Pokemon Valhalla Forum

Pełna wersja: Racing Soul - Remaster (Iż my nie gęsi, iż swoje Wangan Midnight mamy)
Aktualnie przeglądasz uproszczoną wersję forum. Kliknij tutaj, by zobaczyć wersję z pełnym formatowaniem.
Witam. Ostatnimi czasy zastanawiałem się nad zrobieniem remastera mojego starego opowiadania: ,,Autem do Zemsty''. Aczkolwiek nie zacznę go od początku. Po prostu wytnę jeden epizod z całości i go odnowie, tak bardzo, że właściwie tylko założenia będą wspólne z oryginałem. Nawet tytuł zostanie zmieniony na ten widoczny w tytule wątku. Nie przedłużając już, zapraszam do czytania.

Informacje o protagoniście
Imię i nazwisko: Christopher Danley
Wiek: 27 lat (8 Października 1986)
Wzrost: 173 cm
waga: 61 Kg
wygląd: średnie blond włosy, szczupły, podłużna twarz, krótki nos niebieskie oczy, ostre rysy twarzy, wąskie usta.
Miejsce zamieszkania: Salt Lake City (Utah)
Historia: Już jako nastolatek pasjonował się szybką jazdą i często jeździł po serpentynach wokół rodzinnego miasta, których w okolicy nie brakowało. Od 2009 roku prowadzi z wujkiem Franklinem warsztat samochodowy w północnym Salt Lake City. Nigdy nie próbował wziąć się za nielegalne wyścigi, lecz w wyniku przypadkowego spotkania z grupką entuzjastów postanowił zacząć się z nimi ścigać. Szybko wyszło na jaw, że ma za kółkiem całkiem sporo doświadczenia i teraz za cel bierze sobie wzięcie udziału w CtC Journey - nielegalnego wyścigu biegnącego przez cały kraj, lecz nie będzie to łatwe ze względu na koszty wpisowego oraz wydatki na nowy samochód...
Samochód: Ford Mondeo ST220 (3.0 Duratec V6 226 KM, ulepszony do 276 KM)


Odcinek 4 ,,Wojna Wyścigowa''
13 Marca 2014
Tego dnia chyba nie będę pamiętał zbyt dobrze. Gdzieś przed południem przyjechał do nas bogaty klient w Astonie DB9. Skarżył się na nierówną pracę silnika. Nie będę już mówił o co dokładnie chodziło, ale całą resztę dnia spędziłem na naprawianiu usterek, klnąc pod nosem na ciężki dostęp do silnika. Zostałem trochę dłużej w robocie ale się w końcu udało się naprawić awarię i mogłem z czystym sumieniem wrócić do domu. W drodze zadzwonił telefon. Pierwsza myśl - pewnie znowu Todd chce mnie wyciągnąć na wyścig, ale jak tylko go wyciągnąłem owa myśl okazała się błędna. Dzwonił Steven. Od czasu pojedynku na drodze stanowej 190 widzieliśmy się tylko raz, a to było miesiąc temu. Zaciekawiony odebrałem.
- No co jest? - Zacząłem rozmowę
- Musimy pogadać Steve - w słuchawce rozbrzmiał jego głos - spotkamy się w pubie obok pola golfowego Medowbrook.
- Dobra, zaraz tam będę tylko odstawie samochód - odpowiedziałem.
- Ok świetnie - po czym się rozłączył. Dojechałem do domu i poszedłem już na piechtę do pubu, zastanawiając się o co mu chodzi. Nie minęło dużo czasu zanim do niego doszedłem (wszak od mojego domu dzieli go ledwie kilkaset metrów) i ujrzałem na parkingu białego Lancera Evo VI Steve'a. Sam lokal przypominał w dużym stopniu te puby z Wielkiej Brytanii. W dużym uproszczeniu: drewno, brąz, jeszcze raz drewno i jeszcze na dokładkę trofea łowieckie na ścianach. Na wprost od wejścia znajdowała się długa na niemalże całe pomieszczenie lada przy której stały wysokie stołki, a za nią różnego rodzaju alkohole, ale przede wszystkim piwo. Z boku, przy oknach było natomiast parę stolików, a przy jednym siedział już Steve z kuflem piwa. Ja też zamówiłem sobie porcje złocistego trunku i dosiadłem się do niego.
- Siema, więc o co chodzi? - Zacząłem rozmowę.
- Cześć, zacznijmy ci powiem muszę się o coś zapytać. Mówi ci może nazwa GT Bandits? - Będąc szczerym ta kiczowato brzmiąca nazwa nigdy mi się o uszy nie obiła, ale chyba coś ma to wspólnego z nielegalnymi wyścigami. Ale postanowiłem się spytać dla potwierdzenia tej tezy.
- Nie, nie siedzę w tym tak głęboko jak ty. A co to jest?
- GT Bandits to w sporym uproszczeniu niezbyt legalna organizacja organizująca nielegalne wyścigi na terenie Nevady, Arizony i od święta Idaho. Z rozmachem. Kiedyś także i Utah, ale po obławie policyjnej mającej miejsce 2 lata wcześniej już tam się nie ścigają. Wiem, bo sam w niej brałem udział. - I wtedy twarz Steve'a jakoś tak posmutniała. Chyba nie chciał do tego wydarzenia wracać. Jednakże się znowu zapytałem
- Złapali cię?
- Tak... Jeśli chcesz, to mogę ci opowiedzieć jak to wyglądało
- W sumie, to czemu nie? - Odpowiedziałem zaciekawiony na jego propozycje.

- Pamiętam jakby stało się to wczoraj - zaczął opowiadać - 3 Sierpnia 2012. Słońce, przyjemne ciepło i piątek. Czyż to jest idealna pora na wyścig? Ja i reszta chłopaków z GT Bandits tak właśnie pomyśleliśmy i postanowiliśmy zrobić rundkę z Coppertown do Saratoga Springs nad jeziorem Utah. Puściliśmy wiadomości o wyścigu pocztą pantoflową i zebrała się nas dwunastka. Wszystko się zapowiadało świetnie. Wyścig też, bo już od startu jechałem w łeb w łeb wraz z Corvette walcząc o prowadzenie. Niestety jakimś trafem policja dostała cynk o wyścigu i tuz przed wjazdem na obwodnicę Salt Lake City kilka radiowozów wyjechało jakby znikąd na drogę. Mimo sporego zonka, nawet przez myśl mi nie przeszło dać się złapać. Gwałtownie zahamowałem i odbiłem w prawo starając się uniknąć bliskiego spotkania z wozem policyjnym. W lusterku bocznym zauważyłem białe Audi TT wbite w policyjna Crown Victorię. Był to Matt, jeden z naszych ludzi. Zaraz potem do pościgu włączyły się dwie czarne, nieoznakowane Imprezy WRX.
- No to mam przesrane - Pomyślałem, bo co innego uciekać jakiemuś nędznemu wozowi patrolowemu bez zawieszenia, za kierownicą którego siedzi jakiś szeregowy pączkojad, a co innego pojazdowi jednostki pościgowej z kimś, kto ma jakieś pojęcie o szybkiej jeździe. Żeby uciec, to musiałem wznieść siebie i moje Mitsubishi GTO na wyżyny wytrzymałości. Na skrzyżowaniu skręciłem w lewo tak, jak przebiegała trasa wyścigu, choć o wyścigu nie było już mowy. Niestety za mną również skręciły obie imprezy kompletnie ignorując jadącą na wprost Vette. W zakręt weszli niestety minimalnie lepiej niż ja i zaczęli się od mnie zbliżać coraz bardziej. Z każdą sekundą coraz mocniej czułem oddech policji na karku. Po pewnym czasie ruch się odrobinę zagęścił i zaczął się nerwowy slalom między innymi uczestnikami ruchu drogowego. Brawurowa jazda i niezdejmowanie praktycznie nogi z gazu pozwoliło mi odrobić parę metrów. Wtem ujrzałem przed sobą kolejny radiowóz. Tym razem Dodge'a Chargera. Wiedziałem, że kierowca zauważył pędzące jakieś 150 mil na godzinę Mitsubishi i pewnie będzie starał się mnie przyblokować i wyczekiwałem do ostatniej chwili, aż zmieni pas na mój, ale bardziej mnie zastanawiało, czemu jeszcze nie włączył syreny. W końcu zmienił jednak pas i gwałtownie skręciłem na zewnętrzny. Wtedy jednak zostałem zepchnięty przez ów radiowóz i jak Boga kocham centymetrów brakowało od przypierdzielenia w słup elektryczny. Wróciłem równie szybko na drogę, jak zostałem z niej wyrzucony, ale przy tym jedna z policyjnych Imprez mnie dogoniła i zaczęła manewr pit. Pierwsze uderzenie było raczej lekkie i utrzymałem pieczę nad pojazdem. Potem rozdzielił nas samochód jadący na zewnętrznym pasie i nagle poczułem mocne uderzenie z boku. Wytraciłem kontrolę nad autem i zacząłem zmierzać nieuchronnie w kierunku kamiennego murku przy drodze. Próbowałem kontrować poślizg kierownicą i hamować, lecz to na niewiele się zdało. Jedyne co mi pozostało, to przygotować się na uderzenie. Dźwięk gniotącego się metalu, uderzenie w twarz, przez które zostałem popchnięty do przodu, przez siłę poduszki powietrznej, którą na szczęście uchroniła przed większą tragedią. Dobrze że jej nie wymontowywałem... Auto zrobiło jeszcze dwa obroty i stanęło na środku jezdni. Czułem się po tym wypadku nieźle oszołomiony, nie wiedziałem co się ze mną dzieje oraz wszystko mnie bolało, a zwłaszcza szyja. Policja w związku z wypadkiem (który wyglądał naprawdę groźnie) wezwała karetkę. Na szczęście na miejscu okazało się, że w tym całym nieszczęściu miałem całkiem dużego farta, albowiem skończyło się tylko na kilku stłuczeniach, siniakach oraz niegroźnym urazie szyi.

Po wypisaniu mnie ze szpitala zostałem wzięty na przesłuchanie, ze względu na moje powiązanie z GT Bandits. Obiecano mi złagodzenie wyroku, jednak będąc lojalnym z resztą ekipy i obietnicą, że spróbują mnie wyciągnąć nie sypnąłem ich, za co zostałem skazany na 2 lata więzienia za przestępstwa drogowe i przynależność do nielegalnej organizacji, bez zawieszenia. Udało mi się jednak wyjść za wpłaceniem kaucji w grudniu ubiegłego roku. Po wyjściu z kicia musiałem znowu zaczynać od zera, gdyż GTO nadawało się tylko na złom, a spora część kasy poszła na kaucję. Przynajmniej miałem jej na tyle dużo by sprawić sobie Evo, którym jeżdżę teraz. I tak to się z grubsza przedstawia...
- I stąd masz tą bliznę na policzku? - Zadałem pytanie, przyglądając się dokładniej twarzy Steve'a, gdyż na prawym policzku miał Wcale Nie Aż Tak Małą Bliznę. Wywnioskowałem więc, że to musiałby być skutek tego wypadku
- Nie do końca... - zamyślił się były więzień. Jak się okazuje jednak nie miałem racji i spuściłem lekko głowę - to znaczy, owszem, miałem dawno temu jeden wypadek, ale to już zupełnie inne okoliczności, ale opowiem już ci o nich innym razem. Już nie będę marnował czasu na historię - dodał.
- Nie szkodzi, ja mam czas. - Orzekłem spokojnie. Cała opowieść pochłonęła mnie do tego stopnia, że jak spojrzałem na kufel, to był już prawie pusty. Nawet nie wiem, kiedy zdołałem go opróżnić.
- Wróćmy lepiej do sedna sprawy. No i generalnie mijaliśmy ten stan szerokim łukiem, czekając aż sprawa na dobre przycichnie i w końcu do tego doszło. W okolicy Wendover... Wiesz gdzie to jest? - Zapytał się profilaktycznie Steve.
- ...Na północno-zachodniej granicy z Nevadą - Odpowiedziałem pewnie po momencie milczenia.
- No i właśnie tam znajduje się takie opuszczone wojskowe lotnisko. No dobra, opuszczone to za dużo powiedziane, bo znajduje się tam obsługa naziemna, ale prawie nic tam nie ląduje, więc udało nam się zdobyć pozwolenie na wjazd. I tam właśnie zorganizujemy nasz powrót do Utah.
- A co z policją? - zapytałem się ze względu na legalność całego przedsięwzięcia - przecież się zaraz zlecą tutaj.
- O to się nie bój. Obsługa nie piśnie ani słowa, zbyt dużo daliśmy im kasy, a samo lotnisko jest daleko komendy, więc nie usłyszą dźwięków. Wracając, rozpuściliśmy wieść o nim pocztą pantoflową i spotkał się on z bardzo głośnym odzewem. Zbiorą się chyba wszyscy kierowcy z okolicy i nie tylko. Jeśli nic się nie zmieni, to łącznie - za wyjątkiem mnie - powinno nas być osiemnastu - przyznam szczerze, że jak o tym usłyszałem, to aż zagwizdnąłem z wrażenia. Tyle luda w nielegalnym wyścigu raczej się nie widuje - Takie zawody zwykle się nazywa ,,Wojnami Wyścigowymi''
- I rozumiem, że chcesz mnie do niego zaprosić? - Zadałem pytanie, właściwie praktycznie wiedząc o jego zamiarach, bo po cóż miałby mi o tym mówić?
- Tak, ale w nieco innym sensie. - Odpowiedział.
- Jakim - Spytałem się lekko zaskoczony.
- Potrzebuje partnera do wyścigu, gdyż będzie się odbywał w dwuosobowych zespołach, więc potrzebuje kogoś, kto raczej będzie krył plecy. - Ta wypowiedź mnie lekko podirytowała, widać ktoś tu zapomniał , kto wygrał wtedy na serpentynach.
- Hej, zapomniałeś już, kto ci dał łomot wtedy na Stanowej 190?
- Nie zapomniałem. Wiem że wygrałeś i wiem, że jesteś bardzo dobrym kierowcą, w końcu dlatego o tym mówię i jeśli cię uraziłem to przepraszam, tylko że wtedy miałem całkowicie stockowe auto. Po porażce podłubałem pod nim trochę i wymieniłem turbosprężarkę na większą, intercooler, zawieszenie na twardsze i tarcze hamulcowe, więc teraz jestem przekonany, że pokonałbym cię... Ale znowu schodzę z tematu. Teraz trochę o samym wyścigu
Zawody będą się rozgrywały na płycie postojowej lotniska, lecz zanim do tego dojdzie odbędą się kwalifikacje: Jeden z członków danego teamu weźmie udział w dragu przez cały pas startowy. Jeśli się nie mylę, to jest to 1 i 1/3 mili i od miejsca w nim będzie uzależniona linia, z której będzie dana ekipa startować. W tym wypadku chcę, abyś to ty wziął w tym udział.
- Zaraz, zaraz - zacząłem zaskoczony lekko propozycją - czyżby twój wóz nie robił takiego roz******elu na drodze, jakbyś tego chciał? - zapytałem używając sporego zapasu zmagazynowanej we mnie ironii, gdyż jeszcze minutę temu przechwalał się, jakiego to nie ma zaje****** auta. Aczkolwiek i tak nie miałem nic przeciwko.
- To nie do końca tak. Evo może i robi setkę w mniej niż 5 sekund, ale jest to okupione krótkimi przełożeniami. Do 135 przyśpieszenie wgniata w fotel. Później robi się znacznie gorzej i wskazówka się zamyka na 145 milach na godzinę, a na tak długiej prostej pod koniec mnie po prostu wyminą. Tutaj jest potrzebna modyfikacji skrzyni biegów, ale i tak sobie bardziej cenie fenomenalne przyśpieszenie. - Odpowiedział spokojnie, standardowym tonem poprawiając sobie grzywkę platynowo-blond włosów - Ten twój Fusion...
- Mondeo. - poprawiłem
- Mondeo pewnie rozwija więcej. Ile dokładnie?
- Wiesz, jak był fabryczny rozbujałem go raz do 250 km/h, czyli 155 mil. Teraz pewnie grubo ponad tą granicę, bo wtedy został jeszcze jakiś 1000 RPM luzu.
- Czyli sam widzisz... Ale znowu odbiegłem za daleko od tematu. No to po kwalifikacjach odbędzie się 8-okrężeniowy wyścig na torze zrobionym na wspomnianej już płycie postojowej lotniska. Wygrywa zespół który zgromadzi najwięcej punktów. Punktacja będzie wg zasad FIA. Czyli pierwszy zgarnia 25 punktów...
- drugi 18; trzeci 15; czwarty 12 itd. Rozumiem - dokończyłem, dając znak, że wiem o co chodzi.
Co do trasy to ona... To znaczy, jeszcze nie jej do końca nie przemyśleliśmy, więc zdjęcia wyślę ci jutro. Pozostaje jeszcze kwestia finansowa. Wpisowa wynosi 3 500$. Niby sporo, ale mówię ci, jest o co walczyć, gdyż zwycięzcy do podziału dostają aż 34 000 dolców. Proponuję taki układ: Dzielimy się hajsem po połowie niezależnie od miejsca, które zajmiemy.
- Szczerze powiedziawszy, bardziej się spodziewałem większej części dla lepszego. To znaczy dla byłoby to bardziej korzystne. - odparłem na propozycję Stevena. Nie żebym narzekał. Powiedziałem tylko co ja bym zrobił, gdybym był Steve'em.
- Chciałem tylko potraktować nas jak równych sobie. Z resztą może okażesz się lepszy, kto wie? To jak wchodzisz w to? - zapytał kolega z uśmiechem na ustach podając dłoń
- Chyba znasz odpowiedź na to pytanie? - i powiedziawszy to ścisnąłem rękę na znak układu.
- Świetnie. Wiedziałem, że mnie nie zawiedziesz. To co, jeszcze jedno? Stawiam.
- Jasne.
- Pamiętaj. Pojutrze, 15:00, Wendover. Jutro wyślę ci trasę.
Wypiliśmy jeszcze po piwie i poszliśmy każdy w swoją stronę. Zastanawiam się tylko trochę, jak on wróci do domu, skoro za kółko raczej nie wchodzi, a mieszka spory kawałek stąd. W Ogden. Ale to już nie mój problem. Teraz liczy się już tylko nadchodzący wyścig.

15 Marca 2014
Dzień zawodów. Zdecydowanie największych w mojej dotychczasowej karierze street racera. Chciałem powiedzieć najważniejszy, ale tym razem nie będę wszystkiego stawiał na szali jak podczas pojedynku ze Stevenem. Wcześniej jednak przesłał mi on zdjęcie satelitarne lotniska z mapą wyścigu. Trasa przebiegała wokół wspominanej już płyty z dodatkiem nawrotu przez mały hangar i, przejazdem przez większy. Nordschleife to to nie jest i pewnie goście z GT Bandits zdawali sobie z tego sprawę, więc nieco urozmaicili zakręty przy krańcach płyty. Po hangarach są bardziej łagodne, zostawione jest na nich więcej miejsca, a po ostatniej prostej dwie ostre ,,dziewięćdziesiątki''. Ponadto po drugiej stronie dali szykanę oddzielającą od siebie dwie proste. Trasa wygląda na w miarę szybką, ale tylko jeśli chodzi o proste, kontrastujące z paroma zdradzieckimi, ostrymi zakrętami. Przynajmniej tak to wygląda na mapie.

Miasto Wendover znajduje się niecałe 2 godziny drogi z Salt Lake City, która przecina słoną równinę Boneville - mekkę prędkości. Patrząc na niebo, cieszyłem się, że w końcu pojadę w słońcu, na suchym asfalcie, bo odkąd pamiętam, to prawie zawsze musiałem się mierzyć (oprócz konkurentów) ze śniegiem, deszczem i zimnem, chociaż słońce w tym dniu było wyjątkowo oślepiające i nieźle grzało. W końcu wiosna już za pasem. Na miejscu pojawiłem się jakieś 15 minut przed czasem i Steve nie kłamał, że zebrało się sporo osób. Było ich kilkonaścioro, a i tak ta liczba była bliższa dwudziestu. Wśród samochodów dominującą grupą były japońskie sportowce: 2 Mazdy RX-8, kilka Nissanów, Toyot itp., oraz sporo było muscle carów. Zarówno tych nowszych (Mustang GT, Pontiac GTO, Camaro IV generacji), jak i tych starszych, w tym prawdziwą furorę robiło białe Shelby GT350 w niebieskie pasy. Poza tym może jeszcze dwa hot hatche, więc w tym tłumie naprawdę mogłem się wyróżniać, chociaż raczej in minus (bo kto widział takie auto, w takim towarzystwie?). Co ciekawe były to pojazdy wyglądające na fabryczne, co mnie trochę zaskoczyło, gdyż spodziewałem się raczej morza czegoś, co było poddane JDMowskim przeróbkom. Oczywiście trafiły się takie 2 ulepy zainspirowane pierwszymi częściami ,,Szybkich i wściekłych'': Honda CRX z gwałcącymi oczy fioletowymi felgami, zderzakami upodabniające samochód do pługa śnieżnego i spojler wystający ponad dach, który na pewno nie poprawia aerodynamiki, a wygląda groteskowo oraz Lexus IS300 ze spojlerem i upchanymi wszędzie wlotami powietrza. Ale na szczęście to tylko margines. Stevena znalazłem dość szybko obok pierwszego budynku. Stał on oparty o swoją maszynę i rozmawiał z dwoma kolesiami stojącymi również w takiej pozycji. Jeden z nich stał przy dziwnie znajomym Skylinie R34 i wyglądał też znajomo, jak istny sobowtór Paula Walkera. Zgadzało się absolutnie wszystko z wyglądem zmarłego aktora. Drugi, stojący przy srebrnej S2000 to silnie zbudowany fan ciemnych okularów i czapek z daszkiem o twarzy typowego kapitana drużyny futbolowej w liceum, czyli kwadratowej i niezbyt przyjaznej.
- O, cześć Chris, dobrze że już jesteś. - powiedział do mnie Steven, jak tylko wysiadłem z pojazdu.
- Cześć
- Chwila moment. To chyba ty mi wtedy naprawiałeś samochód - odezwał się klon Briana o'Connera- Chris Danley jak mniemam?
- Zgadza się. - odparłem
- Adam Adams - Podał mi rękę. Jak usłyszałem to imię to chciało mi się śmiać, ale z grzeczności udało mi się powstrzymać - Jaki ten świat jest mały...
- Ja jestem Nate Northwood - Przedstawił się facet w ciemnych okularach - To ty masz być partnerem Steve'a w wyścigu? Bez obrazy, ale to czym dysponujesz to toczący się szrot gówno. Jak tym zamierzasz się na poważnie ścigać? - Spytał się. Określenie tego auta, jako toczący się szrot mnie nieco podirytowało.
- Może dla ciebie, ale skoro ojechałem tym ,,toczącym się gównem'' tego Lancera, to raczej nie może być z nim aż tak źle. - Odpowiedziałem na tą obelgę wskazując palcem na stojące obok Evo.
- Tak było - potwierdził moje słowa kierowca Evo.
- Ciekawe jak? - arogancko się zapytał - Chociaż... Pokaż motor! Może jednak to nie jest takie zwykłe rodzinne auto. - Dodał po chwili zastanowienia. Ja podniosłem maskę i zacząłem znudzonym tonem wymieniać dane.
- Wolnossąca 3-litrowa Vszóstka Durateca. Fabrycznie 226 koni, teraz 276, przeszło 300 niutonometrów momentu, 155 mil pada bez problemu. - Nate patrzył na silnik i nic się nie odzywał przez pół minuty. Milczenie przerwał Adams.
- No dobra, jest całkiem nieźle, wierzę, że danie do oporu przyniesie wymierne korzyści, ale i tak rodzinny sedan dalej pozostaje rodzinnym sedanem. Nieważne iloma końmi go dopakujesz.
- Ty chyba nie myślisz że ja tylko mocy dałem - Zaśmiałem się - ale mogę tak gadać i gadać i po co? I tak się wszyscy przekonacie na torze, co to maleństwo potrafi. - Zakończyłem temat. Później rozmowa zeszła na temat różnych pierdół, filmów itp. Po dłuższej chwili na lotnisko przybyło bordowe 300ZX i niebieska Impreza GT, czyli Todd i Alex. Raczej nie słyszałem, żeby oni wychodzili jakoś dalej ze swoimi wyścigami aniżeli poza swoją grupę, więc ich obecność lekko mnie zaskoczyła. Nissan podjechał do mnie i zza bocznej szyby wyłonił się zielonooki brunet obcięty ,,na jeża'' o łagodnych rysach twarzy.
- Hej Todd co tam u...
- Co ty tu robisz? - Przyjaciel niespodziewanie mi przerwał pytaniem, ale takim z pretensjami, jakby miał mi za złe, ze w ogóle tam jestem.
- Noo... a jak myślisz? - Udzieliłem pytania retorycznego, gdyż odpowiedź była raczej oczywista.
- Powiem ci tylko jedno, nie wchodź mi w drogę dobra? Nie przeszkadzaj mi, a ja nie będę przeszkadzać tobie... - Po czym odjechał dalej. To było dla mnie więcej niż dziwne, gdyż on tak się wcześniej nie zachowywał. Przynajmniej w takim stopniu, bo czasami potrafił nie pogodzić się z porażką i zachowywał się trochę arogancko.
- Kto to był - zapytał się Nate
- Mój kolega, Todd. Od niego właśnie się zaraziłem ściganiem. Nie zwracajcie na niego uwagi, on czasami tak ma. - odpowiedziałem.

W końcu jednak nadszedł moment eliminacji. Przed nimi jeszcze dałem Steve'owi kasę na wpisowe i pojechałem ustawić się na pasie startowym. Na nim oprócz mnie znajdowało się jeszcze 9 samochodów ustawionych obok siebie, a między nimi była dwumetrowa przerwa. Ja byłem umiejscowiony na drugim miejscu od lewej strony, po swojej prawej miałem Skyline'a Adamsa, a po lewej biała Celica GT4 ST205 ze swoim charakterystycznym wysokim spojlerem. Nie mogłem się doczekać startu i jeszcze 15 sekund przed nim miałem już nogę na gazie, rękę przy dźwigni zmiany biegów i kupiłem się na jednej z sygnalizacji świetlnych. W końcu zaczęły się świecić kolejne czerwone lampki, zacząłem dozować gaz, żeby złapać idealne obroty, obok mnie grzmiały już inne silniki, lecz jednak to mój się wybijał najmocniej swoim złowieszczym, głośnym pomrukiem V-szóstki. Po zmianie tłumika auto brzmiało jeszcze lepiej. 4 lampka się zapaliła i idealnie w momencie kiedy się zaświeciło zielona światło do mojego mózgu przeszła informacja o popchnięciu drążka do przodu i puszczeniu sprzęgła. Zrobiłem to natychmiastowo i wtedy do fotela przykuła mnie siła dodatniego przeciążenia oraz usłyszałem krótki pisk opon. To znak że wszystkie 276 koni zostało uwolnionych i zaczęło bieg na drugi koniec pasa. Spojrzałem na białe zegary, już miałem na prędkościomierzu ponad 60 km/h, a wskazówka zbliżała się do czerwonego pola w zatrważającym tempie. Zsynchronizowane w czasie wciśnięcie sprzęgła, pociągnięcia drążka i lekkiego zdjęcia nogi z gazu, łańcuchy fotela kierowcy lekko puszczają by potem znowu przycisnąć ciało do niego, kolejne 3 sekundy, przeszło setka na liczniku i trzeci bieg. Dopiero wtedy postanowiłem nieco rozszerzyć sobie pole widzenia, Celica coraz bardziej traciła zasięg, lecz Skyline dla odmiany mnie wyprzedzał o długość około połowy samochodu i ta strata się oczywiście powiększała. Cóż, z napędem na 4 koła i większą mocą nie wygrasz. Przynajmniej na starcie. Przyśpieszenie mimo wszystko dalej robiło swoje. Czwarty bieg tak samo jak dwa poprzednie, idealna koordynacja obu nóg i ręki, a jednak nie dość dobrze, by zmniejszyć przewagę. Wtedy jednak, na drugim końcu pasa, znacznie do przodu wysunął się pomarańczowy, nowy Pontiac GTO. Uwagę od pomarańczowej strzały odwrócił jednak silnik, gdyż wyczułem, że lada moment zmienię bieg na piąty, było to już przy 180 km/h. Wraz z wrzuceniem jej niebieski samuraj zaczął się zdecydowanie wolniej oddalać i wtedy musiało dojść do jakieś mniej udanej zmiany biegów, gdyż zacząłem odrabiać stratę o długości przeszło jednego samochodu. Nawet mimo nieubłaganie zbliżającego się limitu obrotów przy prędkości 220 km/h wymuszającego wrzucenie szóstki zbliżałem się coraz bardziej do R34. Nawet mimo faktu, że z GTO już na pewno nie wygram, to wyprzedzenie Adamsa będzie moją osobistą wiktorią. Prędkość coraz bardziej rosła: 230, 240, czerwona kreska dobijała się do granicy 250 km/h, świat wokół mnie się coraz bardziej rozmazywał, ale to dla mnie nie było kompletnie istotne, gdyż meta była już w zasadzie lada chwila. Ostatni raz spojrzałem na bok. Wyprzedzał mnie może o zderzak, ale zanim zdążyłem się dokładniej przyjrzeć, minąłem linię mety. Zanim doszło ta wiadomość do mnie przejechałem jeszcze kilkadziesiąt metrów z gazem w podłodze.
- Kto wygrał? - zapytałem sam siebie, po wzięciu kilku głębszych oddechów, gdyż w zasadzie dojechaliśmy w tym samym momencie. To było piękne. Wszystko perfekcyjnie zgrałem: start, zmianę biegów, jakby chciano, żebym to ja górował nad Adamsem. Coś czuje, że to było coś więcej niż zwykły przypadek. Nawet jeśli nie wygram, to i tak mogę być z siebie dumny... Chociaż kogo ja oszukuję? Nie ma opcji żebym to przegrał. Jednakże podczas, gdy wszystkie 10 maszyn wracało na płytę postojową, ja wciąż zadawałem sobie to pytanie. Jak tylko wróciłem do Steve'a zapytałem go o tą samą rzecz.
- Kurde nie wiem, nie obserwowałem to z takiego kąta, że nie mogłem zauważyć, ale z tego co widziałem, to Pete nagrywał to wszystko i będzie można wszystko ładnie i przejrzyście zobaczyć na powtórce - odpowiedział. - Wiem jednak, że to co zrobiłeś było świetne!

Na krańcu płyty stał łysy, brodaty, gruby mężczyzna o pomarszczonym czole, wokół którego zaczeli gromadzili się kolejni widzowie ciekawi wyniku wyścigu. Przecisnąłem się przez nich by mieć dokładny wgląd na nagranie. Brodacz zrobił stop-klatkę parę metrów przed linią mety, już po przekroczeniu przez nią Pontiaca, kiedy to jechaliśmy z Adamsem dokładnie równo i operował funkcją odtwarzania. W końcu złapał moment minięcia linii finiszu. Na nim było widać centymetry dzielące Mondeo i Skyline'a. Z tego powodu ogarnęła mnie radość. Wyciągnąłem dwa palce ku górze i wydałem głośny okrzyk radości
- No proszę, widać cię trochę nie doceniałem - odezwał się z boku zaginiony brat bliźniak Paula Walkera - gratulacje, ale pamiętaj, to tylko kwalifikacje. To tylko 6 metrów przewagi na starcie. Nie spodziewaj się więc, że tak łatwo się dam. Powiem więcej, będzie cholernie trudno, ale chyba tego chcesz. Starcie z równorzędnym przeciwnikiem, jazda w łeb w łeb, która daje olbrzymie pokłady satysfakcji z rywalizacji, nieprawdaż? - Stopniowo podnosił swój ton, aż w końcu ucichł ze swoim ,,nieprawdaż?'' Ciężko było się nie zgodzić z jego słowami i odpowiedziałem
- Masz rację, ale i tak dołożę wszelkich starań, żeby zwyciężyć i zrobię to. Nawet jeśli przewaga będzie milimetrowa - Powiedziałem
- No cóż... Jak to wcześniej mówiłeś, następne kilkanaście minut to pokaże. Do zobaczenia na starcie.
- Nawzajem - Wyruszyłem z powrotem w kierunku miejsca starcia.
- Zbieraj manatki, startujemy z drugiej linii. - rzuciłem szybko do niskiego przyjaciela w drodze do samochodu. Co prawda ja nie jestem zbyt wysoki, ale i tak przewyższam Stevena tak o jakieś pół głowy.
- To super! - Poklepał mnie Steve po plecach - wiedziałem, że postawienie na ciebie będzie dobrym pomysłem. Teraz tylko znowu wyrób 110% normy. - dodał.

Do startu co prawda było jeszcze z 5 minut, jak nie lepiej, bo trzeba było jeszcze zawieźć sygnalizację na arenę głównych zmagań, ale i tak już postanowiłem się ustawić na linii startu. Podobnie z resztą jak kierowcy Forda Mustanga i Pontiaca GTO, który ze znaczną przewagą zwyciężył nad resztą w eliminacjach. W celu zabicia nudy muscle cary będące przede mną zorganizowały małe palenie gumy. Ryk silników i dym wydobywający się z kół (i lecący na mnie swoją drogą) bardzo spodobał się widzom i w sumie to nie do końca ich rozumiem, bo to do rzeczy najefektowniejszych raczej nie należy. Jeśli już miałbym wybrać sposób do kompletnego zniszczenia opon, to wybrałbym drift, gdyż on jest na pewno znacznie trudniejszy i trzeba włożyć o wiele więcej wysiłku. Wraz z zakończeniem pokazu darcia opon zadzwonił do mnie Steven. Właściwie to nie wiem po co, skoro do startu zostało jeszcze te kilka minut, to nie mógł normalnie podejść?
- Co? - Zapytałem lakonicznie po odebraniu telefonu.
- Nic, chodzi mi tylko o to żebyśmy mieli stały kontakt ze sobą podczas wyścigu. Będziemy się informować nawzajem o sytuacji na torze. - odpowiedział - włącz tylko głośnik i się nie rozłączaj - dodał.
- Jasne. - Jego pomysł przyjąłem na niezbyt przydatny, ale kto wie, może się przyda? Tylko był jeszcze jeden problem, o którym już nie informowałem szanownego kolegi. Mianowicie nie miałem żadnego uchwytu na telefon, toteż musiałem trochę kombinować z jego rozmieszczeniem, lecz ostatecznie zdecydowałem się na schowek przy elektrycznym sterowaniu szybami. Pasował jak ulał. W końcu tor i jego obrzeża zaczęły się zapełniać i wkrótce przed linią startową pojawiły się wszystkie 20 maszyn czekających na start. Postawiono też sygnalizacje świetlne. Wystarczyło jedynie włożyć płytę z rockową muzyką do odtwarzacza (muszę jeździć z jakąś muzyką przygrywającą w tle, gdyż wtedy ona bardziej mnie zagrzewa do łykania kolejnych mil). Wszyscy zaczęli rozgrzewać swoje auta, z rur wydechowym dobiegał dźwięk silników o łącznej mocy przeszło 5 tysięcy zniecierpliwionych i chcących wyrwać do przodu koni mechanicznych i tutaj niestety V-szóstka Durateca musiała ustąpić ostrzejszym i brutalniejszym rykom amerykańskich V-ósemek. Wtedy też dopadła mnie trema. Nagle zastanowiłem się nad moim poprzednim przejazdem. Był on zbyt idealny, nie mógłbym zrobić tego w normalnych warunkach, teraz na pewno nie będzie tak dobrze jak wtedy i zwyczajnie nie dam sobie rady. Z drugiej strony przypomniałem sobie, żebym o tym w ogóle nie myślał i zrobił to jak najlepiej jak tylko mogę. Taką też taktykę próbowałem przyjąć, lecz temat ten wciąż wracał i w tej chwili zaświeciły się kolejne czerwone lampki. Włączyłem szybko radio, z głośników zaczęły dobiegać dźwięki piosenki Blue Ghosts zespólu Riverboat Gamblers i zacząłem ostrożnie dozować gaz by wejść na idealne obroty. Czwarta lampka się zaświeciła i chwile po niej zielona.

Muzyka w tle: Riverboat Gamblers - Blue Ghosts https://www.youtube.com/watch?v=TaZp1538ShI

Puściłem sprzęgło, dało się słuchać pisk opon wszystkich 20 aut i niestety to nie był efekt, jakiego doświadczyłem wcześniej. Przegiąłem nieco z obrotami praz gazem na starcie i zamiast wcześniejszego kopa w kierunku siedziska poczułem spory uślizg przedniej osi, a kierownica zaczęła żyć swoim życiem, próbowała wyrwać się z mojego uścisku. Nie dałem za wygraną i zostawiłem ją w odpowiedniej pozycji, jednakże prędkość przyrastała niezbyt szybko. Niemalże natychmiastowo wyprzedziło mnie niebieskie R34, na co byłem raczej przygotowany, ale i także po chwili srebny roadster Hondy kapitana drużyny futbolowej - Northwooda. To nie był raczej start jakiego chciałem. Po drugiej stronie skali mamy za to Steve'a który od razu wystrzlił do przodu niczym z procy i objął prowadzenie już na pierwszej prostej, na której nie miałem zresztą zbytnio miejsca na rozpędzenie się, gdyż wiele czasu nie minęło, gdy na trasie pojawiła się betonowa barierka, która prowadziła do mniejszego hangaru, a jakby tego było mało na karku czułem gorący oddech Nissana 300ZX Todda Lestera. Nacisnąłem lekko środkowy pedał hamulca, skręciłem ostro kierownicą w lewo i wcisnąłem gaz do połowy. Ku mojemu zdziwieniu zaatakowała mnie fala podsterowności, która znowu wymusiła na mnie hamowanie, by wyrobić się w wejściu do hangaru. Todd podręcznikowo wykorzystał tą sytuacje do wyprzedzenia - wszedł nieco wolniej, ale za to ciaśniej i zanim wróciłem na właściwy tor był już przede mną. W hangarze niestety nie było żadnego światła, a jako że prowadził niemalże do końca, kilkadziesiąt metrów w głąb światło z zewnątrz nie za bardzo dochodziło, więc trzeba było zapalić krótkie światła. Następny był nawrót: Redukcja do pierwszego biegu i ostry skręt. Tutaj poszło standardowo, bez dramatyzmu. Drugi bieg, pozostało jeszcze wyjście, tym razem na pełnym gazie i mimo zmiany kierunku jazdy nie adekwatnej do skrętu kół, bez problemu się zmieściłem. Trójka, potem jeszcze czwórka, lecz ledwo jak przesunąłem drążek zmiany biegów do tyłu trzeba było skręcać. Podobna sekwencja jak w przypadku pierwszego wirażu i niestety podobny efekt, aczkolwiek nieco mniej nasilony. Niemniej znowu musiałem zwalniać, by zmieścić się na trasie. Później dłuższy łuk przez hangar, tym razem gaz nie szedł do oporu. Co prawda niby budowla miała dobre kilkadziesiąt metrów szerokości, ale znaczną cześć tej odległości zajmował bombowiec Boeing B-50. W zamkniętych pomieszczeniach zawsze słychać dosadniej dźwięki silników, ale dość mocno się przeraziłem, kiedy usłyszałem z tyłu ,,darcie się'' silnika rotacyjnego. Spojrzałem w lusterko, a tam Mazda RX-8 siedzi mi na zderzaku nieokreślonego koloru, ze względu na ciemność tam panującą
- Jak tak dalej pójdzie to skończę na szarym końcu - pomyślałem, gdyż to by oznaczało spadek z czwartej na ósmą pozycje w ciągu jedynie pierwszych kilkudziesięciu sekund - nie może być! Muszę się ogarnąć! - powiedziawszy to sobie w głowię dojeżdżałem do końca ,,tunelu''. Lekko przyhamowałem i skręciłem gwałtownie muskając pedał gazu. Wyjeżdżałem po zewnętrznej, powoli coraz mocniej dodawałem gazu i odbiłem w lewo zahaczając o szczyt zakrętu. Jak się później okazało czerwona ,,madzia'' została w tyle i nadszedł czas na odrabianie strat. Pierwszą moją ofiarą miała być S2000, która została dość niespodziewanie wyprzedzona przez Todda. Już sam dobrze pokonany zakręt pozwalał mi zmniejszać do niego dystans, a przede mną czekały dwa dość ostre łuki. Jeśli bym dobrze to rozegrał, wyminąłbym go i miałbym przewagę prędkości na nadchodzącej prostej, co stawiałoby mnie w dobrej pozycji do natarcia na czerwonego datsuna. Ustawiłem się do zakrętu zewnętrzną stroną toru, po czym lekko puściłem gaz i jeszcze dobrych kilkadziesiąt metrów od zakrętu gwałtownie skręciłem kierownicą w prawo. Zaatakowała mnie siła przeciążenia bocznego, a samochód poszedł w kierunku betonowej ściany, którą jednak minął o centymetry. Siła odśrodkowa wyrzuciła mnie na zewnątrz i niemalże wypadłem z płyty, ale to dobrze. Miałem jeszcze przeszło 100 metrów na ogarnięcie samochodu i zrobienie tego jeszcze raz i ostateczne wyprzedzenie będącej już blisko srebrnej hondy, która jechała zdecydowanie bliżej wewnętrznej strony drogi. Zrobiłem to jeszcze raz. Znowu niemalże przytarłem drugi bok samochodu (pierwszy przytarłem podczas pojedynku z Evo na górskich serpentynach, kiedy to pojechałem zbyt ciasno i przytarłem o barierkę), ale ten ryzykowny manewr znowu się opłacił ale tym razem musiałem nieco zmniejszyć kąt skrętu, coby się nie władować w tył Nate'a, ale i tak minąłem go po zewnętrznej Na prędkościomierzu przeszło 140 km/h i długa prosta przed sobą. Co prawda przerwana brutalnie szykaną, ale według moich szacunków wystarczyłaby do wyprzedzenia czerwonej 300ZX, gdyż różnica prędkości była bardzo duża. Błyskawicznie wbita piątka, lekki spadek wzrostu prędkości i znowu fala mocy pcha samochód do przodu. Nie więcej jak 10 sekund później byłem już prawie na jego zderzaku. Pewnie zmieniłem pas ruchu w celu wyprzedzenia. Sama operacja trwałaby moment, ale wtem Nissan gwałtownie zmienił tor jazdy na mój - mówiąc prościej zajechał mi drogę. To było tak nagłe, że zanim zdążyłem dać nogę na środkowy pedał puknąłem w tył datsuna.
- Cholera! Ty złamasie - skrzyczałem w myślach Todda, kiedy moc przeciążenia ujemnego pchnęła mnie w kierunku kierownicy. Nie miałem mu za złe tego, że próbował bronić pozycji, tylko to, że zrobił to w tak perfidny sposób. Odruchowo lekko nacisnąłem pedał hamulca i prawa noga wróciła na właściwe miejsce, po czym znowu wróciła na poprzednie, gdyż zaświeciły się tylne światła 300ZX. To znak że zaraz będzie szykana. Pojechałem dokładnie jak on, nie wychylając się zbytnio, bo wyprzedzanie na szykanie to samobójstwo. Zwłaszcza jak to była takiego typu. Szybki skręt w prawo, potem w lewo i powrót na właściwą pozycję. Niestety zrobiłem to nieco gorzej niż on, przez co początkowo trochę mi uciekał. Ale tylko trochę. Po chwili znów to ja atakowałem i szansa na zmianę miejsca w stawce trafiła się na ciasnej ,,dziewięćdziesiątce''. Lekkie opóźnienie hamowania i w prawo. Znowu siedziałem na ogonie datsuna, jak kierowca Audi na autostradzie, jednak na ostatni zakręt wszedłem nieco wolniej, znowu ciasno, w środku dałem więcej gazu, dzięki czemu na koniec okrążenia był w zasadzie mój i nie mógł z tym nic zrobić.
- Hej, jak ci idzie? - Odezwał się głos Steve'a w telefonie, który ledwo słyszałem, ze względu na hałas silnika, który rozlegał się w kabinie.
- Średnio. Jestem piąty, ale sporo tracę do Skyline'a -Krzyknąłem zza kierownicy. Nawet mi się nie śniło podnosić urządzenia. W takiej sytuacji potrzebne jest niemalże całkowite skupienie na drodze, jeśli większość swojej uwagi poświęcisz na coś innego - skończy się to katastrofą.
- Prowadzę, ale trzeba przy... O w mordę! - Nagle wykrzyknął kierowca Mitsubishi
- Co się stało - Zapytałem się zaskoczony.
- Mustang jadący przede mną przeholował na wjeździe do hangaru i chyba nawet uderzył w ścianę. Od początku siedział mi na ogonie i jeździł na granicy możliwości maszyny. Przeczuwałem że coś się takiego stanie. Niemniej masz szanse na 4 miejsce.
- Jasne. -Skończywszy rozmowę byłem już przed wspomnianym budynkiem. Wjechałem w jego wnętrze i faktycznie Mustang był na ścianie, ale już powoli wracał do wyścigu i kierował swoje konika z powrotem na trasę, aczkolwiek pewnie Northwood z Lesterem jeszcze go wyprzedzą. Następnym celem był Skyline. Był co prawda dość daleko, ale przecież jeszcze przede mną zostało 7 okrążeń, ponad 10 minut jazdy. Znowu liczył się tylko on. Choćbym miał być dziewiętnasty, musi być dwudziesty. Przy kolejnym zakręcie, prowadzącym na hangar Enola Gay wyciągnąłem wnioski z poprzedniej próby i nieco zwolniłem. Zacząłem przejeżdżać przez długi łuk, kiedy zauważyłem niebieskiego samuraja, znajdującego się podejrzanie blisko zewnętrznej ściany hangaru. Stwierdziłem, że to moja szansa i za wszelką cenę nie chciałem tego spieprzyć. No i niestety tak się starałem utrzymać odpowiedni tor jazdy, że pojechałem zbyt wolno. Starałem się za wszelką cenę utrzymać tor i początkowo nie zdawałem sobie z tego sprawy. Fakt ten doszedł dopiero do mnie po wyjeździe z budynku. Skyline wciąż znajdował się zbyt daleko, za to z tyłu całkiem blisko jechały 300ZX z S2000 2-wide.
- Cholera - krzyknąłem. Tym razem byłem wściekły na siebie, że zmarnowałem taką świetną okazję.
- Co jest? - Spytał się Steve w słuchawce. Najwyraźniej to usłyszał.
- Nie nic - rzuciłem przejeżdżając przez kolejny zakręt na krótką prostą. Następne dwa łuki pokonałem identycznie jak wcześniej. Z R34 na prostej równe szansę będę miał tylko w wypadku bardzo szybkiego wyjścia z łuku. Tak też się stało i na prostą wjeżdżałem z jeszcze większą prędkością niż wcześniej. To jednak było za mało by go dogonić. Nie będąc już aż tak zagrożony przez rywali mogłem się bliżej przyjrzeć szykanie. Zauważyłem, że mimo, że nie pozwala na wyprzedzenie, to zostawia sporo luzu i może dałoby się ją pokonać bez wciskania hamulca. Dojeżdżając do zakrętu odpuściłem całkowicie gaz, a lewą stopę postawiłem profilaktycznie na hamulcu. Ostro i krótko skręciłem w prawo, później tak samo w lewo. Siły temu towarzyszące rzucały niemalże mną z jednego końca fotela na drugi, ale mimo lekkiego przerażenia nie wduszałem hamulca. Minąłem o paręnaście centymetrów barierkę, a lewa noga wróciła na pedał sprzęgła. Ten śmiały ruch dał wymierne korzyści. Po wyjściu mnie i ,,Paula Walkera'' dzieliło na oko jakieś 50 metrów, a wraz z kolejnymi metrami strata wcale a wcale się nie powiększała. Przedostatni zakręt - trochę podsterowności, ale nie najgorzej i ostatni zakręt pokonany tak samo jak poprzednio. Strata została wyraźnie zmniejszona. Nie mógłbym powiedzieć, że jeździłem mu na zderzaku, ale i tak było lepiej niż poprzednio. W międzyczasie w radiu zmieniła się piosenka

Muzyka w tle: Jimmy Eat World - Nothing Wrong https://www.youtube.com/watch?v=1o84WkZpxac
Przejazd przez mniejszy hangar poszedł zwyczajnie. Odstęp był wciąż taki sam. Jednak zbliżając się do większej budowli pomyślałem sobie ,,do trzech razy sztuka! Tym razem muszę to zrobić dobrze''. Pokonałem zakręt po tej samej linii co wcześniej, ale nie już tak nie skąpiłem mocy. Po wyjściu z łuku lekko zwolniłem, by wcelować samochód w wierzchołek zakrętu. Adams tak dobrze tego nie zrobił, dzięki czemu musiał już wyraźnie słyszeć za sobą dźwięk Durateca. Byłem przekonany, że na kolejnych dwóch wirażach mogę odebrać mu trzecie miejsce. Użyłem sprawdzonego już sposobu na pokonanie tych zakrętów, ale efekt nie był już tak spektakularny jak wcześniej. Napęd na 4 buty pozwolił Skyline'owi przejechać zakręt nieco szybciej bez zbędnej podsterowności, a ja pojechałem na wyjściu trochę za szeroko i mimo, że przez moment jechaliśmy w jednej linii, to lekka przewaga szybkości pozwoliła mu się nieco oddalić. Wróciłem na linię jazdy rywala, by skorzystać z tunelu aerodynamicznego, aby zmniejszyć opór powietrza i przyśpieszyć i chyba to coś dało, bo brzydki tył R34 przestał się oddalać. Potem szykana. Na ułamek sekundy tylne światła japońskiego sportowca się zaświeciły, ale ja nie zamierzałem tego robić. Znowu puściłem gaz odbiłem w lewo potem w prawo i wtedy spostrzegłem, że jestem na kursie kolizyjnym ze ścianą i jeżeli nie zahamuje, to tak skończę swój udział w wyścigu. Odruchowo dałem uprzednio przygotowaną nogą po hamulcu i jakoś się wybroniłem, tyle tylko, że sporo przy okazji straciłem do niego sporo metrów, a ten dystans się powiększał z każdym kolejnym przejechanym metrem. Co prawda drafting jadącej przede mną strzały mnie odrobinę ratował, ale i tak byłem. Chciałem za wszelką cenę to odrobić i go w końcu wyprzedzić. Na pierwszej ,,dziewięćdziesiątce'' maksymalnie opóźniłem hamowanie i na wyjściu siła odśrodkowa prawie wywaliła mnie z płyty, ale ważniejszy był drugi zakręt. Tym razem postanowiłem nieco opóźnić hamowanie i wejść w zakręt nieco szybciej. Opony piszczały z powodu podsterowności, ale nie była ona aż tak istotna. Po trafieniu w wierzchołek zmniejszyłem kąt skrętu, przez co może i wyszedłem bardziej po zewnętrznej, ale prędkość wyjścia była jeszcze większa niż na pierwszym okrążeniu. Jechałem ponad 100 na godzinę. W końcu zacząłem się zrównywać z legendą JDMu, jednak szło to tak wolno, że błagałem naiwnie w myślach silnik, by wykrzesał z siebie jeszcze te parę koni. W końcu nadszedł pierwszy dość ostry zakręt. Niebieski Nissan zahamował. Ja natomiast miałem jeszcze przez kilka dziesiątych sekundy gaz w podłodze i w końcu wdusiłem w podłogę pedał hamulca, po czym gwałtownie skręciłem w lewo. Ledwo uniknąłem kontaktu z barierką, ale najważniejsze było to że przeciwnika widziałem już w lusterku, a nie przez przez przednią szybę. Jednakże przewaga była dosyć złudna, gdyż nie wyprzedzałem go o całą długość samochodu. Wypracowałem sobie nieco miejsca na nawrót, lecz trochę mnie wyrzuciło na zewnątrz, a Adam, mimo lekkiego zarzucania kuprem wziął mnie od wewnętrznej i wrócił na 3 miejsce. Wyjazd też pokonał lepiej, przez co znowu musiałem gapić się na kuper Skyline'a. I tak było przez resztę okrążenia. Nie odważyłem się zbytnio wychylać i trzymałem się go co prawda dość blisko, ale wolałem poczekać na nieco dogodniejszą okazję do ataku. Ta trafiła się już na kółku numer 5. Po bardzo precyzyjnym wyjeździe z hangaru Enola Gay jechaliśmy razem łeb w łeb, ale to ja byłem w korzystniejszej sytuacji, gdyż jechałem po wewnętrznej stronie toru. Lekko zwolniłem przed zakrętem i skręciłem ciasno w prawo. Nie miałem może tyle swobody co wcześniej, ale tutaj Adams popełnił spory błąd, mianowicie dał za dużo gazu na wyjściu, co spowodowało, że tył próbował wyprzedzić przód. System ATTESA E-TS opanował co prawda poślizg dość szybko przenosząc moc na przednią oś, jednak fakt faktem wytracił sporo prędkości i tym samym dystans do mnie się zwiększył. Nigdy wcześniej ten niebieski japoniec nie był tak daleko w lusterku bocznym. Mogłem dzięki temu kolejny łuk pokonać już sztandarowym wolniejszym wejściem, trafieniem w wierzchołek i szybkim wyjściem. Odległość między mną a R34 była na tyle duża, żeby na prostej mnie nie wyprzedził, nawet biorąc pod uwagę spore różnice w mocy. Żeby jeszcze bardziej uciec przed najdłuższą prostą, na szykanie znowu pojechałem sprawdzonym patentem - bez użycia hamulca i tym razem uniknąłem bliskiego spotkania trzeciego stopnia ze ścianą bez naciskania środkowego pedału. Sądząc po widoku w lewym lusterku ta sztuka się nie udała bardziej masywnemu GTR-owi.

Muzyka w tle: Skillet - Whispers In The Dark https://www.youtube.com/watch?v=B58OBfM-8A4
Tak zdobytej przewagi nie oddawałem do końca okrążenia oraz przez całe szóste. Co prawda w hangarach, które niestety nie są moją najmocniejszą stroną zbliżył się do mnie niebezpiecznie blisko, ale na zakrętach na końcach płyt znowu się oddalałem. Niestety na przedostatnim okrążeniu kompletnie zwaliłem nawrót. Wszedłem w niego zbyt szybko i musiałem w jego trakcie hamować co na pewno nie odbiło się dobrze na czasie. Adams znów siedział mi na zderzaku. Brzmienie rozpoczynającej się piosenki zwiastowało, że dopiero teraz zacznie się prawdziwy bój o zwycięstwo. Wyjazd z budynku wyszedł mi na szczęście na tyle dobrze, że nie dałem mu możliwości wyprzedzenia. Musiał sobie z tym jeszcze poczekać. Dojeżdżałem do łuku prowadzącego przez większy hangar i wtedy z telefonu odezwał się dawno niesłyszany głos Steve'a, ale jakoś tak przerażony.
- Chris, złe wieści! Temperatura silnika gwałtownie wzrosła. I chyba zaczęła się unosić para znad maski! Coś szlag trafiło w układzie chłodzenia. Nie wiem czy wytrzyma do końca.
- K**wa. - przekląłem pod nosem. Z tego co widziałem teraz on pewnie prowadzi. Nie mógł na półtora okrążenia przed końcem odpaść z wyścigu, bo wtedy stracilibyśmy szanse na zwycięstwo. Co tam zwycięstwo? Nie bylibyśmy pewnie nawet na podium. Musiałem szybko coś wykombinować na poprawę sytuacji - Daj na maksa ogrzewanie! Część ciepła z silnika pójdzie wtedy do wnętrza. Wbij jeszcze najwyższy bieg. Silnik będzie na niższych obrotach - Wtedy też wjeżdżaliśmy do hangaru. Przyhamowałem lekko i skręciłem w lewo, lecz wtedy z lusterka zniknął Skyline. Spojrzałem się w prawo - wszystko było jasne - wziął mnie od zewnętrznej. Jechaliśmy 2-wide, ale to on miał przewagę, gdyż cały jechał po wewnętrznej, co zapewniało mu przewagę.
- Dobra, dzięki. Ale obawiam się że nie utrzymam prowadzenia. Przez te wszystkie okrążenia wyrobiłem sobie sporą przewagę, ale konieczność ciągłej jazdy na piątce mocno mnie spowolni i będę musiał ustąpić miejsce Pontiacowi. Miejmy raczej nadzieje, żeby silnik wytrzymał. A ty bądź za wszelką cenę trzeci...
- Kurde! - powiedziałem do siebie, przerywając partnerowi jak tylko Adams wysunął się przede mnie.
- Wyprzedził cię? - Zapytał się zdenerwowanym głosem Steven
- Taa... Ale nie bój się, tak łatwo mnie nie ojedzie... - odpowiedziałem starając się uspokoić przyjaciela.
- Mam nadzieję, bo twoje czwarte miejsce może nam nie wystarczyć. Nie wiem który jest teraz Mustang, ale na pewno nie dalej jak ósmy. Nie będę już cię męczył punktami. Po prostu zrób to... - teraz moja wewnętrzna rywalizacja ze Skylinem nabrała nowy wymiar. Już nie dla osobistego zwycięstwa muszę go pokonać, tylko dla wspólnego.

Przed łagodniejszymi łukami sytuacja nie prezentowała się jednak najgorzej, gdyż dalej siedziałem mu na ogonie i nie odjechał mi zbyt daleko, ale mimo to postanowiłem go nie wyprzedzać teraz tylko trzymać się dalej zderzaka przeciwnika niczym Jeff Gordon na Daytonie i wyczekać do ciasnych ,,dziewięćdziesiątek'', toteż na następnych zakrętach nie atakowałem i pojechałem po linii przejazdu Skyline'a. Na prostej miałem wykorzystać tunel aerodynamiczny i tu jednak Skyline pokonał ów łuk tak szybko, że zaczął mi odchodzić na prostej nawet z uwzględnieniem. Nic nie mogłem z tym zrobić do wjazdy na szykanę na której - o dziwo okrągłe światła R34 nie zaświeciły się na czerwono. Najwyraźniej podpatrzył mój pomysł i też spróbował zaryzykować. Oczywiście nie pozostałem dłużny i zrobiłem to samo. Obróciłem kierownice w prawo, ale nieco mniej niż poprzednio. Milimetry dzieliły mnie od lewej barierki, potem szybki skręt w prawo perfekcyjnie mnie wyprowadził na prostą, lekka korekta i znowu w tunel. Ku mojemu zdziwieniu jednak strata się wciąż lekko powiększała. To nieprawdopodobne, że przejechał tę szykanę jeszcze lepiej. Wraz z rozwojem prostej, zacząłem jednak odrabiać straty. Tunel rekompensował z nawiązką różnice w mocy, przez co przyśpieszenie było świetne i tuż przed zakrętem na liczniku miałem 230 km/h. Na tym zakręcie planowałem wziąć GTR'a od wewnętrznej i opóźnić hamowanie. Zbliżałem się nieubłaganie do zakrętu, już zająłem pozycję, jednak przeciwnik nic a nic nie wduszał pedału. Z każdą dziesiętną sekundy robiło się to coraz bardziej niepokojące, aż w końcu prawa noga samoczynnie spoczęła i wdusiła z całej siły środkowy pedał. Siła hamowania porównywalna z kopniakiem w plecy prawie wystrzeliła mi oczy z orbit, lecz dopiero ułamek sekundy później Skyline zaczął zwalniać tak samo ostro jak ja i chyba się przeliczył, bo kiedy ja może nie najszybciej, ale w miarę spokojnie wszedłem w zakręt, to przeciwnik musiał naprawdę mocno zahamować i prawie znalazł się na poboczu. To była moja szansa. Zanim Adams doprowadził niebieską strzałę do porządku udało mi się ustawić bardziej zewnętrzną częścią toru do zakrętu, żeby z jak największą prędkością trafić w wierzchołek minimalnie wysunąłem się przed R34 i przejechałem tak szybko jak się tylko dało przez wiraż. Przyszedł czas na ostatnie okrążenie.

Zyskałem trochę przewagi, ale i tak miałem przeczucie, że zaraz je stracę w hangarze. Oddaliłem te przeczucie daleko od siebie i postanowiłem, że po prostu go przyblokuje. Przy wjeździe do hangaru przeciwnik odrobił co nieco, ale dopiero teraz się okaże czy moja taktyka przyniesie efekty. Przyhamowałem nieco wcześniej by mieć większe pole manewru i ciasno objechałem barierkę. Zgodnie z moimi przypuszczeniami oponent próbował mnie wziąć od zewnętrznej różnicą prędkości. Ja wtedy błyskawicznie zjechałem nieco w lewo zmuszając go do zwolnienia. Może to wyglądało jak manewr Todda na pierwszym okrążenia, ale wtedy było chamskie zajechanie drogi przy 200 na godzinę, tutaj było najwyżej 65 i odstęp był nieco większy. W każdym razie po wyjeździe Adams wciąż musiał patrzeć na tył mojego ST220, jednak nie za bardzo tego chciał i już na prostej podjął się próby wyprzedzenia od prawej strony. Na moje szczęście (bądź nie) zakręt pojawił się dość szybko. Nie mogłem znowu dać za wygraną jak wcześniej. Zacząłem patrzeć się nerwowo w lusterko by znów spróbować przewidzieć ruchy przeciwnika. Puściłem gaz, zahamowałem i zerknąłem co Adam będzie próbował zrobić. Okazało się, że znowu chce mnie wyprzedzić po zewnętrznej. Zmniejszyłem kąt obrotu kierownicy znowu by zablokować przeciwnika. Byłem tym okropnie zdenerwowany. Do końca wyścigu zostało ledwie parę zakrętów. Jeden większy błąd, stracę 3 miejsce i zawiodę i siebie, i Steve'a. Łuk i wyjazd były w miarę spokojne. Kierowca Skyline'a GTR nie ryzykował wyprzedzeniem. Przed pierwszym z dwóch długich wiraży na wschodnich krańcach płyty postąpiłem niezbyt mądrze ustawiając się na zewnątrz zakrętu. Mój błąd wykorzystał skrupulatnie przeciwnik, który jechał od początku po wewnętrznej. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z mojego głupiego błędu, kiedy to długie na prawie 5 metrów japońskie coupe blokowalo mi dostęp do wierzchołka. Ze wściekłości ścisnąłem mocno kierownicę i następny wiraż musiałem pokonać perfekcyjnie. Tym razem miałem do dyspozycji cały tor. Wcześnie zacząłem skręcać i znowu prawie starłem lakier na barierce, ale pokonałem go szybko jak nigdy wcześniej. Prawie 150 na prędkościomierzu. Dzięki tej kosmicznej prędkości, przy wyjściu, skierowałem się na wewnętrzną stronę toru licząc w głębi duszy, że przód Mondeo zrównał się z tyłem Skyline'a. Chyba tak jest, bo nie próbuje blokować. Piąty bieg, lekki spadek przyrostu prędkości i wielka obawa, czy nie stracę tego minimalnego zrównania. Szykana coraz bliżej, a ja znajduję się na właściwym torze jazdy. Barierki coraz bliżej, już lada moment będzie szykana. Skyline gwałtownie zwalnia nie ma wyboru. Ja puszczam gaz i pokonuję szykanę, jednakże po pierwszym ruchu kierownicą było wiadomo że pojechałem za szybko. Nacisnąłem szybko hamulec i się jakoś zmieściłem mając znowu R34 w lusterku, ale bardzo blisko przy tym. Na wyjściu był znacznie szybszy co szybko pozwoliło się ze mną zrównać z prawej strony i taki stan rzeczy zachował się do końca prostej. W oddali było jeszcze widać Evo wchodzące w pierwszy z dwóch ostatich zakrętów. Na nich wszystko będzie już jasne. Prosta, po której wszystko miało się rozstrzygnąć zdawała się trwać podejrzanie długo. W końcu jednak wcześniej decyduje się na hamowanie, nieco wcześniej niż on, ale chciałem pójść na wyjściu od wewnętrznej. GTR'a siły wywaliły na zewnętrzną stronę toru, a mi za to się udało w miarę sprawnie pojechać po wewnętrznej GTR wciąż jednak lekko nade mną wygrywał, ale nie na tyle, by móc zmienić pas. Ta sytuacja dawała mi otuchy i większe szanse na wyjście z tarczą. Zbliżyliśmy się do siebie przed ostatnim zakrętem na tyle blisko, że prawie zahaczałem o jego nadkole. W końcu puściłem nieco gazu skręciłem najmocniej kierownicą, jak tylko mogłem miałem nadzieję, że nie zahaczę o rywala. Było bardzo blisko. Mogłem wręcz zauważyć jego zdenerwowany wyraz twarzy. Na wyjściu dałem prawie do oporu i sukces! Spojrzałem w lusterka, był przede mną, lecz próbował nadrabiać straty. Wciskałem gaz mocniej naiwnie myśląc, że to coś da. Przód R34 był w okolicach tylnych drzwi. Szedł coraz bliżej, patrzyłem z utęsknieniem na szachownicę na powierzchni będącą już kilkadziesiąt metrów ode mnie. I jest! Udało się! Mijam linię mety z przewagą ledwie połowy samochodu. Przez moment jeszcze trzymałem gaz w podłodze, po czym stopniowo go puszczałem, przeniosłem nogę na hamulec, lekko go nacisnąłem i czekałem cierpliwie, aż się zatrzyma na poboczu. Byłem cały spocony. Nie mogłem też pozbierać myśli, po tym co zrobiłem. Czułem się świetnie. Nie okazywałem może tego zewnętrznie, ale w środku skakałem z radości. To było tak emocjonujące, przerażające i świetne zarazem. Znowu o zwycięstwie zadecydowały niewielkie ułamki sekund.
- No i jak? Jak poszło? - Odezwał się głos niskiego przyjaciela w telefonie. Ja nic nie odpowiedziałem. Jeszcze wracałem do siebie po tym epickim pojedynku.
- Hej, tam! Żyjesz? - Zapyał się znowu. Wziąłem nieśpiesznie telefon z miejsca przechowania i w końcu zebrałem się by odpowiedzieć.
- Zaje*****... - tak zabrzmiała lakoniczna odpowiedź zmęczonego, ale za to szczęśliwego w duchu człowieka.
- Zaraz jak przyjadą wszyscy to ogłoszą wyniki. Silnik wytrzymał, ale tak jak mówiłem skończyłem na drugim miejscu.
- Spoko, dobrze jest. - pocieszyłem Stevena spokojnym tonem.
- Przy okazji, mógłbyś na chwile zajrzeć pod maskę?
- Jasne - Odpowiedziałem i podjechałem do niego, żeby zobaczyć (oby nie) dymiącą ruinę uturbionego dwulitrowego silnika. Szybki rzut oka na dymiący jeszcze motor i było wiadomo co jest nie tak. Na przewodzie chłodniczym powstało spore pęknięcie, co było bezpośrednią przyczyną wycieku płynu. Oznajmiłem mu o tym co jest nie tak.
- Przewód chłodniczy pękł. Ale wydaje mi się że możliwa jest też nieszczelność w chłodnicy. Nic nie modyfikowałeś w układzie chłodzącym co nie? - spytałem
- Nooo... Nic nie zmieniałem - odpowiedział
- To niedobrze. To mogła być jedna z przyczyn tejże awarii. Mogło być za duże obciążenie. Ale sama usterka to nic aż tak wielkiego. Przewód można skleić nawet taśmą izolacyjną, ale to rozwiązanie prowizoryczne. - Wtedy z megafonu zabrzmiał iście radiowy głos faceta stojącego na dachu Mitsubishi Eclipse położonego kilkadziesiąt metrów dalej, żeby był lepiej zauważalny wśród tłumu
- No trzeba się zgodzić, cóż to był za emocjonujący wyścig! Tak trzymającego w napięciu nie widziałem już długo, a zwłaszcza ta walka o 3 miejsce... A teraz czas na wyniki, a zwycięzcy są dość zaskakujący!. Z wynikiem 33 punktów wygrywają Steve i Chris w ST220 i Lancerze Evo!
Jak tylko usłyszałem te słowa na mojej twarzy zaistniał szeroki uśmiech radości. niski partner szturchnął mnie w bok i powiedział:
- Słyszałeś? Wygraliśmy! - I wtedy uścisnęliśmy sobie serdecznie rękę, po czym wystrzeliłem je ku górze. Poklepałem jeszcze po dachu swój pojazd, dumny z tego, że dzięki niemu i moim umiejętnością wygraliśmy zarówno z R34 Adamsa, jak i cały wyścig.
- Drudzy byli Jack i Gregor w Mustangu i GTO z wynikiem 31 punktów, a na najniższym stopniu podium Nate i Adam w S2000 i R34 z 20 oczkami. A teraz prosimy was Steve i Chris, pokażcie się nam! Pokażcie kto tu dzisiaj rządzi! - Słysząc te słowa czym prędzej skierowałem się w kierunku tłumu. Steve też ugiął się pod tymi okrzykami i podjechał swoim dymiącym Mitsubishi.
- O tak! Pokażcie co one potrafią! Zaryczcie! - Prawdę mówiąc odrobinę mnie poniosło i wkręciłem widlastą szóstkę na wysokie obroty generując przyjemny pomruk. Jednakże wśród okrzyków radości i oklasków dało się też zauważyć pewne szyderstwo i śmiech, bo prawdę mówiąc nie wyglądało to, jak parada zwycięzców. Rodzinny sedan i rozpadające się Mitsubishi. Jednak ja to całkowicie ignorowałem. Liczył się tylko fakt zwycięstwa.

Później, jak tłum się rozszedł poszliśmy do tego samego gościa, który stał na samochodzie po odbiór nagrody. Całe 34 000 dolców. W jeden dzień obłowiłem się aż o 13 i pół tysiąca baksów. W kolejce stał jeszcze Adam Adams vel. klon Paula Walkera.
- Hej, Gratulacje - powiedział do mnie - To był piękny pojedynek. Chyba nigdy wcześniej adrenalina mi tak nie podskoczyła.
- Dzięki - odpowiedziałem na te pochwały. Wtedy Adams wyjął z kieszeni telefon na którego wyświetlaczu widniał numer telefonu.
- Masz mój numer. Z wielką chęcią się kiedyś zrewanżuje. - nie pozostałem dłużny i też mu podałem swój.

Zanim odjechałem zaczepił mnie na chwile Steven.
- Wiesz co? Dziękuje ci. Jazda z tobą była zaszczytem. - Ja głupi nie wiedziałem za bardzo co na to odpowiedzieć. Podrapałem się po głowie i w końcu rzekłem lekko roześmiany z zakłopotaną miną
- Ej no kurna daj spokój. Byłem dopiero trzeci.
- Gdybym wybrał kogoś innego, tak dobrze by nie było. Teraz pozostaje mi czekać na lawetę, bo ja się zwyczajnie obawiam się, czy silnika całkowicie szlag nie trafi.
- Dobra, i powiedz im, żeby zawieźli go do Danley's Cars w północnym Salt Lake City. Obejrzę je. - To powiedziawszy wyjąłem ze swojej nagrody 300 dolców i dałem w rękę niskiego kolegi, po czym skierowałem się do samochodu i odjechałem z powrotem do domu.

Epilog:
17 marca 2014
Przejrzałem dokładniej białe Evo VI. Moje przypuszczenia nie okazały się błędne i skończyło się na przewodzie chłodniczym i nieszczelności. Jednocześnie powiedziałem Stevenowi, żeby ulepszył układ chodzenia, bo takie wypadki, przy takim turbo może mieć szczęście. Ogólnie dzień jak co dzień i trochę mnie zdziwiło jak wieczorem, już dawno po robocie zadzwonił nieznany numer. Z ciekawości odebrałem i do razu usłyszałem ostry, donośny, męski głos
- Ty naprawdę myślisz że jesteś prawdziwym kierowcą? Nie rozśmieszaj mnie! - po czym się zaśmiał. Głos wydawał mi się dziwnie znajomy. Krótkie kojarzenie faktów i doszedłem do szokujących wniosków to był ten gość z Ferrari, co jednego dnia przed świętami mnie pobił do nieprzytomności bo wjechał w mój wóz.
- Trevor Stanley! Czego chcesz? - Warknąłem wściekły, że słyszę głos tego sk******na! Skąd w ogóle miał on mój telefon? Jedyne co mi teraz przychodziło do głowy to to, że jest jakimś znajomym Adamsa, bo tylko niemu podawałem ostatnio mój numer. Przez chwile zabrzmiała w słuchawce cisza. Myślałem że się rozłączył, ale chyba on próbował wymyślić ripostę. W końcu się jednak odezwał
- No proszę, nie wiedziałem, że już tutaj zdobyłem taką popularność, kto by się spodziewał? Ale wracając to, że wygrywasz jakieś prowincjonalne wyścigi o Puchar Szeryfa, to nie oznacza, że jesteś kimś dobrym. Oh, pardon! Nawet nie wygrywając, tylko będąc gdzieś trzeci! No proszę i ty się koleś masz za kogoś dobrego? I czym ty się jeszcze poruszasz? Twój zapyziały Fusion, czy czym ty wozisz swoją chudą d*** po drogach. Tym się niby ścigasz? Nawet za fajer nikt tego by nie chciał. Wszyscy jeżdżą Mustangami, Skylineami, Suprami i tak dalej, ale nie! Ty musisz robić siarę swoim pseudoszrotem. I nie, dalej nie zapomniałem jak rozje***eś moją piękną 458 Speciale - wysłuchiwałem dalej wypocin tego frustrata. Mogłem się co prawda rozłączyć, ale byłem ciekaw, co on jeszcze powie. Wtedy jednak trochę ściszył ton. - Dam ci taką małą radę. Zrezygnuj ze ścigania. Spotka cie rozczarowanie, zjedzą cię. Z tymi umiejętnościami i samochodem Muscle Sisters by cię zostawiły w tyle. Nie zapomnij tych słów. Ciao. - I wtedy się rozłączył. Byłem tym lekko skołowany i zażenowany, ale prawdę mówiąc to na swój sposób zmotywowało, bo skoro zadał sobie trud zadzwonić i wylać na mnie wiadro pomyj, to znaczy, że mnie chociaż trochę docenia. W listopadzie pokażę mu i nie tylko, podczas CtC Journey w jak ogromnym błędzie on tkwił.

Koniec odcinka 4

Raczej ten odcinek będzie bardziej pokazowy, bo jak sami widzicie, był cholernie energochłonny. Wyszło 57.2Kb tekstu w notatniku, a to tyle co dwa odcinki OS sagi. Niemniej zachęcam do czytania i oceniania (o ile wytrzymacie).
Cytat:Iż my nie gęsi

Cytat:Wangan Midnight

Czy tylko ja jestem tak głupi że mnie to bawi? Taki quasi-oksymoron Big Grin
W ramach jakiegoś punktu odniesienia pokażę teraz starą, oryginalną wersję tego opowiadania, która została przeze mnie napisana jeszcze przed pierwszym odcinkiem Pokemon OS Sagi. Jeśli teraz nie jest najlepiej, to co dopiero wtedy...

Ukryta wiadomość (Kliknij, aby wyświetlić)
Odcinek 5: Dziewczyna z Boxstera i Silver Shade


25 marca 2014


Po wspaniałej gonitwie w Wendover życie wróciło do swojego starego porządku. Podobnie było w warsztacie, gdyż w ostatnich dniach próżno było szukać wyzwań godnych naprawy Astona DB9, same jakieś drobne awarie, które może i są niekiedy pracochłonne, ale też banalnie proste do zrobienia. Prawdę mówiąc, zacząłem się wręcz nudzić i tylko wyczekiwałem godziny 18:00, kiedy to kończył się dzień pracy, a ja mogłem w końcu wrócić do domu, by sobie odpocząć przy Gran Turismo, albo przy czym najdzie mnie ochota... Ten dzień też nie zapowiadał aby jakoś się wyróżniał na tle pozostałych, z biegiem czasu zlewających się ze sobą. Znowu głównie naprawa części eksploatacyjnych: rozrząd, wymiana oleju, klocków hamulcowych etc. w żaden sposób ekscytujących i wyróżniających się z tłumu samochodach. Jednakże późnym popołudniem, kiedy kończyłem już pracę przy klimatyzacji w Crown Victorii usłyszałem silnik dobiegający zza ściany. Nie było to jednak to do czego się przyzwyczaiłem w ostatnim czasie, jednak przy tym dosyć znajome. Poszedłem sprawdzić kto to jest i moim oczom ukazał się stary znajomy - Todd. Wciąż miałem do niego pewien uraz co do tego, co się działo podczas wojny wyścigowej, jego dziwnego zachowania, ale z drugiej strony ciekawiło mnie co go sprowadza do mojego warsztatu, ale przeczuwałem, że nie chodzi tym razem o wyścig
- Oh, cześć Todd, co cię tu sprowadza - Przywitałem się, jednak bez specjalnego entuzjazmu.
- Siema Chris. Najpierw to chciałem cię przeprosić. - zaczął zielonooki brunet. Byłem tymi słowami nieco zdziwiony, gdyż pomimo, że nie znałem go aż tak długo, to wiedziałem już, że to nie jest osoba, która łatwo przyznaję się do błędu i mimo, że po głosie nie było tego słychać, raczej zanosiło się, że te słowa będą szczere - wiesz, za to co się stało w Wendover. Wiem że byłeś i jesteś na mnie zły, ale wiesz, wtedy ciężko powiedzieć, że byłem sobą. Jak walczę na neutralnym gruncie, to czasami mi odbija, tak samo w ferworze walki. Czasami ciężko jest się uspokoić i po prostu nerwy puszczają.
- W porządku... - odpowiedziałem na te szczere chociaż też dosyć mgliste słowa skruchy. Nie do końca kupowałem mu to tłumaczenie, ale niechaj już mu będzie. Tylko na koniec dodałem - Tylko wiesz co, jeśli mógłbyś, to nie wracaj więcej do tego tematu. Było, minęło i tego nie zmienisz... To w takim razie w czym mogę ci pomóc? - Spytałem wiedząc, że raczej nie przyjechał tam tylko po to, aby mnie przeprosić.
- Spójrz. - Todd otworzył drzwi pasażera 300 ZX. Na nim znajdowały się karton pełen części wśród których łatwo można było zauważyć intercooler, pompę paliwową, czy chociażby dwie turbosprężarki.
- Widzę, że chcesz, żebym ci zamontował turbo w Z32... Teoretycznie mógłbym ci to zrobić, ale musisz wiedzieć, że przy większej mocy może nie wytrzymać sprzęgło, silnik się będzie bardziej grzał oraz pozostaje jeszcze kwestia szybszego zużycia jednostki.
- Chyba nie myślisz, że jestem taki głupi? - Todd tylko się uśmiechnął słysząc moje uwagi, po czym otworzył bagażnik w którym znajdował się kolejny karton z częściami i jego zawartość kazała mi się przyznać, że jednak zadbał o wyposażenie. Radiator, chłodnica oleju, miska olejowa, sprzęgło, koło zamachowe, rura ssąca, zawór recyrkulacji spalin i pewnie coś by się jeszcze znalazło - wszystkie części są fabryczne, nissanowskie z TT - Dodał.
- Dobra jednak zwracam ci honor. Tak patrzę i raczej załatwiłeś większość osprzętu i nas odciążyłeś. Tak przy okazji, dlaczego postanowiłeś uturbić Nissana? - Spytałem się gdyż ciekawiło mnie to, czemu akurat postanowił wprowadzić tą modyfikację.
- Wiesz... Przegrywam wyścig technologiczny... Niegdyś to po prostu nie było mi potrzebne, ale pojawił się ten gostek w Evo, ty postanowiłeś go dogonić i generalnie zostałem pod tym względem z tyłu, a samymi umiejętnościami się niestety nie wygrywa. To nie indycar...
Jedyne co zrobiłem to tylko przytaknąłem. Nie miałem specjalnie co na to odpowiedzieć. Po chwili Todd przerwał milczenie
- A ile to wszystko będzie kosztować?
- Hm... - zacząłem wykonywać w pamięci obliczenia co do ceny i pod nosem wymieniałem wszelkie koszta - za demontaż i montaż silnika dziewięcset, przegląd czterysta, montaż części i robocizna kolejne cztery stówki... To będzie 1700 baksów. - Podsumowałem. Myślałem, żeby dać mu jeszcze jakiś mały rabat po znajomości, ale równie szybko stwierdziłem, że nie
- Ok, dobra. A ile czasu ci się zejdzie?
- O Jezusie... - pytanie to przyparwiło mnie o lekki zawrót głowy, gdyż nigdy nie montowałem całego układu turbodoładowania i ciężko było mi to oszacować. Mimo to jednak spróbowałem - Tak ze cztery dni?
- Cztery dni? Ech... - brunet skierował głowę ku górze zawiedźony terminem. - Hej! - krzyknął, przy czym wrócił mu humor - Lubisz wyzwania?
- A co? - Zapytałem się wyraźnie zaskoczony nagłą zmianą nastroju, ale jeszcze bardziej pytaniem
- To co powiesz na to, żebyś spróbował mi to zrobić do czwartku? Obiecuję zapłacić podwójnie. - Propozycja Todda była iście interesująca. Nie dość, że w końcu będzie się coś działo, to jeszcze dostanę dwa razy więcej niż zwykle. Niby 48 godzin to niewiele czasu na przeprowadzenie tej operacji, ale hej! Wyzwanie, które jest łatwe przestaje być wyzwaniem.
- A wiesz co? Zgoda! - Przyjąłem entuzjastycznie zadanie ściskając na znak umowy prawicę Lestera.
- No i fajnie! To ja zostawiam cię z moim 300ZX i co tu dużo mówić... Powodzenia! - Powiedział na koniec i wyszedł. Wówczas obok mnie pojawił się zbliżający się do pięćdziesiątki, siwiejący mężczyzna, lekko przy kości - Franklin. Mój wujek, a zarazem współwłaściciel warsztatu
- Czego on chciał? - Spytał się, jak zawsze, swoim głosem, jakby ciągle coś podejrzewał
- Żebyśmy zamontowali mu turbodoładowanie. Mamy się z tym uwinąć do czwartku, ale klient obiecał hojnie sypnąć groszem. - Odpowiedziałem. Wuj jakoś nie okazał się tym specjalnie zainteresowany. On raczej nie rozumie idei tuningu mechanicznego. Twierdzi, że poprawianie tego co zrobił producent jest bezsensowne, bo na pewno tylko bardziej to spieprzymy. Nie zgadzam się z tym, ale cóż... Każdy ma swoje gusta. Tymczasem zawołałem siedzącego w biurze i prawdopodobnie umierającego z nudów Jerrego - niskiego gościa, o lekko azjatyckich rysach twarzy, którego pod koniec ubiegłego roku wzięliśmy pod swoje skrzydła. Wcześniej pracował w zakładzie tuningowym, więc był to facet, który w tych klimatach czuł się jak ryba w wodzie.
- Spodoba ci się. - Po czym zaprowadziłem go na zewnątrz do czerwonego Datsuna, gdzie wyjaśniłem problem.
- Wiesz, mam za sobą turbo w 240SX, R33, IS300 i paru innych, ale w VG30 jeszcze boosta nie robiłem. Co nie znaczy, że robić nie będę. - Takimi słowami skwitował brunet
- Cieszy mnie twój entuzjazm. Zaczynamy jutro, jeszcze przed świtem, więc idź już do domu i się wyśpij. O szóstej nad ranem potrzebuje cie tu zwartego i gotowego na pracę, być może do późnych godzin wieczornych. - Powiedziałem dosyć poważnym tonem do podwładnego, lecz entuzjazm z jego twarzy nawet na moment nie zniknął.
- Spoko szefie! To będzie dłuugi dzień...
- Racja, a teraz już zmykaj. - rzuciłem, po czym wróciłem dokończyć klimę w Crown Victorii i wprowadziłem auto Todda do warsztatu. Jak tylko spojrzałem na opływową bordową karoserię Nissana poczułem, że pewien okres nudy się skończył i nie powróci przez długi czas.

26 marca 2014

Punkt szósta byliśmy już w warsztacie i momentalnie ruszyliśmy z robotą. Zaczęło się od wyjęcia silnika, co przyprawiło nas o lekki zawrót głowy: odłączanie przewodów, elektryki układu wydechowego, spuszczanie wszelkich płynów, w końcu, a to i tak przy pominięciu sporej liczby innych elementów, odłączenie silnika od skrzyni biegów, by móc go spokojnie i bez obaw wyjąć na zewnątrz. Trwało to dłużej niż zakładaliśmy, głównie przez mnogość rzeczy do zrobienia przy przygotowaniu, lecz mogliśmy się wziąć się za montaż układu i przystosowanie silnika do ,,przyjęcia'' modyfikacji. Pomimo, że Jerry potrafił nieco zirytować tym, że mentalnie jest o dobrych kilka lat młodszy niż ten samochód, to praca na tym etapie szła całkiem sprawnie i kiedy trochę po 21:00, po 15 godzinach (z pewnymi przerwami) zamykaliśmy już warsztat, zamontowane już były prawie wszystkie części nie licząc intercoolera i paru innych drobnostek. Tłoki, głowica, sprzęgło, koło zamachowe, pompa paliwa były już na swoich miejscach, wymienione. W tak zwanym międzyczasie okazało się niestety, że Todd do pudełka zapomniał zapakować ECU, które mogłoby współpracować z VG30DE, tym razem z dopiskiem TT. Dlatego pierwszą rzeczą jaką zrobiłem po powrocie do domu było gorączkowe przeszukiwanie eBaya w celu znalezienia ECU od wersji Twin Turbo i całe szczęście, po dosyć długich poszukiwaniach znalazłem względnie niedaleko, bo w Orem (40 kilometrów).

27 marca 2014
Tym razem warsztat otworzyliśmy o 6:30. Poleciłem Jerry'emu, by kończył składanie silnika, natomiast ja wsiadłem za kółko i czym prędzej pojechałem odebrać kosztujący trochę mniej, jak 200 dolarów kawałek elektroniki. Nie wahałem się przy tym łamać ograniczeń prędkości, lecz możliwości do tego. Zwłaszcza w drodze po upragniony produkt za wiele nie było. Drogi były zapchane porannymi godzinami szczytu, ale w drodze powrotnej się już nieco uspokoiło i mogłem mocniej nacisnąć prawy pedał. Kiedy już wróciłem, skończyliśmy robić w środku silnik. Potem intercooler, ale rozmieszczenie i montaż to była raczej tylko formalność. Można było w końcu montować jednostkę do samochodu, przy czym wciąż mieliśmy ponad siedem godzin do terminu realizacji zadania i wiele wskazywało na to, że nam się to powiedzie. Montaż, choć czasochłonny, odbył się bez większych przygód. Jeszcze tylko instalacja ECU i aftermarketowego miernika ciśnienia doładowania, dolać te wszystkie płyny i auto w zasadzie gotowe. Szybko założyliśmy maskę i z napięciem przekręciliśmy kluczyk w stacyjce. Momentalnie ono ustało, kiedy VG30DETT ożyło, lecz jak tylko daliśmy mocniej gazu okazało się, że wskaźnik doładowania nie ruszył się z pozycji 0. Pierwsza rzecz jaką sprawdziliśmy to to, czy wszystko jest prawidłowo podpięte i tutaj akurat sprawdziło się jedno z praw Murphy'ego mówiące o tym, że urządzenie elektryczne lepiej działa po podłączeniu go. Pochrzaniły się trochę kable, ale taśma izolacyjna rozwiązała ten problem. I tak, kilka minut po 16:00 praca była już oficjalnie zakończona i wówczas, kiedy wskaźnik szedł w górę aż do 9 psi mnie i Jerry'ego ogarnęła duma z tego co właśnie zrobiliśmy. Praca z tym silnikiem była warta i pomimo nadgodzin wiedzieliśmy, że było warto i to nie tylko ze względu na pieniężny bonus (chociaż naturalnie on też miał pewne znaczenie). Sprawdziliśmy jeszcze na hamowni ile mocy ma nasze uturbione Z32. Pokazała ona 275 koni, czyli niby trochę mniej niż miał fabryczny, ale hej! To auto ma już jakieś 20 lat, jak i nie lepiej, dlatego wartość ta była jak najbardziej akceptowalna

Nieco później po Fairlady pojawił się jego właściciel. Był bardzo z niego zadowolony, lecz próbował to nieco maskować, z mieszanym skutkiem. Jego szczęście się nieco skurczyło, gdy przyszło do zapłacenia stawki razy dwa, plus do tego koszt ECU. Zanim jednak poszedł wspomniał o czymś jeszcze
- Dobra to ja się zwij... Czekaj... Miałem ci powiedzieć, że niedługo robimy kolejny wyścig.
- No dobra. To gdzie i kiedy? - Zapytałem o pierwsze rzeczy jakie przyszły mi na myśl
- Z tym to jeszcze się muszę zastanowić. - odpowiedział - W każdym razie będzie to nie długo i przygotuj się, że zobaczysz nową twarz.
- Jaką twarz - Słysząc moje pytanie Todd się tylko uśmiechnął, ściszył nieco głos i powiedział
- Dowiesz się w swoim czasie... - Po czym przybiliśmy piątkę, a on odjechał swoim starym/nowym cackiem. Mocno mnie zaintrygowało jego ostatnie zdanie. Niby sprawa jest oczywista: Na bank chodzi o jakiegoś przyjaciela lub członka rodziny, lecz jego uśmiech nie dawał mi spokoju. Może niepotrzebnie, ale kazał mi szukać w tym jakiegoś drugiego dna.

28 marca 2014
Nazajutrz z pracą znowu było po staremu. Znowu względnie proste naprawy... Chociaż moment! Tym razem po przegląd przyjechało żółte Camaro SS w czarne pasy, a i to już wystarczy, aby było chociaż trochę ciekawiej. Ponadto koło godziny piętnastej usłyszałem sygnał przychodzącego połączenia od mojego prywatnego telefonu. Zastanawiałem się, kto o tej porze może dzwonić i jak się okazało, próbował się dobić Alex.
- No co jest? - Odebrałem połączenie.
- Część Chris. Słuchaj, byłbyś może wolny o siódmej? Wtedy już chyba powinieneś kończyć pracę. - Powiedział Alex, ale z jego głosem było z lekka nie tak, jakby złapał przeziębienie.
- Raczej tak, a co? - Spytałem. Gość od Imprezy pociągnął tylko głośno nosem, co było jednoznacznym dowodem na przeziębienie (albo katar sienny)
- To co byś powiedział na mały wyścig? Z parku Liberty do parku osiedla Sugar House?
- Nie mam żadnego powodu by ci odmówić. Wchodzę w to! - Odpowiedziałem radośnie na jego propozycję. Wyścig idealnie by zwieńczył koniec totalnej nudy!
- Super. Dokładną trasę ci zaraz prześle przez SMS. Przygotuj też portfel z 1300 dolców. Oj, coś czuję, że tym razem zgarnę całą pulę.
- Hę? Skąd ta pewność? - Spytałem słuchając całkiem pewnego siebie Alexa.
- Przy okazji możesz zapytać też tego od Lancera. Jak mu było...
- Steve - Pomogłem mu w pół zdania
- Właśnie, Steve'a, czy przypadkiem też nie będzie chciał się ścignąć. No to ja się zbieram. Do zobaczycha! I pamiętaj, wschodnia część parku Liberty. Siódma!
- Ta... Na razie - rozłączyłem się, lecz natychmiastowo z listy kontaktów wybrałem Stevena.
- Najwyraźniej ,,swój czas'' nadszedł szybciej niż myślałem - powiedziałem do siebie w myślach czekając na połączenie. Przekazałem niskiemu koledze wszystkie informację. On, choć nie był tak podekscytowany, jak ja, to jednak podniósł rękawicę i zgodził się wziąć udział w wyścigu. Chociaż doszła kolejna niewiadoma, już za cztery godziny miały być one już rozwiązane.

Do domu przyjechałem tylko, by nie jechać z pustym żołądkiem. W międzyczasie dokonałem analizy trasy, którą przesłał Alex i teoretycznie do najciekawszych ona nie należała, ale mogło być gorzej. Zwłaszcza zaciekawił mnie koniec w parku Sugar House, który nie przebiegał jak większość trasy przez zakręty pod kątem prostym, a składał się z wielu ciekawych łuków. Z drugiej strony, w przeciwieństwie do płyty lotniska, tutaj ruch uliczny może sporo namieszać, więc różnie z tym może być.

Na miejsce spotkania przybyłem pięć minut przed czasem i już wtedy na parkingu ujrzałem białe Evo VI Steve'a i czerwoną GT86 Bena. Tak naprawdę jego ,,GT86'' to Scion FR-S, ale Benowi nie podobało się to, że w Stanach jest sprzedawany pod marką Scion, więc kupił na Amazonie odpowiednie znaczki i upiera się, że to jest Toyota GT86. Zaparkowałem obok nich i się przywitałem.
- Cześć Chris - zaczął jeszcze pryszczaty młodzian (chociaż już nie taki młodzian. 20 lat to ma na pewno) przybijając mi klasycznego żółwika - Oho! Nasza gwiazda już przyjechała! - Krzyknął. Odwróciłem się i ujrzałem Imprezę, za kierownicą której siedział Alex. Nie byłoby w tym nic specjalnego gdyby nie to, że nie była to jego stara, niebieska GT, a nieco nowsza WRX STi drugiej generacji koloru srebrnego i średnio do niej pasujących złotych felgach. Z niego wyszła postać postawnego trzydziestoparolatka, która dumnie ruszyła w naszą stronę.
- Dobry wieczór! W końcu się dorobiłem i w końcu zmieniłem swoją osiemnastoletnią Imprezę GT, na już tylko dziesięcioletnią, świetnie zachowaną WRX STi
- Bzdura. - Przerwał cicho, choć stanowczo Ben - Powiem tylko, że nieźle wdepnąłeś. Czasu do pierwszej awarii nie będę liczył w miesiącach tylko w godzinach, bo jestem pewien, że zaraz coś tam pierdzielnie.
- Pi****lisz farmazony! - powiedział głośno Alex - Auto jest git. Tak przy okazji to ile dałeś za swoją Toyotę? Bo na pewno nie mniej niż 25 koła.
- No tak... - Potwierdził
- To ja tą Imprezę kupiłem za 11 i pół tysiąca, a bije twój wóz na głowę w zasadzie wszędzie. Driftu nie liczę, bo i tak w trakcie wyścigu cie to spowolni. Powiem więcej: mogę go rozbić, kupić następnego, a i tak starczy mi na roczny zapas Jagermeistera!
- Ale drift to ty szanuj. - skomentował jego wywody właściciel czerwonej Toyoty.
- Ja tylko mówię jak jest i na tym już zakończmy dyskusję, bo już mogę sobie dopisać jej dalszy ciąg.

W tym wszystkim, nie wiadomo skąd przypomniał mi się wątek z telefonem od Trevora Stanleya i jego bluzgach. Wspominał on wtedy coś o Muscle Sisters. Nie wiedziałem kompletnie kto to jest, ale hej! Miałem przecież przed nosem Steve'a, który jest znacznie lepiej ogarnięty w tych sprawach, to czemu go nie spytać.
- Ej, Steve, kojarzysz może taką nazwę jak Muscle Sisters? - posiadacz Evo wówczas uniósł brwi, ja jednak kontynuowałem - Bo widzisz, jakiś czas temu wydzwonił do mnie Trevor Stanley i...
- TEN Trevor Stanley od Ferrari? - Zapytał wyraźnie zdziwiony Alex
- Tak ten - odpowiedziełem - Nie będę już wam tłumaczył dlaczego, ale generalnie wylał na mnie przez telefon wiadro pomyj i wspominał coś o Muscle Sisters właśnie. - Po usłyszeniu wyjaśnienia Steven nabrał powietrza i zaczął jakby z Wikipedii wypluwać z siebie informacje o nich
- Valerie i Roxanne Raven - wyścigowe rodzeństwo należące do GT Bandits, lecz powszechnie znane jako Muscle Sisters...
- GT Bandits? - Wciąłem się koledze w pół zdania chcąc się upewnić, czy się nie przesłyszałem
- Tak - odpowiedział, po czym kontynuował swój wywód - Młodsza z nich - Valerie jeździ żółtą Corvette C5 Tarra, a Roxanne starym czerwonym Viperem. Rozpoznawalne są zwłaszcza w rejonie pogranicza południowego Utah i Nevady ze względu na swoje umiejętności jazdy po prostej. Zmianę biegów i wykorzystanie tunelu aerodynamicznego moją opanowaną do perfekcji i trzeba mieć naprawdę mocny samochód, żeby im dotrzymać kroku. Jednakże przez lata zdobyły też nieco mniej przyjemną sławę, ze względu na agresywny styl jazdy, zwłaszcza jak dochodzą zakręty, w których nieco się gubią. O ile Val jeszcze nie przekracza pewnych granic i okazjonalnie komuś zajedzie drogę, to u Rox hamulce załączają się bardzo, bardzo późno. Blokuje, zajeżdża drogę, a żeby obronić lub zdobyć pozycję posuwa się czasami do uderzania i spychania, co raz zrobiła tak niefortunnie, że jej rywal zwyczajnie dachował.
- O cholera - skwitowałem
- Dlatego też, jeśli kiedyś na swojej drodze spotkasz czerwonego Vipera cabrio, które jest porysowane i obite, to nie dlatego, że jego właścicielka nie potrafi parkować. - Dokończył już w mniej ,,wikipediowym'' stylu Steven.

Parę minut później w końcu mogliśmy już ujrzeć nadjeżdżającego 300ZX turbo. W miarę jak się do nas zbliżał, zza sylwetki Japończyka wyłonił się srebrny roadster Porsche z czarnym materiałowym dachem - Boxster pierwszej generacji, spod maski którego wydobywał się przyjemny warkot sześciocylindrowego boxera, jak się chwile później okazało we wzmocnionej wersji S. Z Porsche wyszła postać młodej kobiety, trochę ponad dwudziestoletniej, drobnej budowy. Jej twarz była urocza i zarazem niewinna - delikatna, o łagodnych rysach. Nos i usta krótkie. Fryzura to zapięty wysoko kucyk i grzywka na prawą stronę. Była ubrana w jasnoniebieskie jeansy i białą koszulkę, co nie do końca pasowało do pogody (było chłodnawo, a promienie zachodzącego słońca nie dawały wiele ciepła). Na nogach miała zaś trampki za kostkę. To ją właśnie Todd określał jako ,,nową twarz''
- Pozwól, że ciebie przedstawię - powiedział do dziewczyny Todd - Chłopaki, to jest Louise Martin, moja kuzynka i będzie ona się od teraz z nami ścigać. To znaczy mam nadzieję, że tak będzie
- Miło nam - Powiedział w naszym imieniu właściciel Imprezy - Ja jestem Alex, ten pryszczaty to Ben, ten jasnowłosy od Lancera to Steven, a ten trochę wyższy w beżowym sweterku to Christopher - Prawdę mówiąc, to było lekko nietaktowne z jego strony, ale przynajmniej przedstawił nas wszystkich w tempie iście olimpijskim
- Miło was poznać - Odezwała się głosem jakim się po niej spodziewałem - takim łagodnym i w taki fajny sposób, lekko melodyjnym - Żeby było jasne, nie chcę od was taryfy ulgowej. Ignorujcie płeć, jeździjcie tak jak zwykle. - Dokończyła z uśmiechem na ustach. Ja i tak bym jeździł tak jak zwykle. Nie jestem zwolennikiem przywilejów ze względu na wiek, płeć, kolor skóry, czy orientacje seksualną.
- Dobra, zapoznaliśmy się, to chyba nie pozostaje nic innego, jak zaczynać. Tylko niech was Bóg broni przed ścinaniem zakrętu na końcu, bo można sporo zyskać. - Rzekł walnie Todd, chcąc jak najszybciej przejść do wyścigu
- Już jest nas komplet? - Nagle wtrącił się Beniamin - A gdzie się podziali George i Bob?
- Nie wiem co z Georgem, bo nie odbierał telefonów, a Bob stwierdził, że chrzani to wszystko. Wyścigi go przerosły i musiał sprzedać swoje stare Camaro. Może jeszcze wróci, ale mówił, że nieprędko to nastąpi oraz na pewno nie z Camaro za kierownicą. Najwyraźniej w końcu stwierdził, że to to poza wyścigami od świateł do świateł ssie. Tak czy inaczej zwycięzca bierze hajs, drugi zwrot kosztów. No to jazda - Powiedział i na jego sygnał wszyscy ruszyliśmy do swoich maszyn. Tylko włączyć radio i mogłem zacząć wyścig.

Muzyka w tle: The Mooney Suzuki - Shake That Bush Again https://www.youtube.com/watch?v=1nZjS534feo

Na względnie wąskim pasie parkowego asfaltu mieściły się tylko dwa samochody i miałem to szczęście, że wraz z Benem zaklepaliśmy miejsce z przodu. Przed nami z lewej był Steve, a z prawej nasza nowa współzawodniczka. Nie było póki co wiele miejsca do wyprzedzania, bo co z lewej był parking, na którym odstępy między samochodami były może duże, ale nie na tyle, by móc bezpiecznie przeprowadzić manewr. Wydawało się, że do czasu wjazdu na ulicę nic się nie zmieni w sytuacji, lecz wtedy Alex wkurzony czekaniem postanowił ściąć pas zieleni i na łuku przez drzewa ,,przeskoczył na drogą stronę ulicy''
- Co jest? - Powiedziałem zaskoczony widząc co właśnie kierowca Imprezy zrobił. Tymczasem moja kolumna wysunęła się nieco naprzód względem tej, którą przewodziła czerwona Toyota i nawet gorszy tor jazdy na łuku w tym nie przeszkodził, chociaż przy wyjeździe z niego zrobiło się nieco więcej miejsca i z mojej prawej wyjechał Boxster Louise, który coraz bardziej nabierał prędkości i zaczął się lekko wysuwać na drugie miejsce, lecz na zanim udało się jej mnie całkowicie wyprzedzić, inny uczestnik ruchu ulicznego kazał jej gwałtownie zwolnić, co było błędem, bo mogła lżej zwolnić wcześniej i odczekać inny moment na wykonanie manewru. Manewr Alexa dał mu prowadzenie, ale też zmniejszył prędkość startową na prostej... którą błyskawicznie zniwelował lepszym przyspieszeniem jego srebrnego Subaru. Do końca prostej zbliżył się Steven. Myśląc, że jestem w miarę bezpieczny postanowiłem obrać ,,wyścigową'' linię jazdy zjechałem na prawo tak, by złapać wierzchołek zakrętu z jak największą prędkością i akurat z lewej wbiło się białe Evo, które zablokowało dostęp do optymalnego toru, a potem dzięki świetnemu przyśpieszeniu zostawił mnie nieco w tyle. Ta prosta również nie trwała zbyt długo i zacząłem się szykować do kolejnego wirażu, podobnie, jak do poprzedniego, tym razem upewniając się, że rywale są wystarczająco daleko. I wtedy nagle przed moimi oczami z bardzo dużą szybkością, najmarniej 250 km/h przemknął srebrnoszary samochód. Byłem ledwie parę metrów od niego, jednak udało mi się go rozpoznać. Było to BMW E60, M5 jak się później wskazywał emblemat, ale to nie było zwykłe M5, co to to nie! Przede wszystkim, nie dało się nie zauważyć ogromnego spoilera sięgającego niemalże wysokościom dachu pojazdu. Po drugie zarówno z przodu, z boku, jak i z tyłu można było zauważyć body kita, przez który auto wyglądało jakby został żywcem wyrwany z toru wyścigowego. Ponadto jego szyby były dosyć mocno przyciemnione, przez co nie mogłem zobaczyć kto tym autem steruje. Coś wspaniałego...

Obserwowanie samochodu i jednoczesne ściganie jest jednak dość trudne, zwłaszcza jak się wjechało na szerszą i bardziej ruchliwą stanową 71. Większy, niż zwykle ruch nie przeszkodził jednak w stopniowym nabieraniu prędkości, podczas względnie bezstresowego slalomu między innymi kierowcami, co pozwalało mi powoli odrabiać od Lancera, którego niska prędkość maksymalna odbijała się czkawką, a w dalszym rozrachunku do Imprezy. Nieco później popełnił błąd: Jechał lewym pasem i naturalnie zmienił go na środkowy, by uniknąć zderzenia z jakąś osobówką. Sęk w tym, że 20-30 metrów później z przodu pojawił się pick-up, który wymusił hamowanie, by wyrobić się z wyminięciem samochodu. Ja za to zjechałem na przeciwległy, raczej nieuczęszczany pas i mogłem go w miarę bezstresowo minąć. Podobny błąd, chociaż mniej kosztowny popełniła również Louise i znowu musiała odrabiać stratę. W końcu jednak prosta się skończyła i czekał kolejny zakręt pod kątem 90 stopni. Redukcja do trójki i zrobiłem to tak jak poprzednio, tylko przy trochę większej prędkości - około 100 km/h i chociaż musiałem puścić gaz by nie uderzyć w skręcającego z naprzeciwka Fusiona, poszło raczej dobrze. Szybka redukcja do dwójki, znowu trójka, czwórka i zacząłem łapać tunel aerodynamiczny od auta Alexa i pomimo, że wciąż byłem nieco przed nim, to już nie traciłem na prostej, a pod koniec jej nawet zacząłem zyskiwać. Właściwie kopiowałem jego ruchy na szosie, czekając, aż w końcu zrobi błąd, lecz ta chwila nie następowała w końcu dojechaliśmy do końca, a tam pech czerwone światło, co oznaczało, że czekający na zielone kierowcy blokowali idealną linie przejazdu oraz istniało ryzyko, że ktoś, naturalnie, wyjedzie z boku. Obaj to zignorowaliśmy i skręciliśmy tak, jakby nikt tam nie jechał. Alex zrobił to jednak zbyt szybko i musiał używać hamulca, by go nie wywaliło na czyiś dom. Ja według zasady wolne wejście szybkie wyjście, delikatna podsterowność i wyszedłem delikatnie na przód i wysunąłem się lekko na prowadzenie, które znowu zacząłem tracić na wskutek różnic w przyspieszeniu. Znowu nabierał przewagi i już prawie mnie wyprzedził na całej długości samochodu, gdy nagle odpuścił gaz i zmienił pas na mój. Nadjeżdżający z naprzeciwka wóz był co prawda jeszcze dość daleko i raczej by się wyrobił, ale najwyraźniej wolał nie ryzykować.

To że byłem znowu pierwszy nie oznaczało jednak, że jestem bezpieczny. Wciąż siedział mi niemalże na zderzaku, a trochę dalej, ale wciąż blisko jechał Lancer i Boxster. Kolejny zakręt i tym razem brak ryzyka z boku. Względnie szeroka linia jazdy i pomoc lewą nogą, by złapać odrobinę nadsterowności dały świetny efekt, który pozwolił zostawić nieco z tyłu srebrną Imprezę. Dwa bardzo łagodne i szerokie łuki i praktycznie czysta ulica pozwalały bezstresowo nabierać prędkości, lecz dwieście metrów dalej był wjazd do parku. Hamulec w podłogę, ABS pracuje, skręt w prawo tak, że niemalże musnąłem słupek i w ten sposób zacząłem ostatnią fazę zawodów - w uroczym parku, w którym ostatnie promienie słońca niewątpliwie go dodawały. Asfalt był równy, pusty i niewątpliwie ciekawie poprowadzony, co dawało pewną odskocznie od takich samych przecięć kolejnych ulic. Od razu zaskoczył mnie dosyć duży spadek wysokości. Wskazówka prędkościomierza pospiesznie mijała kolejne podziałki, a na końcu pojawił się mniej łagodny wiraż, na którym niestety 276 koni umiejscowione na przedniej osi mojego Mondeo dało się w znaki i żeby nie zjechać na pas zieleni puściłem nieco gaz, a lewą nogę dałem na hamulec. To pozwoliło mi się wybronić, ale też i utracić sporo prędkości. Dalej po łagodnych łukach nawet nie trzeba było, przy odpowiedniej linii jazdy, puszczać mocniej nogi z gazu. Spojrzałem wtedy w lusterku i jakież było moje zdziwienie, kiedy zobaczyłem, z jaką płynnością Louise pokonała ostatnie zakręty i poradziła sobie i z Lancerem i Imprezą. Wciąż jednak dystans, jaki nas dzielił nie był dla mnie większym zagrożeniem, chociaż i w takich sytuacjach jeden błąd starczy by przegrać wyścig. Skupiłem się więc na pokonaniu szykany. Najpierw łagodniej w lewo, potem ostrzej w prawo i bez zbędnego dramatyzmu złapałem apex i siła odśrodkowa wyrzuciła mnie na lewy kraniec toru. Wróciłem na prawą część jezdni i już wjeżdżałem na lewy łuk, który na dodatek prowadził lekko w dół. Niezbyt mocno skręciłem kierownicą i trzymałem lekko gaz, okazjonalnie pomagając sobie hamulcem. Ciągnął się on długo i jak tylko z niego wyszedłem, przed moimi oczyma ukazał się kolejny wiraż, tym razem w prawo i nieco ostrzejszy. Puściłem gaz by zwolnić przed nim. Trzymałem się kurczowo wewnętrznej części jezdni, by na wyjściu dać mocniej gazu. Centralne ułożenie silnika i niewielka masa Porsche dawały w tych miejscach sporą przewagę nad przednionapędowym Fordem. Dźwięk trzy i dwulitrowego boxsera był coraz wyraźniejszy, czułem wręcz już na karku jej oddech. Gdyby Lousie nie miała takich problemów na ulicy, to pewnie by mnie bez problemu dziabnęła. Nie widziałem tego dokładnie, ale jej technika była zaiste świetna. Gdybyśmy jechali w jakimś spokojniejszym miejscu, to myślę, że byłoby ciekawie, jednak nie miało to już większego znaczenia, gdyż zaraz był most, którego przekroczenie oznaczało moje zwycięstwo. Uśmiechnąłem się lekko pod nosem, zwolniłem do około pięćdziesięciu na godzinę, skręciłem gwałtownie w prawo i pociągnąłem gwałtownie za dźwignię ręcznego, by w geście triumfu obrócić się o 180 stopni. Po raz kolejny, to właśnie ja rozdawałem karty w tej rozgrywce.

Koniec części pierwszej
Wow, niesamowite ze powróciłeś O_O You're a stubborn guy indeed.
Wiesz... Ciężko tutaj mówić o powrocie. Po prostu po dziesięciu miesiącach coś wrzuciłem, dopiszę drugą część i znowu zniknę.
Odcinek 5: Dziewczyna z Boxstera i Silver Shade: Część 2

Dosłownie w chwili wykonywania obrotu minęła mnie Louise, która zaparkowała troszeczkę dalej, a po paru sekundach minęli mnie Steve i Alex, który koniec końców musiał uznać wyższość konkurenta w Mitsubishi. Stanęli oni kolejne parę metrów za srebrnym Porsche, a po kilku następnych chwilach most przekroczyły coupe Nissana i Toyoty w różnych odcieniach czerwieni. Zanim jednak zaparkowali, Steve wyszedł raptownie z samochodu, wyraźnie podniecony. Ja też postanowiłem opuścić pojazd i ruszyłem w jego kierunku zaciekawiony, o co mu chodzi.
- Widzieliście to?! - zapytał uradowany Steven - Silver Shade. Nie wierzę, że go widzę! - dokończył.
- Masz na myśli tą dopakowaną M-piątkę? - Zapytałem, choć już wiedziałem o co chodzi. Choć widziałem ją tylko przez moment, to jej potęga budowana przez muskularną, wyrwaną wręcz z toru wyścigowego karoserię była zaprawdę epicka. Tylko czemu nazwał ją Silver Shade? I czemu jest taki krzyk o nią?
- Tak - potwierdził - Krążą różne plotki i opowiastki o tym, że jeździ nim duch ściganta, który przed pięcioma laty zginął w wypadku i teraz szuka rewanżu ze swoim ostatnim przeciwnikiem. Sprawa z tym jest jednak tak barwna, że nie mogę ci więcej o nim powiedzieć.
- Jak to? - zdziwiłem się, łaknąć coraz więcej wiedzy na ten temat. Ponadto miałem jeszcze w pamięci to, jak opowiadał o swoim wypadku, więc mój zawód był tym większy - Przecież wtedy, w barze nawijałeś, jak dopiero co nakręcona pozytywka dlaczego wię... - wówczas doszło do mnie, że nie musi on wiedzieć wszystkiego. Nie jest on encyklopedią, chociaż pewnie wie dużo - Chociaż z drugiej strony po prostu nie wiesz więcej? - głośno pomyślałem.
- To nie do końca tak... - odpowiedział skierowawszy głowę ku dołowi - Ja po prostu nie umiem tak po prostu, na zawołanie opowiadać.
- A z Muscle Sisters to co? - Zapytał z podejrzliwym głosem zdobywca ostatniego miejsca w wyścigu - Ben
- To było coś troszeczkę innego, coś co można łatwo wytłumaczyć - Odrzekł blondyn, po czym westchnął głęboko i kontynuował - Na dłuższe wywody ja potrzebuje odpowiedniej atmosfery, gdzieś usiąść, na spokojnie. Mam wrażenie, że dopiero przy szklance jakiegoś procentowego, bądź nie płynu dostaje nagłego przypływu weny, chęci do produkowania się i budowanie zdań składających się w logiczną całość sprawia mi wtedy przyjemność.
Kiedy właściciel Lancera tylko wspomniał coś o płynie od razu przypomniało się, że jego opowiastka sprzed dwóch tygodni była przy kuflu piwa. Szczątkowy opis Silver Shade'a, który podsunął mi Steve narobił mi mocno smaka. Oczywiście to bzdura, że jest to duch zmarłego kierowcy, ale interesującym jest to, dlaczego się tak twierdzi. Za tym musi się kryć jakaś ciekawa historia. W związku z tym zacząłem w myślach przeglądać listę miejsc, które znajdują się w okolicy i wtedy akurat sobie przypomniałem o takiej jednej kawiarni na zachód od parku. Pamiętam, że kilka razy byłem w niej z Gwen. Wygląda co prawda dość standardowo, ot. beżowe ściany, kilka stołów, lada i tyle, ale ciasta, które tam dają są po prostu świetne.
- Hm... To w takim razie co powiesz na herbatę i ciasto? Jest taka jedna kawiarnia niedaleko i nie ściemniam, dają tam chyba najlepsze ciasta w całym stanie! - Zaproponowałem z podekscytowanym głosem, który miał pomóc go przekonać.
- W sumie... To spoko ok. To chyba może się udać - Odpowiedział na moją propozycje, a tak naprawdę prośbę. Momentalnie na mojej twarzy zagościł uśmiech.
- Kurde... - zaczął zawiedzionym głosem Ben - Szkoda, że nie będzie mi dane tego usłyszeć. Naprawdę bym chciał, ale na wpółdo ósmej umówiłem się już z kumplami i zwyczajnie nie będę miał już czasu... - wówczas na chwilę zapanowała cisza. Nikt, łącznie ze mną nie wiedział co na to odpowiedzieć. ,,Szkoda?'' ,,Bywa?'' ,,Trudno?'' - Chris, jak się następnym razem spotkamy weź mi to przekaż jakoś w pigułce ok? - przerwał niezręczną ciszę właściciel Toyoty
- Jasne - Odpowiedziałem, po czym pryszczaty dwudziestokilkolatek dał mi plik kilkunastu studolarówek, czyli moją nagrodę. Przypomniało to reszcie o wypłaceniu gotówki i kolejno pieniądze dali Steve, Todd, a na koniec Alex, z lekkim wyrazem frustracji na twarzy.
- To tylko kwestia wyczucia pojazdu! Następnym razem będzie świetnie. - Odgrażał się wręczając 1 300$ w gotówce.
- Ale powiedz szczerze. Dałeś się wyprzedzić również Stevenowi? - Zapytałem z nie tak do końca czystej ciekawości, bo domieszanej z chęcią lekkiego zdołowania kierowcy Imprezy.
- Mówiłem, to tylko kwestia wyczucia. - rzekł podirytowany Alex - Pozornie to prawie to samo auto co poprzednio, ale jeszcze nie wiem do końca na co mogę sobie pozwolić, a na co nie. Dajcie mi kilka tygodni i będzie świetnie.
- Nie chciałbym cię obrazić kolego - wtrącił się posiadacz białego Mitsubishi - ale wprawa to ci się na pewno przyda. Słabo trzymałeś linię jazdy, a prędkości które osiągałeś na zakrętach mogły być spokojnie dużo wyższe. Na tych łagodnych łukach przy zachowaniu dobrego toru jazdy mogłeś nawet zbytnio nie zwalniać, ale pojechałeś to tak dziwnie, że musiałeś się ratować hamulcem. A na tym drugim wirażu jechałeś już co prawda spokojnie, ale zbyt wolno i za późno dałeś gazu na wyjściu. Przy takim obrocie spraw wyprzedzenie cię nie było zbyt trudne.
- Ta... Nie mogę ci nie przyznać racji - powiedział wciąż zirytowany Alex, spuściwszy głowę.
- Ale odwagi odmówić ci nie można! - Skwitowałem z uśmiechem, mając w pamięci sytuację z samego początku, czyli brawurowe ścięcie pasa zieleni pomiędzy drzewami. Trzydziestoparoletni brunet tylko się uśmiechnął.

Moje oczy zostały skierowane ku postaci blondwłosej dziewczyny i nie mogłem nie rzucić kilku ciepłych słów na temat jej jazdy.
- Lousie, jak ty mi teraz zaimponowałaś... Powiedz mi, jak ty to zrobiłaś? Jak ci tak dobrze szło, kiedy droga przed tobą była całkowicie czysta?
- Nie wiem - odpowiedziała cicho, lekko zdezorientowana - po prostu na wyczucie brałam zakręty i przejeżdżałam przez nie szybko przy lekkim uślizgu kół.
- No, ok, ale chyba gdzieś tego nauczyć się musiałaś? - Drążyłem dalej temat.
-To chyba musiało po drodze tak wyjść. Wiesz, obracam się w gronie lubiącym samochody. Jeden kolega ma Challengera, drugi BMW M3, koleżanka Silvię, kuzyn Z, a jeszcze inny krewny całą wypożyczalnie. Każdy z nich da poprowadzić jak ładnie poprosisz, sprawdzić możliwości, czasami się pojedzie na Miller Motosports Park i z czasem chyba musisz jeździć lepiej.
- Racja. Wiesz co? Chciałbym zobaczyć, jak by ten wyścig wyglądał, gdyby od początku było tak czysto. Chętnie bym to sprawdził, więc weź może zadzwoń któregoś dnia, to umówimy jakiś mały pojedynek. Wokół miasta jest sporo fajnych ścieżek po których nikt nie jeździ. Jak na torze wyścigowym.
Jasne - uśmiechnęła się po czym wyjęła telefon i kilka sekund później pokazała wyświetlacz z widniejącym na nim numerem telefonu - okazji na rewanż nie przepuszczę, ale nie powiem ci kiedy, bo praca pochłania masę mojego czasu.
- A mógłbym wiedzieć gdzie pracujesz? - Zapytałem z ciekawości
- E... W dwóch takich sieciówkach. Szkoda gadać. - Odpowiedziała lekko znudzonym głosem.
- Co to ma być!? - Powiedział, a właściwie krzyknął z nienacka Todd. Znowu z jakiegoś powodu włączył mu się furious mode. Czemu dałaś mu numer!?
- Cholera Todd, muszę z nią parę rzeczy umówić - rzekłem nieco podirytowanym głosem - to chyba nic złego. - Dodałem
- Nic złego powiadasz? A skąd mam niby mieć pewność, że to nie jest nic złego!? - Zapytał jeszcze dosadniej, niż za pierwszym razem machając przy tym łapami.. Jego wahania nastrojów są coraz bardziej irytujące. Raz potrafi być do rany przyłóż, a chwile później się drzeć, jakby mu matkę i ojca zabić. - O co tutaj chodzi, Louise?
- O to co mówił Chris, kuzynie. - odpowiedziała cichym, ale nie przestraszonym głosem - Można to chyba rozwiązać na spokojnie, co? Zachowujesz się, jakbym proponowała mu trójkąt. - Lester skierował znowu głowę w moim kierunku i znowu zaczął mówić. Wciąż groźnie, ale tak jakby nieco spokojniej
- Danley, nie licz na nie wiadomo co. Nie zagalopowywuj się z nią ok? Proszę cię o to.
- Wiesz co Todd, może wyjdź na stronę, weź parę głębszych wdechów i ochłoń. Przegrałeś i znowu się wściekasz. A jeśli ma cię to uspokoić, to tylko ustalaliśmy termin wyścigu. Czy potrzebny był ten cały krzyk? - Zebrałem się w sobie i wytłumaczyłem mu na spokojnie, gdyż krzyk by przyniósł efekt odwrotny do zamierzonego. Złość z jego delikatnie zarysowanej twarzy nieco uszła. Po kilku sekundach milczenia Todd odwrócił się na pięcie i bez pożegnania wsiadł do samochodu i odjechał. Był to swego rodzaju sygnał, gdyż i pozostali stwierdzili, że na nich już czas i po pożegnaniach w niemalże tym samym momencie zabrzmiały boxsery Toyoty, Subaru i Porsche. Na poboczu pozostał jedynie Lancer i Mondeo lecz ten stan nie potrwał długo. Szybko zgodziliśmy się co do tego, że stanie tam nie ma za bardzo sensu i pojechaliśmy ku niewielkiemu, niepozornemu budynku z szyldem, na którym widniał napis ,,Beige Cafe''.

Wnętrze kawiarni wyglądało dokładnie tak, jak je zapamiętałem. Ludzi nie było zbyt wiele, więc znalezienie wolnego stolika nie stanowiło żadnego problemu. Steve poszedł zająć miejsca, a ja zamówić strawę. Zażyczyłem tort bezowy i herbatę earl gray do zapicia. Steven poszedł bardzo klasycznie: jabłecznik plus czarna kawa. Dosiadłem się do kumpla i jeszcze nim otrzymaliśmy zamówione ciasta, rozpoczął to, co jest celem tego spotkania.
- Zacznijmy od początku. Czy słyszałeś kiedyś o Jacku Thompsonie?
- Słyszeć słyszałem, ale pewnie nie o tego Jacka Thompsona ci chodzi. - Odpowiedziałem z uśmiechem na ustach. Miałem wtedy na myśli prawnika, który przed laty prowadził krucjatę przeciwko Grand Theft Auto.
- Okej spoko, to jest dosyć popularne nazwisko. Silver Shade i TEN Jack Thompson, o którym mówię są de facto ze sobą połączeni i żebyśmy mogli przejść do tego ,,nawiedzonego'' BMW, musimy poznać historię ,,ducha'', czyli Jacka Thompsona właśnie. Z daleka nie wyróżniał się specjalnie z tłumu, co nie znaczy, że był zwykłym szarakiem. Dobrze zbudowany, przystojny, czarne włosy ułożone ,,na żołnierza''... Gość chyba nie mógł się odciągnąć od płci przeciwnej, lecz była jedna rzecz, którą stawiał minimalnie wyżej w hierarchii. Samochody. Rajcowały go nie tyle aspekty techniczne, mechanika, co sama jazda. Zwykły rodzinny samochód mu nie wystarczał, więc w pogoni za prędkością kupił sobie kilkuletniego Pontiaca Firebirda. Niedługo później związał się z grupą podobnych jak on, spragnionych adrenaliny młodych gniewnych i na początku lat osiemdziesiątych śmigali oni po ulicach Salt Lake City i okolicach, łamiąc po drodze wszelkie możliwe przepisy...
- Wasze zamówienie - Wtrącił się wówczas kelner- młody chłopak, prawdopodobnie dorabia sobie po szkole. Podziękowaliśmy, a Steven wrócił do opowiadania, zagryzając co chwile ciastem.
- No i tak jeździli sobie i prawdopodobnie po jakimś czasie by mu to się wszystko znudziło, ustatkowałby się i założył rodzinę. Ale nadszedł rok 1987. Wtedy bowiem jego przyjaciel, który był lokalnym dilerem BMW pokazał mu samochód, który, nie bójmy się tego słowa, zmienił jego życie. BMW M5. Wówczas w jego pierwszym wcieleniu. Przejechał nim raptem parę mil, ale już zapragnął tego auta. Prędkość, właściwości jezdne, stabilność, względy praktyczne. Wydawał mu się autem idealnym, czymś kompletnie odmiennym od wszystkiego czym jeździł dotychczas. Sęk w tym, że auto było drogie: Kosztowało prawie 50 000 dolarów, czyli dużo za dużo jak na kieszeń taksówkarza. Nie zląkł się jednak i zaczął ścigać się po godzinach więcej niż wcześniej, byle tylko zarobić na swoje auto marzeń. Ciułał więc tak ponad 2 lata, w międzyczasie wyszedł następca, ale dopiął swego i w ostatnią dekadę XX wieku mógł wjechać za kółkiem srebrnego BMW M5 E34.

Szybko okazało się, że jego nowy nabytek jest godnym konkurentem dla Skyline'ów, 911 i niektórych Ferrari. Auto robiło sześćdziesiątkę w mniej niż 6 sekund, a po zdjęciu licznika przecinało powietrze z prędkością 170 mil. W Salt Lake City jednak brakowało konkurencji, więc postanowił przenieść się prosto do Las Vegas: miasta pełnego bogaczy, a wśród nich także miłośników motoryzacji. Wtedy też powoli zaczął się kształtować styl jazdy. Przede wszystkim jeździł równo. Bardzo ciężkim było wybicie go z rytmu, a tylko minimalnie łatwiejszym było wyprzedzenie, bowiem Thompson bardzo skutecznie blokował rywali i nawet jeśli dysponowali lepszym wozem, to mogli być przez niego po prostu hamowani. Gorzej jednak było, jak obrona się nie udało, gdyż miał on tendencje lekko zwalniać podczas blokowania i jak przeciwnikowi jakoś udało się prześlizgnąć z któreś strony, nie zdążyłby znowu zablokować, to mógł sporo stracić, jednakże nawet to zazwyczaj go nie rujnowało i potrafił odbić swoją pozycję nieco później. W Mieście Grzechu stał się dosyć popularny, aczkolwiek część ścigantów go lubiła, a część czuła do niego dość sporą niechęć. Głównie ze względu na bezczelne wypowiedzi w kierunku rywali, głównie wszelkiej maści nowobogackich biznesmenów rozbijających się w swoich nowych Ferrari i Astonach. Uważał, że nie ma w nich grama pasji, talentu i pojęcia o jeździe, a jedyne co mają to swoje przepłacone fury. Szczególnie mocno nadepnął na odcisk niejakiemu Robertowi Goldmanowi. Z obu stron szły obelgi pod adresem nie tylko kompetencji za kółkiem, ale też ze sfery prywatnej. W końcu jednak mocno sprowokowany Goldman postawił sprawę jasno - Wyścig. Stawką był samochód - czerwona Testarossa
- Wróóóóć... - Przeciągnąłem pochylając się nieco do tyłu chcąc, żeby wyjaśnił mi pewną rzecz - Czy on naprawdę postawił na szali swoją Testarossę, auto warte co najmniej dwa razy tyle co M5, żeby Thompson zamknął mordę? - Pytałem z niedowierzaniem.
- Tak. Jack też na to przystał. Te ponad dwie dekady temu ludzie byli nieco bardziej odważni.
- Albo głupi... - Dodałem chicho, po czym zjadłem kawałek ciasta.
- To już zależy od punktu widzenia - Odpowiedział sącząc kawę. Nie wiem gdzie zaczynali, ale wiadomym jest że meta znajdowała się w Mt. Charleston. Wyścig przyciągnął nieco ludzi, a i Thompson i Goldman byli pewni zwycięstwa, lecz, co nie powinno raczej dziwić, większość stawiała, że to Testarossa okaże się górą i co? Goldman oczywiście na starcie wyszedł na prowadzenie, ale pomimo tego, że miał się gdzie rozpędzić, to wciąż nie mógł zostawić w tyle BMW, a jak tylko zaczęły się serpentyny, to Thompson odrabiał straty wraz z każdym zakrętem, aż w końcu usiadł mu na zderzaku. Po chwili Goldman popełnił błąd łapiąc nadsterowność na zakręcie, co świetnie wykorzystał Thompson biorąc go od zewnętrznej. Próbował co prawda jeszcze odzyskać pozycję, jednak M5 dzielnie go spowalniało i koniec końców ludzie stojący na linii mety jako pierwsze ujrzeli srebrnego sedana. Jego victoria stała się sławna w całej Nevadzie. Wcześniej prawie nierozpoznawalny poza granicami Las Vegas. Po pojedynku nikt nie mógł być pewny wygranej, jeśli na linii startu stało srebrne BMW M5. Oczywiście obok takich epickich zwycięstw, znalazło się miejsce na parę blamaży, ale ogólnie raczej szło po jego myśli. Do czasu... - Wówczas przerwał na moment. Nie wyglądało to jednak, jakby nie wiedział co powiedzieć. Już miałem się zapytać, co się za tymi słowami kryło, jednakże popłynął dalej z historią bez mojej ingerencji.
- 21 marca 1996 roku, pierwszy dzień wiosny. Niby zwykły wyścig, taki jakich wiele, ale wystarczyło tylko parę minut by przerodził się w obławę policyjną. Mundurowi zaatakowali ścigantów w drogich, luksusowych sportowcach z taką zajadłością, jakby byli do tego szykowani od początku służby. W ruch poszły specjalnie przygotowane pościgowe Camaro, kolczatki i śmigłowce. Z ośmiu jadących wówczas kierowców wyłapano bez większych trudności piątkę. Szósty uległ poważnemu wypadkowi podczas ucieczki. Nie dała się zaledwie dwójka. Thompson i kierujący 911, którego nazwiska niestety nie pamiętam. Mniej więcej w podobnym okresie ciążył nad nim wyrok. To chyba było coś z kwestiami finansowymi, ale ręki uciąć sobie nie dam. W każdym razie przez to wielu go podejrzewało, że wsypał ścigających się za oczyszczenie z zarzutów, ale sam temu zaprzecza i mówi, że do przecieku doszło w wyniku wadliwej komunikacji, że ktoś komuś pisnął słówko za dużo. Nie będziemy mieszać się w ten konflikt. Wydarzenie to po latach nazwano Blackjack Carnage. Thomspon schował swoje niesamowicie obite, bez tylnego zderzaka i jednej opony M5 i opuścił miasto. Wiedział, że jest na straconej pozycji, że lokalna policja będzie go dalej poszukiwała i musi skończyć z wyścigami na dłuższy czas. Powrócił zatem do SLC, a małą fortunę, którą zarobił na wyścigach zainwestował w browar i jakieś udziały w firmie taksówkarskiej. Co prawda parę lat później wyszła kolejna generacja jego ulubionego modelu, którą oczywiście zakupił, ale ścigać się już nie miał za bardzo chęci. Czasy się zmieniły. Od połowy lat dziewięćdziesiątych Ameryka przeżywała istny zalew tanich, podatnych na modyfikację samochodów ze wschodu, a nieco później pojawiły się magazyny poświęcone nim jak chociażby Super Street, czy Sports Compact Car, które pokazywały te importowane bryki po naprawdę ciężkim tuningu. Dla ówczesnych młodych ścigantów na miejsce Ferrari, czy Porsche weszły właśnie znajdujące się w ich zasięgu finansowym Eclipse, Imprezy, czy Skyline'y. Po co było kupować kosztujące naprawdę ciężkie pieniądze superauta, jak można wziąć Nissana, stuningować go, dać nitro, a będzie tak samo szybki jak nowe Ferrari i będzie wyglądać równie zadziornie? A to wszystko za ułamek jego ceny - zrodziło się takie myślenie, w ich umysłach, chociaż rzadko kiedy miało coś wspólnego z rzeczywistością i poszło raczej w kierunku wyglądu, aniżeli rzeczywistych osiągów. Po premierze Szybkich i Wściekłych nastąpił na to istny boom. Każdy chciał być jak Paul Walker... Właścicielowi nowej M-piątki nie podobał się ten stan rzeczy. Czasami wyzywał na pojedynki ,,młodych gniewnych'' w ich, z perspektywy czasu, często fatalnie zrobionych autach. Ojeżdżał ich bez trudu, ale nie sprawiało mu to wiele satysfakcji. W tych ,,ciężkich czasach'' pomocną dłoń wyciągnął sam Dayton Bonneville.
- Założyciel CtC Journey... - Mimowolnie dokończyłem
- Zgadza się. - odparł - Co prawda nie znali się osobiście, ale właśnie w 2001 roku ruszyła pierwsza edycja tej szalonej eskapady przez USA, gdzie dominowały superauta tak jak za starych czasów. Niestety konkurencja była na zupełnie innym poziomie i obyło się bez sukcesów. Tak samo było w następnym roku, ale to właśnie był ten impuls, który wyciągnął go z ,,emerytury'', ale na prawdziwą eksplozję mieliśmy poczekać jeszcze cztery lata. Wówczas Bawarczycy wprowadzili do sprzedaży kolejne M5, które w połączeniu z Jackiem Thompsonem dało najlepsze połączenie człowieka i maszyny od czasów... - zawiesił się na chwile Steven z zachwytu, z dziwnym uśmiechem na ustach - nie wiem. Richarda Pettego i jego Plymoutha. Jakby te wszystkie poprzednie BMW były tylko preludium przed tym, co właśnie posiadł.
- Chyba zacząłeś nieco odlatywać - przerwałem nieco skonsternowany jego wywodem - przesadzasz. - Skwitowałem.
- Tak... - powiedział cicho ku mojemu niewielkiemu, bo niewielkiemu, ale jednak zaskoczeniu - pewnie masz racje, ale przekonasz się, że to nie były słowa tak dalekie od prawdy. Był on jak wino. Wydawało się, że z każdym siwym włosem jego refleks i umiejętności się zwiększają, a kiedy wydawało się, że lepiej być nie może, dokonał totalnej konwersji samochodu w mniej więcej to, co dzisiaj widziałeś. Wcześniej jeśli już coś grzebał przy samochodzie, to były drobnostki, ale tutaj... Stworzył istnego potwora. Niesamowite właściwości jezdne i przyczepność dzięki modyfikacjom zawieszenia i skrzydle z tyłu, a przy tym oszałamiająca prędkość maksymalna. Nie wiadomo ile ona wynosiła, ale na pewno przekraczała 210 mil na godzinę. Nie miało dla niego znaczenia, czy jeździsz projektem, który dopieszczałeś we własnym garażu przez ostatnie kilka lat, czy maszyną, która była dopieszczana przez kilka lat przez producenta tak, by robić najlepsze czasy na Trackdayach. Czy areną zmagań jest skąpana w słońcu autostrada, czy niosąca ślady deszczu serpentyna, czy też ulice miasta. Zwycięzca i tak mógł być tylko jeden. Żeby nie być gołosłownym, w ciągu przeszło 3 lat licząc od końca 2005 roku Jack Thompson wziął udział w grubo ponad setce wyścigów, z czego ABSOLUTNIE żadnego nie przegrał. Wielu było takich co chciało go pokonać, czasami nie do końca czystymi metodami, ale obrywali na tym tylko oni sami. Zwieńczeniem tej wspaniałej serii miała być odbywająca się na początku marca ósma już edycja CtC Journey...
- Chwila, chwila, chwila - znowu przerwałem dostrzegłszy nieścisłości w jego wypowiedzi - ja przepraszam, że ci przerywam, ale CtC Journey odbywa się raczej tak pod koniec roku z tego co patrzyłem? - Dokończyłem, po czym uniosłem filiżankę by wygrzebać ostatnie krople herbaty.
- Tak, ale widzisz. Wówczas szalał kryzys i Bonneville miał większe zmartwienia na głowię, aniżeli wyścig. Dopiero po nowym roku ustabilizował sytuacje na tyle, by bez obaw zorganizować kolejną edycję.

Na tydzień przed nim, Thompson chciał jeszcze raz spróbować swoich sił, a jego konkurentem był nie byle kto, bo sam Richard Beckett - niemalże legenda wyścigów wytrzymałościowych w latach dziewięćdziesiątych i zwycięzca 24-godzinnego wyścigu Le Mans. Zainteresował tym całkiem dużą liczbę osób. Nawet pomimo, że było wówczas nie dość, że zimno to jeszcze i wietrznie. Wśród nich byłem także ja.
- Ty też tam byłeś? - Zapytałem, ale byłem tym już jakoś zaskoczony.
- Ano widziałem i muszę ci powiedzieć, że widzieć na linii startu te dwie piekielne maszyny: BMW Thompsona i Mercedesa CLK GTR to coś niewiarygodnego. Jakby ich miejsce było na torze w Daytonie, aniżeli na ulicy. Początkowo wiele wskazywało na kolejny triumf dominatora, stopniowo nabierał przewagi, ale po chwili okazało się, że Beckett dotychczas nie pokazywał pełni swoich możliwości i tą stratę zaczął odrabiać. W końcu zaatakował go, co kierowcę BMW kompletnie zaskoczyło. Nieumiejętnie go przyblokował w rezultacie ten wziął go od wewnętrznej i po raz pierwszy od dwóch lat to właśnie on był tym atakującym. Pikanterii całej sytuacji dodaje też fakt, że nagle z chmur zaczął sypać śnieg potęgowany przez silny wiatr, a ten w połączeniu ze skutkami deszczu sprzed paru godzin zamienił ulicę w niebezpieczną ślizgawkę. Wbrew zdrowemu rozsądkowi jeszcze bardziej zwiększył tempo i zaczął naciskać Mercedesa by jak najszybciej odzyskać prowadzenie, lecz wciąż nie mógł sobie wyrobić sytuacji do kontrataku. W końcu na łuku postanowił wcisnąć się pomiędzy lewą krawędź asfaltu, a przeciwnika by go wyprzedzić i na wyjściu doszło do zderzenia pomiędzy nimi. Nie wiem czy to była wina pogody, czy błędu, czy może po prostu sfrustrował się brakiem efektów. Prawdopodobnie wszystkie te trzy czynniki się złożyły się, przez co srebrnego CLK wyrzuciło na drugi koniec jezdni, nadziało się na roboty drogowe. Zanim się zatrzymało skosiło leżące tam oznaczenia. Thompson natomiast po uderzeniu stracił kontrolę nad samochodem. Zjechał kompletnie z ulicy po czym auto podbiło się na nierówności terenu i zaczęło dachować. Obróciło się z trzy, może cztery razy, uderzyło w drzewo od strony drzwi kierowcy i stanęło na dachu. To co przytoczyłem jest tylko najbardziej prawdopodobnym scenariuszem, które oceniła policja po otoczeniu. Kierowca Mercedesa na widok zniszczonego samochodu momentalnie wezwał karetkę. Nie próbował wyciągać Thompsona z wraku obawiając się, że mu tylko bardziej zaszkodzi. Karetka przyjechała bardzo szybko, jednakże obrażenia były tak rozległe, że zmarł zanim karetka dotarła do szpitala.

Jego śmierć wstrząsnęła lokalnym półświatkiem. Nie każdy może go lubił, ale mało kto go nie szanował. Na jego pogrzebie pojawiło się kilkuset osób, w tym te, z którymi kiedyś miał okazje się ścigać. Tego dnia cmentarz wręcz przypominał jakiś zlot posiadaczy supersamochodów. Jack Thompson odszedł ze sceny niepokonany, ale to dopiero tutaj ta historia robi się naprawdę ciekawa. Kilka miesięcy po wypadku ktoś na jakimś forum powiedział że widział pędzące po autostradzie, zrobione pod wyścigi srebrne BMW, nieco większe niż seria 3. Wiele osób skojarzyło to z M-piątką Thompsona. Niedługo potem kolejne osoby zaczęły zgłaszać, że widziały to samo, aż w końcu komuś udało się to wszystko sfotografować. Wówczas wszystko było jasne. Ten sam model, ten sam kolor, ten sam spojler, ale to nie było do końca to samo auto. Co bystrzejsze oczy zauważyły nieco zmieniony tylny zderzak, a te mniej bystre - przyciemnione szyby. Wszystkie te spotkania łączyło jednak jedno: praktycznie przemykało przed oczyma w ciągu kilku sekund. Lubiący zjawiska paranormalne i temu podobne rzeczy zaczęli mawiać, że to jest duch jego kierowcy i dali mu przydomek Silver Shade. Wśród tych randomowych spotkań było sporo osób, co starali się doścignąć Shade'a, ale spełzało to na niczym. Jakiś czas później wydawało się, że tajemnica kierowcy tegoż BMW została rozwiązana, gdyż pojawił się taki jeden dwudziestoparoletni facet o imieniu Walter, który czasami zasiadał nawt za kółkiem tegoż samochodu, który zwykle prowadziła postać w całkowicie czarnym kostiumie wyścigowym. Jednakże deklarował, że nie jest on jego kierowcą, a jedynie czymś w rodzaju medium, co dosyć szybko się potwierdziło. Przez to mogliśmy go ujrzeć w bardziej zorganizowanych wyścigach. Silver Shade niejako kontynuował tradycje swojego poprzednika w wygrywaniu wszystkiego co się da, nawet pomimo wielkiej determinacji konkurentów, aby pokonać legendę. Była ona tak wielka, że często prowadziła do wypadków, nierzadko poważnych. Twierdzono, że ten samochód rzuca klątwę na każdego, kto się z nim zmierzy, że opętuje umysł rządzą pokonania tak bardzo, że nieszczęśnika spotka wkrótce jakieś nieszczęście na drodze. Trochę ponad dwa lata temu z Shade'm ścigał się na autostradzie jakiś gostek w Ferrarce 599 GTO. Wydawało się, że go dogoni, ale podczas slalomu pomiędzy samochodami trafił na kurs kolizyjny z ciężarówką. Nie zdążył wyhamować i z ogromną prędkością wbił się w tył ciężarówki co skończyło się natychmiastowym zgonem. Kierowca Murcielago miał nieco więcej szczęścia, ale i tak dachowanie skończyło się dla niego amputacją nogi. Mimo to chętnych do pokonania legendy nie brakowało.
- To tylko pokazuje jaki to jest ryzykowny sport, ale żeby od razu nazywać to klątwą? - Skomentowałem
- Niektórzy ludzie naprawdę biorą na serio ten cały paranormal, teorie spiskowe itd. Ale sam przyznasz, że sama sprawa jest bardzo, ale to bardzo ciekawa. Często też przejawia się temat ponownego pojedynku z Richardem Beckettem. Ów kierowca jeszcze się na ten temat nie wypowiadał, ale wieść gminna niesie, że już doszło między nimi do jakieś konfrontacji, ale tak jak mówiłem to tylko plotki, dodatkowo w żaden sposób nie udokumentowane na filmie. Niemniej to może być pewien znak. Znak, że wkrótce ten tragiczny wyścig sprzed pięciu lat znajdzie swój koniec.

Jeśli dotrwaliście do końca oceńcie mój wpis negatywnie, bądź też pozytywnie, gdyż da mi to poczucie, że ktoś to czyta.
Muszę to dokładnie przeczytać ze dwa razy zanim ocenię Smile