

- Więc ruszaj, mój drogi – zaproponował Oak. – Pokemony z całego świata czekają na ciebie.

Skinąłem tylko głową i wybiegłem z laboratorium, po czym ruszyłem w drogę powrotną do miasta Viridian, lecz w połowie trasy drogę zagrodził mi Bulbasaur, który warczał na mnie i patrzył wściekle.

- Witaj, mały – przywitałem się z Pokemonem. – Gdzie twój trener?

- Wiedziałem , że nie dasz się nabrać na to, że jest dziki – usłyszałem komentarz i z drzew wyszedł Jason – wnuk profesora Oak. Tak jak dziadek, miał on stojące brązowe włosy i ubierał się na fiolet i brąz. Chłopak patrzył na mnie z wyższością, jak to zwykle miał w zwyczaju. – Dlaczego cię wczoraj z nami nie było?

- Nie wiedziałem o tym, że wyruszacie wczoraj – odpowiedziałem i odpiąłem pokeball od wisiorka. – Ale skoro już się spotykamy, to co powiesz na mały sparing?

- A myślisz, że dlaczego czekałem na ciebie?

Nie trzeba było mi nic więcej mówić. Uwolniłem Zannah z pokeballa, która natychmiast wyraziła swoją gotowość do walki.

- Pokażemy im jak się walczy, co nie, maleńka? – spytałem, a Pokemon potwierdził moje słowa wesołym okrzykiem.

- Chyba śnisz. Bulbasaur, ruszaj na nią!

Trawiasty stworek bez chwili wahania wykonał polecenie, lecz Zannah bez problemu go ominęła i odpowiedziała kontrą, która jednak także nie trafiła.

- Użyj Machania Ogonem – rozkazałem swojemu stworkowi,a ten natychmiast wykonał polecenie, na chwilę obniżając uwagę Bulbasaura.– Brawo, a teraz napieraj na niego z całą mocą!

Zannah rozpędziła się i uderzyła mocno w przeciwnika, co zaowocowało jego spowolonieniem. Widać było, że moja Squirtle zadała mu spore obrażenia. Podziwiałem przez chwilę efekt jej siły i to skończyło się równie silnymi ciosami zadanymi Zannah przez Bulbasaura.

- Uważaj! Tu się toczy walka! –pouczył mnie Jason, przez co szybko się ogarnąłem i myślami znów wróciłem na nasze pole bitwy.

Bitwa, trzeba przyznać, była zacięta, gdyż jeszcze żaden z Pokemonów nie znał ataków swojego typu, dzięki czemu oba stworki miały równe szanse. Koniec końców jednak mojej Zannah udało się pokonać Bulbasaura Jasona, co wywołało u mnie ogromną euforię.

- Brawo! – krzyknąłem, biorąc Squritle’a na ręce. – Byłaś wspaniała!
Pokemon tylko się do mnie uśmiechnął i samemu wskoczył do pokeballa. Skinąłem tylko głową, rozumiejąc, że chce odpocząć.

- Wygrałeś dzięki szczęściu – Jason skomentował nasz pojedynek. – Następnym razem będą się liczyły umiejętności.

- Nie wątpię – skwitowałem, nie chcąc wdawać się z nim w niepotrzebną dyskusję. – Do następnego.

Nie otrzymałem odpowiedzi. Chłopak po prostu odwrócił się i odszedł w swoją stronę, a ja wbiłem miecz w ziemię i usiadłem, opierając się o niego. Przypiąłem pokeball do łańcuszka i spojrzałem na drzewa przede mną, które zdawały się być tylko tłem dla łąki. Skoro już mamy pierwsze zwycięstwo, przydałoby się złapać pierwszego Pokemona, pomyślałem i zacząłem czekać na okazję, której byłem pewny. Ta droga roiła się od Rattat i Pidgeyów, na pewno jakiś się wkrótce pojawi.

Najważniejsze informacje o trenerze:
Imię: Adam
Wiek: 15 lat
Drużyna:
Zannah (Squirtle) - otrzymana w Pallet Town
Odznaki: 0
Zgony: 0

Wiem, że walka Adama i Jasona zbyt emocjonująca nie była, ale zaręczam, że w kolejnych rozdziałach bitwy będą opisywane z większym rozmachem. Tymczasem pozdrawiam ciepło. Big Grin
Prorok
Witam Was wszystkich! :3
Z góry przepraszam za moją dłuugą nieobecność, która nie powinna się już powtórzyć. Po Cherishach wnioskuję, że rozdział przypadł Wam do gustu, co mnie niezmiernie cieszy Smile Winny jestem też podziękowania użytkownikowi Soon za jego wszystkie uwagi, dzięki którym ten fic, będzie, mam nadzieję coraz lepszy. Mam jeszcze trzy rozdziały napisane, ale powinny się pojawić na forum do przyszłego tygodnia, a potem już będą pisane na bieżąco i regularnie.
No, tyle w kwestiach ogólnych. Jeśli mowa o samym rozdziale, to dziś zobaczycie czy zdołałem zwyczajne łapanie Pokemonów na ciekawą historię, która niby nic nie wnosi do fabuły, lecz później odegra wielką rolę. Mam nadzieję, że ten chapter (choć krótszy od poprzedniego) Wam się spodoba Wink.

Rozdział 2

Nie musiałem długo czekać. Dosłownie kilka minut po tym, jak usiadłem na ziemi, zbliżyła się do mnie dzika Rattata, samica, jak się dowiedziałem z Pokedexu. Czerwonooka myszka nie wyglądała na wrogo nastawioną. Patrzyła na mnie z zaciekawieniem, przy okazji pociągała nosem jakby starała się wywęszyć coś w powietrzu.

- Ahh – westchnąłem, przyglądając się Pokemonowi życzliwie. – Jesteś głodna.

Rattata spojrzała na mnie i pokiwała żarliwie głową, a ja wyjąłem z plecaka odrobinę karmy dla Po-ków i wyciągnąłem dłoń ku niej. Stworek spojrzał na mnie niepewnie, ale w końcu głód wygrał z rozsądkiem i myszka ochoczo zjadła posiłek z mojej dłoni. Ucieszyło mnie to ogromnie, gdyż już miałem plany, co do tego Pokemona. Gdy mysz skończyła jeść, spojrzała na mnie błagalnym wzrokiem, lecz ja wstałem, odpiąłem pokeball od łańcuszka i powiększyłem go w dłoni.

- Jeśli chcesz więcej, musisz sobie zasłużyć – powiedziałem.

Rattata popatrzyła mi w oczy i stanęła w pozycji wyrażającej gotowość do walki. W jej oczach widziałem, że ona nie tylko chce jeść, ale też sprawdzić się. Przez ten widok na mojej twarzy zagościł uśmiech i wypuściłem Zannah z kapsułki.

- No, maleńka! – krzyknąłem do żółwia. – Pokażmy, na co nas stać! Ta Rattata ma być naszym no-wym towarzyszem, rozumiesz?

Squirtle odpowiedziała radośnie i na moją komendę zaszarżowała na dzikiego stworka, jednak ten wykonał sprawny unik. Taka sytuacja nie miała miejsca tylko raz. Mysz była niesamowicie szybka, przez co mój Pokemon musiał się trochę zanim nabiegać.

- Starczy – rozkazałem żółwiowi, widząc, że jego starania nie przynoszą efektu. - Poczekajmy, aż nasz gość przypuści atak, wtedy ją dorwiemy
.
Squirtle kiwnęła głową i stanęła w miejscu. Razem czekaliśmy aż Rattata straci cierpliwość i zaataku-je. Nie minęło dużo czasu, mysz, domyśliwszy się, że nie mamy zamiaru jej atakować, sama ruszyła na mojego Pokemona. W tym momencie Zannah naparła na dzikiego stworka i zadała jej porządne obrażenia.

- Brawo! – pochwaliłem Squirtle. – Teraz mamy okazję! Nie dawaj jej chwili wytchnienia!

Stworek idealnie zrozumiał polecenie i, już bez moich komend, szarżował na Rattatę, zadając jej co chwilę ciosy. Gdy zobaczyłem, że mysz już powoli pada, krzyknąłem do Zannah, aby przestała, po czym odpiąłem pokeball od pasa i rzuciłem nim ku Pokemonowi.

Chwila niepewności i...

- Mam cię! – zawołałem, gdy kapsułka przestała się ruszać. Natychmiast podniosłem kulkę z ziemi i zwróciłem się ku Zannah.

– Patrz, maleńka! Złapaliśmy Mychę!

Squirtle spojrzała na mnie jak na wariata po usłyszeniu ksywki Rattaty, a ja odpowiedziałem jej:

- Wiem, że nie najlepszy pseudonim, ale i tak nie jest zły – obroniłem się. – A teraz chodź do Viridian, musimy pomóc tej małej.

Stworek kiwnął głową i udaliśmy się do miasta, a tam obsługa Centrum Pokemon zrobiła swoje, dzięki czemu Mycha była znów w pełni sił. Po leczeniu zjedliśmy posiłek i udaliśmy się na Drogę 22 w poszukiwaniu nowych kompanów. Przy okazji chciałem pooglądać widoczny nawet z takiej odległości budynek Ligi Pokemon na płaskowyżu Indygo. Gdy tak siedziałem i podziwiałem cel moich marzeń, przysiadł się do mnie dziki Mankey. Spokojnie wyjąłem Pokedex, a ten...powiadomił mnie, że stworek jest samiczką.

- Mam szczęście do dam – zażartowałem i spojrzałem na małpkę. – Co tu robisz?

Pokemon spojrzał na mnie, ale nie wydał z siebie żadnego dźwięku, tylko wciąż patrzył z zaciekawieniem. To była dla mnie dziwna sytuacja. W Pokedexie przeczytałem wiadomości, że Mankeye to stworzenia łatwo wpadające w furię, a ten osobnik odznaczał się niewyobrażalnym wręcz spokojem.

- Co tu robisz? – powtórzyłem. – Chcesz walczyć?

Mankey jednak wciąż tylko patrzyła na mnie, nie poruszyła się nawet o milimetr, nie okazała żadnej oznaki wrogości. W takim wypadku postanowiłem zaryzykować i odpiąłem pokeball od pasa, po czym rzuciłem nim delikatnie w Pokemona, który...dał się złapać. Patrzyłem przez chwilę w kapsułkę, osłupiały, lecz w końcu się ogarnąłem. Podniosłem kulę z ziemi i szepnąłem do niej.

- Będziesz Furiatką, moja spokojna Mankey – postanowiłem. – Ot tak, paradoksalnie. Zobaczymy, co wtedy z ciebie wyrośnie.

Popatrzyłem jeszcze jakiś czas na płaskowyż i ostatni raz wróciłem do Viridian, aby z niego wyruszyć do miasta Pewter, gdzie czekała na mnie pierwsza sala gimnastyczna regionu Kanto. Zanim jednak tam dotrę, muszę przejść przez Las Viridian, zwany także Labiryntem. Jakby teraz o tym pomyśleć, ciekawe, dlaczego nikt nie wymyślił jeszcze bardziej bezpiecznego połączenia między miastami. No nic, trzeba sobie jakoś radzić. Zajrzałem jeszcze do sklepu, aby uzupełnić zapasy, a tam usłyszałem ciekawą rozmowę między dwoma chłopakami.

- Widziałeś go? – spytał jeden drugiego. – Był niesamowity, prawda?

- Tak – przyjaciel gorliwie się z nim zgodził. – Te jego kły. Przeciwnik nie miał szans. Chyba sam złapię jakiegoś Rattatę i zacznę go trenować.

Rozmowa tych dwóch zainteresowała mnie, więc podszedłem do nich i spytałem:

- Sorki, że się wtrącam, ale o kim wy mówicie?

- Co? – pierwszy z chłopaków spojrzał na mnie, jakbym był wariatem. – Nie słyszałeś o Raticate’cie, który się panoszy w tych okolicach?

Potrząsnąłem głową, co jeszcze bardziej zaskoczyło moich rozmówców, więc drugi mi wszystko wyjaśnił.

- Pojawił się jakieś dwa dni temu, nie wiadomo skąd i od tego czasu napada na trenerów.

- Napada? – zdziwiłem się.

- No, może nie napada – chłopak się poprawił. – Ale wyzywa ludzi do walki, po czym miażdży ich Pokemony, rozumiesz?

- Powoli zaczynam – przytaknąłem. – Naprawdę jest taki silny?

- Tak! – zawołał pierwszy. – Już nawet kilka osób chciało go złapać, ale nic z tego. Tego Raticate’a nie da się nawet osłabić, jest diabelsko szybki i ma bardzo ostre zęby.

- Bardzo ostre zęby... – powtórzyłem, marszcząc przy tym brwi. – Dzięki, może sam spróbuję go dorwać, bajo!

Szybko kupiłem, czego mi brakowało i pędem wybiegłem ze sklepu, po czym zacząłem pytać miesz-kańców czy słyszeli coś o owym Raticate’cie. Spytałem kilku doświadczonych trenerów i od każdego słyszałem mniej więcej to samo: A co? Chcesz z nim walczyć? Najpierw lepiej spraw, aby twoje Pokemony wyewoluowały w najwyższe stadium, a i tak wtedy będzie ci ciężko.

Po wysłuchaniu kilku takich ostrzeżeń, zacząłem szukać informacji o tym, gdzie ta ,,krwiożercza mysz” ma swoje legowisko. Na to pytanie jednak nie dostałem odpowiedzi, każdy mi mówił, żebym szukał gdzieś na Drodze 2, jednak dokładnej lokalizacji nie otrzymałem.

No cóż, najwyraźniej samemu muszę znaleźć tę bestię, pomyślałem i ruszyłem na wspomnianą trasę, jednak nie znalazłem żadnego ,,Strasznego Raticate’a” . Same Rattaty i Pidgeye. Nawiasem mówiąc jednego, a właściwie jedną, z tych drugich udało mi się złapać. Po tej chwili triumfu wypuściłem Zannah, aby razem z nią pogłówkować nad imieniem dla naszej nowej kompanki.

- Może Świstoświnka? – spytałem po tym, jak Squirle zbeształa mnie bąbelkami za pomysły takie jak ,,Lotka” czy ,,Hellena”. Żółw spojrzał na mnie ze zdziwieniem i już szykował się do wystrzału, gdy powstrzymałem ją gestem.

- Spokojnie, maleńka, spokojnie – powiedziałem. – Skrócimy do ,,Świnka” i koniec dyskusji, ten jej różowy dzióbek wygląda jak nos Man...Co się stało?

Wzrok Zannah wyraźnie sugerował, że za mną znajduje się coś, o czym powinienem wiedzieć. W ,,patrzałkach” mojego stworka widniał ogromny niepokój, a nawet strach, ale co mogło przestraszyć Squirtle w tak bezpiecznej okolicy? Nagle mnie olśniło. Schowałem Zannah do pokeballa, odwróciłem się powoli i moim oczom ukazał się Raticate gotowy do walki. Jego pazury drapały nerwowo ziemię, dodatkowo Pokemon kąsał powietrze. Wstałem i dokładniej przyjrzałem się stworkowi.

- Czyli ty jesteś tą krwiożerczą myszą – skomentowałem. – No, no, faktycznie wyglądasz na doświadczonego przez życie.
Raticate wciąż patrzył na mnie wrogo, a ja spokojnie wypuściłem Mychę z pokeballa.

- Patrz, maleńka – powiedziałem do Rattaty. – Tak będziesz wyglądać, kiedy staniesz się do-statecznie silna.

Fioletowy stworek popatrzył na brązowego, a gdy ten zawarczał groźnie, Mycha schowała się za mną.

- Nie bój się, mała – powiedziałem i Rattata natychmiast skoczyła na moje ramię. – Ten Raticate nie zrobi nam krzywdy, prawda? Za chwilę pojawi się tu jego trener.

Wrogi stworek spojrzał na mnie, całkowicie zdezorientowany. Uśmiechnąłem się życzliwie do niego i rzekłem:

- Naprawdę uważasz, że dam się nabrać na to, że tak potężny Pokemon nie ma trenera?

Nagle usłyszałem wołanie ,,Archiwald! Archiwald!” i odwróciłem się w stronę źródła dźwięku. Kilka chwil później moim oczom ukazał się czarnowłosy wysoki szczupły mężczyzna z niebieskimi oczami i mocno zarysowanymi kośćmi policzkowymi. Na szyi nosił błękitną chustę, a reszta jego ubrań była koloru szarego.

- Archiwald! Archi...O , tu jesteś! - trener prędko podbiegł do Pokemona, którego potem wziął na ręce, jednak Raticate nie wyglądał na zadowolonego.

Stworek szybko wyskoczył z rąk mężczyzny i teraz przed nim stał w pozycji bojowej. Tym razem w oczach myszy dostrzegłem ognistą wręcz nienawiść do osoby, która jeszcze chwilę temu trzymał go na rękach. Czy ten człowiek na pewno był trenerem tego Pokemona?

- Archiwald, co z tobą? – trener wyglądał na wyraźnie skołowanego. – Dlaczego uciekłeś, co się z tobą...

- Uciekaj! – krzyknąłem do mężczyzny, a chwilę później Raticate skoczył na niego, lecz ten nie wydawał się zbytnio przejmować atakiem.

Po prostu zrobił krok w bok, a stworek ominął go zgrabnie. Teraz jednak dostrzegłem zmianę na twarzy człowieka. Zagościł na niej niepokój, a brwi zmarszczyły się niepewnie.

- Jeśli nie ma innego wyjścia, niech będzie. Kulfon, do boju!

Trener odpiął pokeballa od pasa i wypuścił z niego Persiana. Kot stanął dumnie i spoglądał z wrogo-ścią na Raticate’a, a ten odpowiedział mu takim samym spojrzeniem.

- Kulfon! – zawołał mężczyzna. – Archiwaldowi coś odbiło, musimy mu przywrócić rozsądek. Użyj Cięcia!

Kot zgrabnie wyciągnął dłoń ku myszy, lecz Raticate bezproblemowo uniknął ataku. Trzeba przyznać, skubany był szybki. Z zaciekawieniem obserwowałem walkę, przyglądając się trenerowi i jego Pokemonom. Nie ulegało wątpliwości, że obydwa stworki były wytrenowane znakomicie, zwłaszcza Raticate, który zawsze potrafił wgryźć się w przeciwnika, używając Hiper Kła. Persian też nie dawał sobie w kaszę dmuchać. Co więcej, w jego ruchach dało się wyczuć swoistą grację Podczas używania Siekania czy Cięcia demonstracyjnie pokazywał swoje pazury, a przy wykonywaniu Pisku dźwięcznie eksponował swój głos. Mogłem więc obserwować walkę gracji z szybkością.

Koniec końców bitwa zakończyła się remisem, obydwa Pokemony zemdlały ze zmęczenia, a trener bez słów schował je do pokeballi. Po wszystkim mężczyzna spojrzał na mnie i przez chwilę obserwował mnie badawczo, a jeszcze większą uwagę poświęcił Mysze.

- Nowy trener? - spytał w końcu, a ja kiwnąłem głową. – Widać, twoja Rattata jest jeszcze bardzo młoda, ale ma potencjał. Nie zmarnuj go.

- Dobrze – skinąłem, po czym spytałem. – Ale kim jesteś? Dlaczego ten Raticate od ciebie uciekł?

Mężczyzna milczał dłuższą chwilę, ale doczekałem się odpowiedzi na jedno z moich pytań, chociaż niezbyt jasnej.

- Też chciałbym wiedzieć – odpowiedział, jakby zamyślony. – Archiwald to najbliższy mi Pokemon, razem z nim pokonywałem każdego przeciwnika. Dlaczego więc uciekł? Może się kiedyś dowiem.

Spojrzałem na niego osłupiały, a ten nagle odzyskał humor i uśmiechnął się do mnie i odezwał się życzliwym głosem.

- Tymczasem trzymaj się ciepło. Cześć!

Po tym pożegnaniu wypuścił z pokeballa Dodrio i poleciał na nim w dal, a ja wciąż stałem w miejscu jak osłupiały, dopóki Mycha nie ugryzła mnie delikatnie w ucho.

- Aaaał – skrzywiłem się. – Co ty...Ahh, tak. Przecież mamy tu zadanie do wykonania. Musimy pokonać Ligę! Słyszałaś Mycha? Jeśli będziemy odpowiednio trenować to pewnego dnia możesz się stać tak samo silna jak Archiwald!

Rattata odpowiedziała wesołym piskiem i udaliśmy się do Lasu Viridian, aby przez niego dostać się do miasta Pewter.


Najważniejsze informacje o trenerze:
Imię:Adam
Wiek: 15 lat
Drużyna:
Zannah (Squirte) - otrzymana w Pallet Town
Mycha (Rattata) - złapana na Route 1
Furiatka (Mankey) - złapana na Route 22
Świnka ( Pidgey) - złapana na Route 2
Odnzaki: 0
Zgony: 0

P.S Ciastko dla tego, który mi powie kim jest trener Archiwalda. Big Grin
(6.03.2017, 14:41)Prorok_Raven napisał(a): [ -> ]P.S Ciastko dla tego, który mi powie kim jest trener Archiwalda. Big Grin

Jedyne co mi przychodzi do głowy to giovanni.
Niestety nie wygrałeś ciastka :/ Ale jestem ciekawy, skąd taki wniosek?
Właśnie trafiłam na ten fanfik i postanowiłam podzielić się moją opinią ^^

Może i nie przyglądam się bardzo, ale nie zauważyłam błędów. Szczerze, tutaj na Valhalli jesteśmy raczej przeciwnikami akcji toczącej się w Kanto, ale twoje opowiadanie ma ,,to coś", i naprawdę miło się czyta. Z przyjemnością będę śledzić losy Adama Smile

Mycha. Taką ksywę miała moja młodsza siostra, więc bardzo pozytywnie odbieram takie imię (w sumie tylko ja na nią tak mówiłam, ale mniejsza z tym Tongue)

Ps. Żeby nazwać Persiana Kulfon to trzeba być chyba niezłym śmieszkiem Big Grin
(6.03.2017, 20:46)malva napisał(a): [ -> ]. Szczerze, tutaj na Valhalli jesteśmy raczej przeciwnikami akcji toczącej się w Kanto

Tak, wiem, że ten region jest źle widziany w tym dziale, ale Leaf Green od lat króluje w moim sercu, jeśli chodzi o gry Pokemon i pewnie raczej tak zostanie, więc chciałem to jakoś...upamiętnić, powiedzmy Big Grin

Dziękuję za zainteresowanie, rozdział 3 pojawi się najpóźniej w środę :3

P.S Co do nazwania Persiana Kulfonem, sądziłem, że imię jego trenera będzie znane na tym forum, a tu taka niespodzianka i póki co nikt go nie kojarzy Big Grin
Witajcie Big Grin
Rozdział 3 miał pojawić się dopiero jutro, jednak uznałem, że spokojnie może być opublikowany dzisiejszego dnia Smile W tej części przekonacie się, że Adam nie jest takim zwykłym trenerem oraz poznacie antagonistkę naszej historii. Domyślam się, że rozdział ten może wydawać się trochę chaotyczny, ale mam nadzieję, że przyjmiecie go ciepło :3
Miłego czytania Wink
P.S Nikomu nie udało się wygrać ciastka, ale i tak imię trenera Archiwalda zdradzę poootem. Smile

Rozdział 3

Noc w Lesie Viridian zastała mnie bardzo szybko. Chociaż nawet nie wiedziałem, czy ścieżka, którą idę jest właściwa. Ludzie mówili prawdę – to miejsce to prawdziwy labirynt. Do tego Pokemony robaki panoszące się na każdym kroku. Nie, żebym miał coś przeciwko im, ale w tym buszu potrafiły być naprawdę irytujące. Naprawdę nie mogę doczekać się momentu wyjścia z tego lasu.

Rozpaliłem niewielkie ognisko i wyjąłem z plecaka śpiwór i przygrzałem sobie pianki na kolację – w końcu grunt to zdrowe odżywianie, co nie? W mieście nadrobię porządne posiłki. Po zjedzeniu pianek odpiąłem od pasa i łańcuszka pokeballe i przyjrzałem się wszystkim kapsułom. Zannah, Mycha, Furiatka, Świnka – moje cztery skarby. Zabawne, nie znaliśmy się przecież długo, a czułem jakbyśmy byli w tej podróży od początku świata. Taka była magia kieszonkowych stworków – więź pomiędzy nimi a ich trenerem powstała bardzo szybko. Co więcej, ogarnął mnie jakiś dziwny strach. Strach przed tym, że przyjdzie kiedyś dzień, w którym będziemy musieli się pożegnać.

- Nie, to nigdy nie nadejdzie – pokręciłem głową, odrzuciwszy złe myśli. – Już do końca będziecie przy mnie, a ja przy was, nic złego się nie stanie.

Schowałem trzy pokeballe do torby, a kapsułę z Zannah przypiąłem do łańcuszka i, z braku lepszego zajęcia, zacząłem wpatrywać się w iskrzące ognisko. Po dłuższym przyglądaniu się ogniowi, ten jakby zaczął przybierać przeróżne kształty, wyraźnie zmęczenie dawało mi się we znaki. Jak na potwierdzenie tej myśli, nagle zacząłem słyszeć dziwną, delikatną muzykę.

Odwróciłem się, lecz nikogo wokół nie było nikogo.

- No, Adam – powiedziałem do siebie. – Widzisz kształty w ogniu, słyszysz muzykę, której nikt nie gra, czas iść spa...

Obudziłem się nad ranem, a głowa bolała mnie niemiłosiernie.

- O rany, co się stało? – powiedziałem niemrawo, masując sobie głowę. – Metapod mi spadł na łeb?

Nie pomyliłem się za bardzo. Gdy całkowicie oprzytomniałem, zauważyłem zielony kokon obok mojego śpiwora.

- Czyli jednak – przyjrzałem się dokładniej stworkowi. – Co tu robisz, mały? Bez urazy, ale wy nie macie zbyt wielkiej możliwości poruszania się.

Metapod nie wydał z siebie żadnego dźwięku, dodatkowo patrzył tępo przed siebie. Zbyt tępo - nawet jak na kokon.

- Coś ci jest, biedaczyno – podsumowałem. – Do Centrum Pokemon cię nie zabiorę, ale może sam spróbuję coś zdziałać.

Nie byłem moją mamą, ale jednak co nieco o kieszonkowych stworkach wiedziałem. Dokładnie przyjrzałem się skórze Metapoda, lecz nie znalazłem na niej niczego niezwykłego. Następnie ,,zbadałem” oczy kokonu i w nich właśnie dostrzegłem, że coś jest nie tak. Metapod patrzył nie na mnie, tylko przed siebie, jakby zapomniał o Arceusowym świecie.

- Wątpię, aby spotkał cię problem egzystencjalny – zastanowiłem się. – Czyli to jakaś...truczina...

No pewnie, zbeształem się w myślach. A co innego mogło mu zagrozić w lesie pełnym Weedle’i, Kakun i Beedrilli , których żądła pełne były trujących substancji. Tylko że Metapody mają wrodzoną zdolność zrzucania skóry, zupełnie jak węże, i ten osobnik też powinien bez problemów pozbyć się choroby, że tak to ujmę. Jeszcze raz ponownie przyjrzałem się stworkowi, tym razem pod kątem wszelkich trucizn, lecz i tym razem skóra kokonu wydawała się być w porządku. Z tego, co wiedziałem od mały, Pokemony robaki nie mogły wyrządzić aż takiej szkody.

- Co cię dopadło, mały? – czułem się coraz bardziej bezsilny. – Co ci, do cholery, jes...

Wiszę spokojnie, przyczepiony do drzewa. Dzień jak co dzień. Ahh, jak przyjemnie jest żyć w spokoju i czekać na ewolucję, czego chcieć więcej? Może potem trafi mi się jakiś przyjazny trener?
Chwila, ktoś idzie. Kim ona jest? Dlaczego nosi maskę? Co to za dziwne urządzenie w jej dłoni?
Co to za dziwny gaz? Dlaczego wszystko znika w ciemności?
Auuu...
AUUUUU!!!
Au...
Pustka...
Człowiek! Uciekać! Uciekać! Uciekać!
Chwila, ten człowiek jest miły. On podchodzi do mnie, chce pomóc...


- Wiele przeżyłeś w tak krótkim czasie – podsumowałem, nie zastanawiając się nad tym, co się przed chwilą wydarzyło. Później o tym pomyślę. – Na szczęście wiemy już, czym cię potraktowali, miałeś ogromnego pecha.

Gaz, który rozpylono przy Metapodzie, i zapewne innych jego pobratymcach, to rzadka, ale niebezpieczna substancja.

- Masz szczęście, że jeszcze żyjesz – powiedziałem i zajrzałem do plecaka. – Niestety nie mam niczego, co mogłoby ci pomóc, ale to spory las. Na pewno znajdziemy odpowiednie składniki do lekarstwa.

Wziąłem kokon w ręce i ruszyliśmy na poszukiwania odpowiednich rzeczy. Na szczęście szybko udało nam się znaleźć odpowiednie jagody, ale do wyprodukowania leku potrzebowałem jeszcze...

- Wybacz, mały, ale muszę to zrobić – wyjąłem miecz z pochwy i przyłożyłem ostrze do skóry Metapoda. – Zaboli cholernie, ale innej drogi pomocy nie ma.

Stworek wciąż patrzył tępo w przestrzeń, ale czułem w kościach, że mnie rozumie i że się zgadza. Skinąłem więc głową i naciąłem lekko kokon. Kawałek, który wyznaczyłem odpadł i przez szczelinę mogłem zobaczyć rozwijającego się Butterfree, jednak daleko mu było do finalnej postaci.

- Dobrze, że chociaż tobie nic się nie stało – szepnąłem do maleństwa i delikatnie ułożyłem Metapoda na ziemi, po czym odpiąłem od pasa jeden pokeball. – Świnka, do mnie!

Gdy Pidgey tylko się pojawiła, gruchnęła wesoło i spojrzała na mnie z oczekiwaniem, a ja zacząłem rozdrabniać jedną z jagód na drobne kawałki.

Następnie podałem taką drobinkę Śwince, a ta zrozumiała mnie bez słów i włożyła ją delikatnie do wnętrza Metapoda.

- O, proszę - zdziwiłem się, po czym natychmiast pochwaliłem stworka. – Całkiem mądra z ciebie ptaszyna.

Pokemon odpowiedział wesoło i spojrzał na mnie wyczekująco.

- Poczekaj, musimy sprawdzić czy larwa jakoś zareaguje.

Czekaliśmy dobre pół godziny, ale w końcu maleństwo obudziło się i zaczęło powoli zjadać odrobinę kokonu, a w końcu natknęło się na jagodę i wsunęło ją ze smakiem, po czym znów zasnęło.

- Idealnie – uśmiechnąłem się. – Małe jest bezpieczne, a teraz...

Rozdrobniłem wszystkie jagody w jedną papkę na pniu, po czym przywołałem do siebie Pidgeya.

- Świnka, masz umoczyć w tej mieszaninie pazury i dziób, po czym wbić je głęboko w skórę Metapoda, rozumiesz? Jagoda, którą dałaś larwie ochroni ją przed skutkami ubocznymi zjedzenia kokonu z tą mieszanką, ale substancje w niej zawarte są jednym sposobem na ochronę ich obojga.

Pokemon skinął głową i wziął się do roboty, a ja przyglądałem się temu cierpliwie. W końcu Świnka skończyła aplikowanie zgniecionych jagód. Po tej ,,operacji” Metapod wyglądał na poranionego, jednak to tylko pozory. Za kilka dni rany powinny zniknąć, akurat przed ewolucją w Butterfee.

- Dzięki, mała – pogłaskałem Pidgeya po głowie i przywołałem ją do pokeballa. – A teraz odpoczniesz, Metapod, a ja ogarnę ten bałagan.

Kiedy wszystko ogarnąłem, kokon miał zamknięte oczy. Spał. Uśmiechnąłem się triumfalnie. Wygląda na to, że zabieg się udał.

- Byłabyś ze mnie dumna, gdybyś tu była, mamo –szepnąłem. – Twoje nauki się przydały.

Wyjąłem miecz z pochwy i spokojnie zacząłem ćwiczyć szermierkę. Walka od zawsze była moją pasją. Dlaczego? W swoim życiu widziałem wielu różnych trenerów i każdy z nich czymś się wyróżniał. Strojem, aparycją czy sposobem traktowania stworków. Też chciałem być wyjątkowy, więc pewnego dnia poprosiłem pana Roll o to, aby mi wystrugał drewniany miecz, po czym zacząłem uczyć się walki nim. Obiecałem sobie, że gdy wreszcie zostanę trenerem, to nauczę się komunikować z Pokemonami za pomocą odpowiednich sztychów, żeby przeciwnik miał mniej czasu na uniknięcie ataku.
W sumie jak już o tym pomyślałem, to niegłupim pomysłem byłoby teraz nad tym popracować...

- Wszyscy do mnie! – zawołałem wesoło i przyzwałem wszystkie stworki, po czym zaczęliśmy trening, a Metapod spokojnie drzemał na pieńku.

Po skończonym treningu odpoczywaliśmy wszyscy przy jedzeniu, a w powietrzu dało się wyczuć ogromną radość. Moje Pokemony z ochotą dotrzymywały towarzystwa Metapodowi, który już po tych kilku godzinach odzyskiwał siły. Patrzyłem z rozczuleniem na spędzające razem czas stworki. W tym widoku było coś inspirującego, zapewne niejeden artysta wziąłby teraz do ręki ołówek i naszkicował moich podopiecznych. Ale ja rysownikiem nigdy nie zamierzałem być, więc spędziłem tę chwilę odpoczynku na rozmyślaniu o tym, co się wydarzyło dzisiejszego dnia. A konkretnie w tym jednym momencie, w którym dotknąłem skóry Metapoda.

Dlaczego wtedy to zobaczyłem? Nie, nie zobaczyłem. Ja to WSPOMINAŁEM. Ja BYŁEM tym biednym Metapodem, całą sytuację oglądałem jego oczami. Dziwne, nigdy wcześniej nie przeżyłem czegoś podobnego.

Nigdy? Chwila...Chyba kiedyś, dawno temu, coś takiego miało miejsce. Tak, raz, kiedy mama znalazła rannego Pidgeya, chciała abym go potrzymał i wtedy straciłem przytomność. Ocknąłem się dopiero kilka godzin później. Czy możliwe, abym wtedy zobaczył losy tego biedaka, ale pod wpływem tego zemdlał? Kiedy się obudziłem mama skakała wokół mnie, ogromnie zmartwiona. Nie potrafiła stwierdzić, co mi się stało i to ją zaniepokoiło. Jak na złość, podobna sytuacja już nigdy nie miała miejsca.
Aż do teraz. Nie rozumiałem tego całkowicie, tak jak mama wówczas. Skąd się wzięła ta wizja? Jakim cudem wniknąłem w świadomość tego Metapoda?

Nagle z rozmyślań wyrwała mnie delikatna muzyka – dokładnie taka sama, jak ta, którą słyszałem wczoraj. Czyli to nie jest jednak wymysł mojej wyobraźni.

Rozejrzałem się wokół siebie, jednak nigdzie nie dostrzegłem żadnego innego człowieka, lecz na wszelki wypadek schowałem moje Poki do pokeballi, a Metapoda wziąłem w ręce.

- Dlaczego zamknąłeś swoich przyjaciół? – usłyszałem cichy kobiecy głos, muzyka grała dalej. – Nie ufasz im?

- Na pewno nie ufam komuś, kto zaczyna grać nie wiadomo, na czym, a potem mówi do mnie znikąd – odparłem spokojnie.

- Ahh tak, wybacz – w tonie mojej rozmówczyni usłyszałem sparodiowane uniżenie. – Masz rację, kulturalny człowiek musi się przedstawić.

Nagle melodia ucichła, a z drzew wyskoczyła postać w białym uniformie z wyszytym półksiężycem na piersi. Jej oczy zasłaniała czarna maska w kształcie, a jakże, półksiężyca, ale za to kaskada blond włosów spadająca na jej plecy była całkowicie widoczna. Na pozór niewinny uśmiech sprawiał, że ta osoba wyglądała jeszcze groźniej.

- Na imię mi Rayla – kobieta ukłoniła się przede mną w, trzeba przyznać, bardzo elegancki sposób. – Miło mi cię poznać, Adam.

- Skąd znasz moje imię? – wyrzuciłem z siebie pierwsze pytanie, jakie mi przyszło do głowy, ale zaraz potem zadałem kolejne, ważniejsze. – Dlaczego mnie śledzisz?

- Jakże mogłabym nie być zainteresowana synem samej Erici Drayan? Sława twojej matki wyprzedza ją samą, a ciebie również nie uniknęła – na twarzy kobiety pojawił się jeszcze wredniejszy uśmiech. – Gratuluję, idealnie poradziłeś sobie z moją trucizną.

Mimowolnie uśmiechnąłem się, słysząc tę pochwałę, ale natychmiast spoważniałem i spytałem:

- Czego ode mnie chcesz?

- Ojj, tego ci jeszcze nie mogę wyjawić – kobieta znowu zmieniła ton głosu. Teraz zwracała się do mnie tak, jakbym był, co najmniej, ośmioletnim dzieckiem. – Musisz być cierpliwy, maleńki. Ale powiedz, jak Ci się podobał mój eksperyment wykluczający Metapody z linii ewolucyjnej Caterpie?

- Co?! – spytałem z niedowierzaniem. – Że niby co chciałaś zrobić?!

- Zrobiłam – kobieta poprawiła mnie. – No może z wyjątkiem tego jednego osobnika, którego pozbawiłeś szansy stania się Pokemonem doskonałym.

- O czym...Ty...Do mnie...mówisz? – zacząłem dyszeć, ledwo panując nad sobą.

- Czyli nie rozpoznałeś substancji, którą rozpyliłam? To jak sobie z nią poradziłeś?

- Rozpoznałem – odwarknąłem. – Potraktowałaś te biedne stworzenia Elixirem Nistry w formie gazu.

- Brawo – na twarzy kobiety zawitał pogardliwy uśmieszek. – A wiesz, co się składa na substancję wynalezioną przez Nistrę?

- Trucizna z kłów Drapiona, ślina Lickitunga – zacząłem wyliczać. – Trucizny kilku słabych Pokemonów i, jak powiedział sam Nistra, wedle upodobania można też dodać swoje własne wynalazki, żeby urozmaicić efekt eli...

- Jeszcze raz brawo – usłyszałem. – Sam elixir atakuje układ nerwowy Pokemona, sprawiając, że staje się on niezdolny do samodzielnego funkcjonowania, a w końcu zatruwa komórki stworka, aby ten umarł w straszliwych męczarniach.

- Zgaduję, że twoja wersja substancji... – zacząłem z niepokojem, jednak Rayla od razu mi przerwała.

- Larwa Butterfree, która żywił się zatrutym kokonem zyskuje nową ciekawą zdolność. Mianowicie: W mózgu dorosłego osobnika wykształca się płat odpowiedzialny za nowy instynkt, który zmusza naszego fioletowego motyla do infekowania każdego spotkanego Caterpie i Metapoda, dzięki czemu moje maluchy mogą się rozwijać.

- Ty... – nie mogłem znaleźć odpowiedniego przekleństwa. – Jak mogłaś...

- Nie, jak ty mogłeś! – kobieta roześmiała się. – Twoje starania, żeby uratować tego jednego osobnika, którego teraz trzymasz w rękach, pomogą mi udoskonalić elixir tak, aby nie można było go zneutralizować.

- Ale...Dlaczego?! Po co ci to wszystko?!

- Dlaczego? – powtórzyła Rayla. – Nie muszę ci się tłumaczyć, Adam, ale nie bój się, kiedy przyjdzie czas, wszystko zrozumiesz.

- Chyba cię szczerze pojebało – tylko tyle miałem jej do powiedzenia.

- Czyżby? Powiedz to jej! – kobieta odpięła pokeball od pasa i uwolniła z niego Nidoqueen.

Olbrzymi Pokemon wydawał się być obłąkany. Nidoqueen patrzyła na mnie tępym wzrokiem i warczała groźnie, przebierając przy tym łapami.

- Spójrz – Rayla odezwała się do mnie. – Przyjrzyj jej się!

Zrobiłem to, co mi kazała. Dokładnie popatrzyłem na Nidoqueen i dostrzegłem wiele, nierzadko poważnych ran na jej ciele.

- W takim stanie ona...

- Powinna już nie żyć, prawda?

Skinąłem głową.

- A co zrobisz, jeśli powiem, że tego wszystkiego nabawiła się jeszcze jako Nidoran?

- Ale przecież...

- Tak – kobieta przytaknęła. – Tym bardziej powinna już być martwa. Z trudem ją uratowałam, jednak nie mogłam przywrócić jej duszy dawnego stanu, nikt nie umie.

Rayla przywołała Pokemona z powrotem do pokeballa i spojrzała na mnie ze spokojem.

- Teraz pojmujesz cokolwiek? Czy dalej uważasz, że mnie za nienormalną?
Nic z tego nie rozumiałem. Rayla najpewniej chciała, aby widok Nidoqueen coś mi uświadomił, lecz starania kobiety nie przyniosły efektu. Wciąż pewny byłem, że ta osoba jest chora na umyśle, czego nie omieszkałem jej powiedzieć.

- Głupiec – skwitowała krótko. – Liczyłam na to, że osoba wychowana przez Ericę okaże się o wiele mądrzejsza, ale skoro nie...

Kobieta podeszła do mnie, a ja stałem w miejscu. Nie wiem dlaczego, coś odebrało mi zdolność ruchu. Spokojnie czekałem, aż Rayla zbliży się do mnie. Gdy to nastąpiło, kobieta złapała moją dłoń. Metapod przysunął się do mnie mocno, a ja poczułem się, jakbym został oblany bardzo lodowatą wodą.

- Aaa – skrzywiłem się, a gdy tylko Rayla mnie puściła, uczucie zniknęło. – Co mi zrobiłaś?

- Nic – osoba wzruszyła ramionami. – Po prostu cię sprawdzałam, musiałam wiedzieć czy się nie pomyliłam, a teraz żegnaj. Zobaczymy się niedługo.

Nawet niedane mi było odpowiedzieć na to pożegnanie. Rayla jak błyskawica zniknęła wśród drzew, przy akompaniamencie swojej muzyki. Ja zaś stałem jak wryty, z Metapodem w rękach.

- Rozumiesz coś z tego, Metapod? – spytałem stworka, lecz ten, rzecz jasna, mi nie odpowiedział.

Po kilku dniach wciąż błąkałem się po lesie, chociaż nie byłem pewny czy starałem się z niego wyjść, po prostu chodziłem bez celu, mając nadzieję na to, że nogi same poniosą mnie we właściwe miejsce. W tym czasie Metapod już całkowicie odzyskał siły, a przez szczelinę w jego skórze widziałem, że larwa Butterfree cały czas zdrowo rośnie.

- No, mały – odezwałem się wesoło do stworka. – Niedługo się pożegnamy, a z Ciebie wydostanie się wspaniały motyl.

Czułem, że kokon też cieszy ta wiadomość. Kogo by nie cieszyła. Wreszcie znów będzie mógł poruszać się do woli, co więcej, nie będzie już przez nic ograniczony, niebo już czekało na kolejnego Butterfree latającego po nim.

- To były cudowne dni – skomentowałem. – Dużo się od ciebie nauczyłem, kokonku, a ta kobieta...Zapłaci za to, co zrobiła twoim pobratymcom. Obiecuję.

Metapod wyraźnie starał się mnie uspokoić, czułem to, lecz nie chciałem ochłonąć.

- Wybacz – powiedziałem do niego. – Ta kobieta zasługuje na karę i ją otrzyma, bez względu na to czy jej wybaczyłeś. Trzeba ją powstrzymać, żeby skrzywdziła jak najmniej Pokemonów.

Wędrowaliśmy tak do wieczora, po czym odpoczęliśmy przez noc, udając się do krainy sennych marzeń.

Śniło mi się coś dziwnego. Wędrowałem poprzez opuszczone miasto, choć może to zbyt ogólne określenie. Miejsce, w którym się znajdowałem to była jedna wielka ruina - zniszczone domy, połamane dachy, wybite okna. Gdzieniegdzie tylko paliły się pochodnie, które rozświetlały mroki nocy.

- Co tu się stało? – szepnąłem do siebie, oglądając ten straszny krajobraz.

Spojrzałem w niebo, na którym lśnił poświatą półksiężyc. Nagle ziemia zaczęła się trząść i znikąd pojawiła się para Pokemonów: Nidoqueen i Nidoking – oboje ogromnie poranieni, aż dziw, że jeszcze trzymali się na nogach. Obydwa stworki patrzyły na mnie tępo, a ja spoglądałem w ich oczy ze strachem. Co się stało tym biedaczynom? Kto im to zrobił?
,,Teraz widzisz?!” w mojej głowie zabrzmiał głos Rayli. ,,Rozumiesz, dlaczego rozpyliłam tą substancję?!”

- Nie – szepnąłem cicho, kręcąc głową. – Nie rozumiem, Rayla, co tu się stało?

Lecz nie otrzymałem odpowiedzi. Moja czaszka pękała od tych samych pytań kobiety powtarzanych w kółko. ,,Rozumiesz?” , ,,Teraz pojmujesz?” , ,,Wciąż jesteś ślepy?”.

W końcu nie mogłem wytrzymać bólu głowy, to było nie do wytrzymania...

- Aaaaaaaaaaaaaaa! – krzyknąłem i otworzyłem oczy. Wciąż przebywałem w Lesie Viridian i wszystko było w najlepszym porządku. Wszystko poza...

- Metapod, gdzie jesteś? – zawołałem przestraszony. – Metapod, gdzie jesteś!

I wtedy poczułem skrzydło klepiące moją głowę. Odwróciłem się i zobaczyłem przede mną prawdziwego Butterfree.

- Czyli wreszcie wyszedłeś ze skorupy – uśmiechnąłem się. – Wreszcie jesteś bezpieczny.

Pokemon skinął głową i zatrzepotał wesoło skrzydłami, a ja krzyknąłem z radości. Nie mogłem powstrzymać emocji i wypuściłem wszystkie Pokemony z pokeballi, aby zobaczyły, że ich przyjaciel w końcu ewoluował.

Sen już nikomu nie był potrzebny. Przez resztę nocy wędrowaliśmy w wesołej kompani, aż w końcu...

- Znaleźliśmy wyjście! - krzyknąłem radośnie. – Opuszczamy ten las! Nareszcie! Ale to znaczy, że...

Odwróciłem się, a do moich oczu zaczęły napływać łzy. Butterfree podleciał do mnie i spojrzał na mnie ze smutkiem, w dodatku pytająco.

- Nie – pokręciłem głową, ocierając łzy. – Nie możesz z nami lecieć, musisz pilnować, aby inni twoi bracia nie zostali potraktowani tak okrutnie.

Pokemon patrzył na mnie dłuższą chwilę, po czym skinął głową i odleciał w kierunku nieba, a ja i moje stworki czekaliśmy, aż Butterfree zniknie nam z oczu.

- No – powiedziałem w końcu, ocierając ostatnią z łez. - A teraz do sali Pewter! Czas zdobyć pierwszą odznakę!

Pokemony zawtórowały mi wesołymi okrzykami i razem wkroczyliśmy w bramy miasta.

Najważniejsze informacje o trenerze:
Imię:Adam
Wiek: 15 lat
Drużyna:
Zannah (Squirte) - otrzymana w Pallet Town
Mycha (Rattata) - złapana na Route 1
Furiatka (Mankey) - złapana na Route 22
Świnka ( Pidgey) - złapana na Route 2
Odnzaki: 0
Zgony: 0
Ło matko, mój ojciec ma na imię Adam ^^ Nareszcie się dowiem jakim był człowiekiem zanim poznał mojom starom i razem zrobili nienajgorszą robotę w postaci mua.

Nienajgorsza rzecz.
(7.03.2017, 16:39)Maddox napisał(a): [ -> ]Ło matko, mój ojciec ma na imię Adam ^^ Nareszcie się dowiem jakim był człowiekiem zanim poznał mojom starom i razem zrobili nienajgorszą robotę w postaci mua.

Nienajgorsza rzecz.

Yyyyy...Cieszę się? Big Grin
Prorok_Raven napisał(a):Rozpaliłem niewielkie ognisko i wyjąłem z plecaka śpiwór i przygrzałem sobie pianki na kolację

Po co 2 razy ,,i"? Tam mógł spokojnie być sobie przecinek.

Co do fabuły, robi się bardzo ciekawie, ale myślę, że trzeci rozdział to chyba nieco za szybko na takie 'plot twisty'. Lepiej zaskoczyć czytelnika nieco później, gdy będzie sobie myśleć ,,znam już całkiem dobrze tego bohatera, jego styl walki, przynajmniej wiem czego się po nim spodziewać" i wtedy nagle ,,Bum!", poznajemy jego tajemnicę, która napędza drugi czy tam trzeci najważniejszy wątek fabularny. Zaskakiwanie czytelnika jest dobre, jednak wpierw taki delikwent musi mieć złudzenie, że zna danego bohatera na tyle, iż nie da się go zaskoczyć względem sytuacji lub zachowania tej postaci Smile
Wybacz, alem głupi i nie jestem pewny o czym mówisz. Chodzi o tę specjalną zdolność Adama?
(7.03.2017, 20:12)Prorok_Raven napisał(a): [ -> ]Wybacz, alem głupi i nie jestem pewny o czym mówisz. Chodzi o tę specjalną zdolność Adama?

To też, jednak bardziej chodzi mi o Raylę, a dokładniej to, co ona wie na temat bohatera i jego matki. Nawet podróż chłopiny się nie rozkręciła, dopiero jeden las przemierzył, a już pojawia się tajemnicza kobita i i mówi o rzeczach dotyczących protagonisty, których biedny Adam nie bardzo rozumie, zaś co dopiero jakiś niszowy czytelnik. Wcześniej natomiast nie ma prawie żadnych nawiązań do pojawienia się antagonisty. Krócej mówiąc, mamy tu zwrot akcji ,,z dupy".
To tyle z mego pogmatwanego gadania.
Faktycznie, trochę to dziwnie wyszło i będąc szczerym początek wątku Rayli powstał w dziwnych okolicznościachConfusedpotkałem w Viridian Forest Metapda, którego nie chciało mi się łapać i tak o to powstała postać Rayli i jej plany odnośnie biedych robaków. I choć w kolejnych rozdziałach Adamowi łatwo nie będzie to przyjdą też części spokojniejsze i bardziej sielankowe. Myślę ,że cała wina w tym,że uwielbiam męczyć moich bohaterów. Na przyszłość będę rozważniej wprowadzał nowe wątki.
Przepraszam, wcześniej miałem napisać w postaci muła, ale ten muł zjadł Ł.

Szybko się rozkręca, ale mój stary znany był ze swych podbojów. Znaczy dopóki nie wyłysiał i nie zdziadział. Gdy dorosnę, marze by stać się takim człowiekiem jak on.
Powodzenia Big Grin
Stron: 1 2